sobota, 17 maja 2014

Spokojnie, ale nadal niepokojąco - Michael Gira w Pardon, To Tu

0
Jako, że kilka dni temu w sprzedaży pojawił się najnowszy album Swans, "To Be Kind", postanowiłam przypomnieć swoje spisane jakiś czas temu wspomnienia z koncertów lidera, Michaela Giry, w Warszawie, które odbyły się w marcu tego roku.

Michael Gira zawitał do Warszawy aż na dwa koncerty. Oba odbyły się w tym samym miejscu – klubie Pardon, To Tu. Już kilka miesięcy temu rozegrała się wojna o bardzo ograniczoną ilość biletów – bo jak się okazało wiele osób (w tym ja) postanowiło się wybrać na oba koncerty.

W oczekiwaniu na koncert

Dwa wieczory, mimo prawie takiego samego zestawu utworów (uwzględniając to, że duża część osób przyszła na koncert dwa razy, podczas drugiego dnia Gira dodał do setu dodatkowy utwór „Blind”) nieco różniły się od siebie. Podczas pierwszego Gira znacznie więcej rozmawiał z publicznością, podczas drugiego mniej, ale za to wchodził w ciekawsze interakcje – chociażby takie jak rozdawanie miętówek. Oba koncerty były zagrane bardzo poprawnie, jednak drugi wydał mi się być dużo bardziej emocjonalny – prawdopodobnie przez większą ekspresję okazywaną przez Girę mimiką oraz ciałem. Niestety, trzeba przyznać, że bez zespołu Swans Michael Gira nie robi aż tak ogromnego wrażenia. Owszem, było również głośno (mimo, że sam artysta w pewnym momencie stwierdził, że jest „too loud” i delikatnie ściszył swój jedyny wzmacniacz, co wywołało salwy śmiechu), mrocznie i eksperymentalnie, ale tym razem nie apokaliptycznie i epicko – raczej intymnie, spokojnie. Na pewno wpływało na to także miejsce – malutki klub, w którym ludzie cisnęli się niczym sardynki w puszce (krążą legendy, że niektórzy na tyłach omdleli).

W solowych występach Gira jako głównego instrumentu używa własnego głosu, stawiając przede wszystkim na przekaz tekstowy, mniej zaś na warstwę muzyczną, która momentami była wręcz banalnie prosta w porównaniu do bardzo rozbudowanych kompozycji Swans. Jednak tak ja wspomniałam – zdawać się może, że to o tekst tu głównie chodziło. Jak sam Gira zaznaczył, jest w końcu poetą. I trochę jak nieco zwariowany wieczorek poetycki to wyglądało. Przy czym naprawdę bezbłędny, ekspresywny i hipnotyczny – wątpię, aby ktokolwiek opuścił klub zawiedziony. Tym bardziej, że po każdym z koncertów Gira poświęcił każdemu zainteresowanemu rozmową i wymianą poglądów kilka minut.

Ja i Michael Gira po pierwszym koncercie w Warszawie

W setliście znalazły się zarówno covery Swans jak i utwory z albumów solowych bądź stworzonych przy okazji innych projektów. Było trochę nowszych kawałków jak „Jim” oraz starszych jak „Love Will Save You”. Wszystko ładnie się komponowało i nie sposób było oderwać oczu (i uszu) od sceny bądź choć przez moment się nudzić. Dlatego też na sali dało się wyczuć naprawdę duże skupienie – poza pewnym momentem wieczoru pierwszego, kiedy jedna ze słuchaczek odebrała telefon i podczas ciszy między utworami wszyscy usłyszeliśmy głośne „TAK, MOGĘ”. Aż dziwne, że nie została poraniona uzbrojonymi w lasery spojrzeniami całego tłumu. Przed kolejnym koncertem organizatorzy wystosowali ogłoszenie, aby telefony bezwzględnie wyłączyć.

Podsumowując – było zadowalająco, interesująco i inaczej niż zwykle. Muzyka Giry tak jak i Swans jest trudna, dlatego na pewno byli tacy, dla których wysiedzenie tej półtorej godziny mogło okazać się wyzwaniem. Jednak wierni fani talentu muzyka na pewno są zachwyceni. Pozostaje jedynie czekać na koncert całego zespołu w naszym kraju, który już w październiku na festiwalu Unsound w Krakowie.

Ja i Michael Gira po drugim koncercie w Warszawie
Czytaj dalej »

czwartek, 15 maja 2014

Trendy na facebooku, które mnie denerwują, cz. I

0
Beka. Nowe słowo klucz wśród facebookowych fanpage'ów. Beka z dresiarzy, beka z Luxurii Astaroth, beka z tatuażystów, itd, itd... Niektóre z tych tworów są całkiem zabawne, niektóre nieco mniej, ale to już kwestia gustu. Niektóre mają nawet pewien społeczny cel. Beka z tatuażystów na przykład skutecznie ostrzega przed złymi praktykami wśród artystów tatuażu i pozwala unikać pójścia do kogoś, kto zamiast dzieła sztuki stworzy na naszej skórze bohomazy gorsze niż twórczość pięciolatka.

Jednak jedna z licznych "bek" zajęła mnie szczególnie. Beka z miejskich aktywistów. Strona zrzeszająca osoby, które z jakiegoś powodu mają problem z tymi, którzy chcą po prostu żyć lepiej i wygodniej w przestrzeni miejskiej. Osobiście niejednokrotnie narzekam na brak ścieżek rowerowych bądź ich beznadziejne przygotowanie (wysokie krawężniki, nagły koniec ścieżki itp, itd...). Okazuje się jednak, że jest grupa ludzi, którym walka o chociażby poprawienie takich warunków z jakiegoś niezrozumiałego powodu przeszkadza. Śmieszy ich to, że rowerzyści domagają się równych praw na ulicach. Bawi, że ktoś ma problem ze stojącym na środku ścieżki rowerowej wielkim kontenerem. Bo przecież można przejechać obok. A już najlepiej wsiąść w samochód, jak każdy normalny człowiek, a nie dziwak - miejski aktywista.

Dlaczego nie wymagać więcej? Oczywiście, kontener na środku ścieżki można objechać, ale dlaczego nie spróbować tego zmienić? Można też być "uległym" wobec kierowców i dać na siebie trąbić do woli, chociaż rowerzysta jest równoprawnym uczestnikiem ruchu drogowego. Można dać się spychać na chodnik, za co można dostać mandat, tylko dlatego, że jakiemuś kierowcy nie podoba się, że musi nieco bardziej uważać. Ale dlaczego? Nie lepiej o coś zawalczyć?

Oczywiście, sprawa rowerzystów to nie jedyne, co zajmuje autorów strony Beka z miejskich aktywistów. Czasami można przyznać im rację (krytyka organizacji masowego grilla w Warszawie, która spowodowała liczne zniszczenia czy też akcji "Kandyzacja Jana Pawła II", która była zupełnie pozbawiona sensu i dobrego smaku). Jednak w zdecydowanej większości jest to chyba zwyczajna zazdrość i brak zrozumienia dla tych, którzy mają siłę i chęć podnieść tyłek z kanapy i powiedzieć głośno, że coś jest nie tak. Jeśli takich ludzi zabraknie, to niedługo możemy się dusić w spalinach, ponieważ wszystkich skutecznie zniechęci się do przechodzenia na zdrowszy tryb życia, a przestrzeń miejska będzie coraz bardziej i bardziej nieznośna.

Nic samo się nie zmieni. Jeśli nie wymagalibyśmy więcej, możliwe, że nadal żylibyśmy w jaskiniach. Albo przynajmniej znosili pokornie smród rynsztoków. Bo po co wymyślać lepszą kanalizację, skoro można zatkać nos.
Czytaj dalej »

poniedziałek, 5 maja 2014

"The Dresden Dolls" - recenzja

0
W "Wiadomościach Sąsiedzkich Wesoła" pojawiła się (jak co miesiąc) moja recenzja - tym razem albumu "The Dresden Dolls" zespołu The Dresden Dolls. Poniżej zamieszczam początek tekstu, a do całości odsyłam tu (nr 157, str. 10).



Punk + kabaret? Można!
The Dresden Dolls, „The Dresden Dolls”

    Przyzwyczailiśmy się już, że wielu artystów po prostu wymyka się szufladkom. Łączą ze sobą gatunki, zlewają to, co zdawało się do siebie nie pasujące i tworzą nową jakość, którą trudno nazwać. Jednak są też takie zespoły, o których trudno powiedzieć, żeby czerpały z jakiegokolwiek gatunku. Jednym z nich jest The Dresden Dolls. Amanda Palmer i Brian Viglione, pianino w roli głównej, wokal, gitara, perkusja i mnóstwo dziwnych dźwięków. Sami mówią, że ich nazwa ma się kojarzyć z tragedią zbombardowanego miasta i filigranowymi, kruchymi lalkami porcelanowymi – chaos plus delikatność. I to chyba najlepiej oddaje to, co chociażby na ich debiutanckiej płycie o zaskakującym tytule „The Dresden Dolls” można usłyszeć.

    Niektórzy znajdują tu porównania do rocka i kabaretu. I chyba słusznie. Muzyka jest dość ciężka, drapieżna, można powiedzieć punkowa, a przy tym nieco groteskowa. Mamy tu delikatne przejścia, które niespodziewanie zmieniają się w pianinowe szaleństwo („Missed Me”) jak i w całości utwory kabaretowe, które gdzieś pod spodem kryją pazur („Coin-Operated Boy”), który ujawnia się czasami w postaci wspomnianych wyżej dziwnych dźwięków – darcia kartek papieru, uderzeń przedmiotami, drapania i tym podobnych. Całą tą szaloną orkiestrę prowadzi swoim niesamowitym, momentami dzikim („Girl Anachronism”) , a momentami lirycznym („Perfect Fit”), wokalem Amanda Palmer. Jej zadanie można porównać niemalże do aktorskiego, kiedy głosem doskonale wyraża zawarte w tekście emocje, moduluje, zamiast tylko odśpiewać to, co ma napisane. Właściwie prawie każdy utwór można porównać do małej teatralnej etiudy, w której nastrój się zmienia, a kolejne kroki mogą zaskoczyć widza. Wszystko to razem przypomina nieco cyrk, nieco, jak wspomniałam, konwencję kabaretu z lat dwudziestych, ale przerobionego na modłę Tima Burtona. Wiele wyjaśnia to, że twórcy zespołu spotkali się ze sobą po raz pierwszy w święto Halloween. Klimat podsycają ich związki z teatrem (współtworzenie sztuk) i liczne inspiracje literaturą, jak również wydawanie własnych książek.

    Tekstowo mamy tu przede wszystkim miłość, a raczej problemy z miłością. Amanda Palmer cierpi po rozstaniu w „Missed Me”, ironicznie raduje się nakręcamym chłopcem, który zastępuje jej prawdziwego mężczyznę w „Coin-Operated Boy”, oskarża o złe traktowanie w otwierającym album „Good Day” i tak dalej. Każdy znajdzie tu sytuację damsko-męską dla siebie. I wszystko to to nie ckliwe, znane z popowych hitów, rozpaczanie nad tym, że ktoś nas opuścił czy że nam źle, ale raczej próba nieco szalonego przeciwstawienia się rzeczywistości i agresywnego wykrzyczenia tego, co boli. W końcu Amanda Palmer śpiewa wyraźnie „I'd rather be a bitch than be an ordinary broken heart” („Wolę być suką niż zwyczajnym złamanym sercem”).

Całość do przeczytania w "Wiadomościach Sąsiedzkich Wesoła"! 
Czytaj dalej »

wtorek, 1 kwietnia 2014

Jak "Newsweek" zdyskredytował tumblr.com

0


Ostatnio w "Newsweeku" (tekst dostępny również w wersji drukowanej z tego tygodnia) pojawił się dyżurny temat zagubionych nastolatków. Zainteresowanie tematem i próbę zainteresowania nim rodziców (często mało świadomych tego, co dzieje się w głowach i duszach ich dzieciaków) szczerze popieram. Z gimnazjalistami i licealistami psychicznie jest coraz gorzej i jest to zupełnie realny problem, z którym jeśli się nie zmierzymy może być już za późno na uratowanie kolejnej generacji od pogrążenia się w nowej chorobie cywilizacyjnej - depresji. Sposoby walki są oczywiście różne - po pierwsze rodzice mogliby realnie poświęcić nieco więcej czasu swoim podopiecznym, których przecież sami na ten świat sprowadzili (chociaż o tym mowa jest od lat i jakoś nie działa), po drugie świat mógłby przestać wywierać tak straszną presję na ludziach już od dzieciństwa. Presję tak silną, że większość dziewczynek już w podstawówce znienawidzi swoje ciało, a w gimnazjum i kolejnych etapach edukacji dołączy do nich kolejne kilkanaście procent koleżanek (w celu zapoznania się z tymi statystykami zachęcam do obejrzenia poniższego TED talk).



Oczywiście w tym przypadku tym bardziej trudno oczekiwać, że cokolwiek się zmieni. Ale to jest to co można by zrobić. "Newsweek" widzi za to zagrożenia w miejscach, po których wiele z nas w ogóle by się tego nie spodziewało. Na przykład na portalu tumblr.com.

Tumblr, niewinny portal służący do blogowania, a raczej mikroblogowania, czyli głównie repostowania znalezionych gdzieś indziej treści bądź pisania krótkich przemyśleń i komentarzy, jest bardzo popularnym portalem za oceanem, jednak używa go coraz więcej Europejczyków, a w tym również Polaków - głównie młodych. Według wspomnianego już tygodnika tumblr to mroczne zakamarki internetu, które kryją w sobie głównie blogi o morderczym odchudzaniu oraz poradach jak pociąć się, aby nikt nie zauważył. Owszem, treści te na tumblr na pewno istnieją (tak jak prawdopodobnie wszystko inne co bylibyśmy w stanie sobie wyobrazić), ale spośród wielu blogów, które sama obserwuję żaden nie wygląda tak, jak to zostało opisane. Mało tego - jest wręcz przeciwnie. Tymczasem w artykule słowo "tumblr" w zestawieniu z cięciem się i praktykami typu pro-ana pojawia się co najmniej kilka razy. Co pomyśli rodzic czytający taki tekst? Wszystko to wina tumblra. Czas dziecko odłączyć od tego zła.

Tymczasem możliwe, że akurat ten zagubiony nastolatek na tumblrze znajduje ratunek. Większość bowiem postów, które znajduję tam ja czy też moi znajomi dotyczą tematów takich jak ulubione seriale, filmy, muzyka, sztuka, czasami coś zabawnego, czasami inspirującego. Pośród nich bardzo często można tam spotkać promowanie pozytywnego postrzegania swojego ciała (na przykład seria zdjęć dziewczyny, która pozując nago zaprezentowała jak wiele zależy od tego w jaki sposób ułożymy swoje ciało - każdy może wyglądać jak supermodelka rozciągając się na łóżku i wyginając plecy, bądź też masa obrazków i tekstów typu: "You want to be skinny? Two steps: Realize you have skin. You are now skinny"), walkę z dręczeniem w szkołach, homofobią, rasizmem, wzajemne wspieranie się w ciężkich sytuacjach. Nie da się ukryć, że z tumblra korzysta na pewno wiele młodych ludzi z objawami depresji bądź innych dysfunkcji psychicznych, ale duża część z nich poszukuje tam pomocy, wsparcia, nie zaś porad jak się pociąć bądź zwymiotować. Redaktorzy "Newsweeka" nie zauważyli też pewnie, że w sekcji "Pomoc", gdzie na innych portalach znajdziemy tylko informacje techniczne, tumblr zadbał też o inny rodzaj wsparcia. Po wpisaniu słowa "samobójstwo" bądź jego pokrewnych w wyszukiwarce w tej sekcji tumblr wyświetli nam taką wiadomość:

"Gdzie mogę zgłosić moją troskę o bezpieczeństwo jakiegoś blogera?
Mimo głębokiej troski o dobro członków naszej społeczności, Tumblr nie zatrudnia przeszkolonych pracowników medycznych ani nie posiada innych zasobów, które umożliwiłyby nam bezpośrednie reagowanie na sytuacje zagrażające bezpieczeństwu osób. Jeśli martwisz się o bezpieczeństwo jakiegoś użytkownika Tumblra, prosimy o niezwłoczne skontaktowanie się z odpowiednim przedstawicielem prawa lub innym organem państwowym. W przypadkach dotyczących samookaleczania się, możesz również skorzystać z naszej listy telefonów zaufania i materiałów prewencyjnych."

Po raz kolejny kłania się kwestia powierzchowności. "Newsweek" wskazał wroga. Oczywiście nie każdy rodzic zrozumie to w ten sposób, ale część na pewno postanowi przekonać dzieciaki do wyłączenia tumblra. Bo to na pewno rozwiąże problem. Zamiast z nimi porozmawiać o co naprawdę chodzi.

Za jedną uwagę muszę jednak "Newsweek" pochwalić:

"Kiedy pytam: "Jakiej muzyki słucha wasze dziecko?", mówią: "Obrzydliwej". "Ale o czym?". "Nie słuchamy". "A jakie książki czyta?", "O matko, o jakichś wampirach". Ale o jakich, nie wiedzą."

Taki początek rozmowy może być kluczem do sukcesu, zwłaszcza, że często mnóstwo emocji, których nie potrafimy wyrazić odnajdujemy w sztuce. Szkoda tylko, że to nie wypowiedź redaktorki "Newsweeka", tylko przytoczony fragment rozmowy z Dorotą Zawadzką. 
Czytaj dalej »

poniedziałek, 24 marca 2014

"Sierpień w hrabstwie Osage" - recenzja

0
W "Wiadomościach Sąsiedzkich Wesoła" pojawiła się (jak co miesiąc) moja recenzja - tym razem filmu "Sierpień w hrabstwie Osage". Poniżej zamieszczam początek tekstu, a do całości odsyłam tu (nr 156, str. 12).

Popisy aktorskie to nie wszystko
"Sierpień w hrabstwie Osage", reż. John Wells

„Sierpień w hrabstwie Osage” zbiera zarówno liczne nominacje do nagród wszelakich jak i pozytywne recenzje od krytyków. Jednak to, co głównie jest zachwalane w tym obrazie to aktorstwo. A co z resztą? Reszta, niestety, też powinna być istotna.

„Sierpień w hrabstwie Osage” to dość zagmatwana historia rodziny, która rozpoczyna się od zaginięcia ojca, którego poszukiwania wszczyna ciężko chora na raka ust żona (Meryl Streep), zwołując do rodzinnego domu swoje córki z rodzinami oraz siostrę z mężem. Tak duże nagromadzenie osób o silnych charakterach i dość spapranych życiorysach zwiastuje tylko jedno – tragedię w postaci niekończącej się serii dramatów i kłótni.

I tym właśnie ten film jest. Serią obrazków, przeskakiwaniem od popisu aktorskiego do popisu aktorskiego. Wszystko jest tu ze sobą połączone, każda postać ma swoją historię, jednak wszystko razem nie łączy się w fabułę. Jest to seria portretów, doskonale pokazanych, ale jednak nie łączących się za pomocą jednej wspólnej historii. Cały czas mamy wrażenie, że film dopiero się rozkręca, że wciąż mamy do czynienia z prezentacją postaci, a prawdziwy wątek niedługo się rozpocznie. Ten moment jednak nie za bardzo następuje, a film pozostawia niedosyt, wrażenie, że został niedokończony.

Całość do przeczytania w "Wiadomościach Sąsiedzkich Wesoła"! 
Czytaj dalej »

wtorek, 14 stycznia 2014

Sylwester i Nowy Rok w Niederlandach

0
Inaczej niż większość zagranicznych studentów, którzy obecny semestr spędzają w Nijmegen ucząc się na Radboud University, postanowiłam wrócić wcześniej do Holandii i nie przedłużać sobie świątecznego pobytu w domu i smacznych obiadków do początku stycznia. A wszystko po to, żeby zobaczyć jak Holendrzy witają Nowy Rok.

Po pierwsze - narzekacie na Sylwestra w Polsce zaczynającego się hukami już o 17? Przyjedźcie do Holandii. Huki zaczynają się z samego rana, wybuchy słychać w jednosekundowych odstępach czasu albo kilka na raz (i nie ma w tym zdaniu ani trochę przesady) i nie tracą na sile aż do dnia następnego. W dodatku przez większość dnia nie ma co podziwiać, ponieważ wszędzie słychać huki petard, nie widać natomiast fajerwerków. Poruszając się 31 grudnia po Nijmegen czułam się jak na wojnie, a mój akademik z kartongipsu przeżywał niemałe wstrząsy. Na co dzień spokojne miasto stało się nagle jednym z głośniejszych w jakich miałam okazję przebywać, a moje myśli skupiały się na biednych stworzeniach domowych, takich jak psy, które muszą co roku przeżywać te bezsensowne salwy. Swoją drogą zastanawiam się jakim cudem jest to wszystko możliwe, ponieważ w Nijmegen jest zaledwie kilka sklepów z materiałami tego typu oraz nie ma tu zwyczaju jak w Polsce, że fajerwerki można dostać w każdym supermarkecie.

Ładnie zaczęło robić się pod wieczór, kiedy na niebie zaczęły się pojawiać kolorowe fajerwerki. Kulminacja, oczywiście, nastąpiła o północy. Aby mieć najlepszy widok na to, co będzie się o tej magicznej godzinie działo, udałam się na most rowerowo-kolejowy łączący ze sobą dwie części miasta. Z tego miejsca idealnie widać zabytkowy brzeg rzeki Waal oraz unoszące się nad miastem wieżyczki. Tenże most przekraczam codziennie na rowerze, aby dostać się na zajęcia na Uniwersytecie.

Za piętnaście dwunasta spotkałam się na moście z innymi znajomymi poznanymi podczas wymiany, którzy zdecydowali się spędzić Sylwestra w Nijmegen - Vivian i Victorią ze Stanów Zjednoczonych oraz Naomi z Niemiec. Chwilę przed północą niebo zaczęło rozbłyskać różnymi kolorami, aby o północy wręcz zapłonąć. Niebo po obu stronach rzeki wyglądało jak kolorowa ogniowa mieszanina, którą wszystkie podziwiałyśmy z lekko opadniętymi szczękami. Czegoś takiego nie widziałam na żadnym Sylwestrze w Warszawie - dla tego momentu warto było przeżyć cały dzień huków. Fajerwerkowe show zdawało się nie mieć końca, dlatego wsiadłyśmy na rowery i ruszyłyśmy na dalsze sylwestrowe przygody. Jechanie rowerem przez rozświetlony most i miasto, podziwiając jednocześnie wybuchowe atrakcje zapamiętam na bardzo długo. Co ciekawe w ciągu tego wieczora przez most jechałam około sześciu razy, ze względu na częste zmiany planów. Z tej okazji razem z Victorią nowy rok nazwałyśmy "rokiem wyrzeźbionego tyłka" (w skrócie - Year of the Butt).

Grafika stworzona (przy mojej pomocy koncepcyjnej) przez Adama.


Planem na dalszą część wieczoru (przed północą bawiłyśmy się na jednej z akademikowych domówek) było udanie się do lokalnych klubów, do których wejście na co dzień jest darmowe, ale w tą noc za przekroczenie progu trzeba zapłacić kilkanaście euro. Szybko jednak dostałyśmy informację od naszej holenderskiej mentorki, że zgodnie z przewidywaniami kluby raczej zieją pustkami - holenderscy studenci najczęściej po świętach Bożego Narodzenia zostają w rodzinnych domach aż do nowego roku, przez co studenckie miasteczko jakim jest Nijmegen raczej się wyludnia. Postanowiłyśmy więc zostać w domowych pieleszach i świętować Sylwestra najbardziej holendersko jak się da - zaopatrzyłyśmy się więc w oliebollen (smażone w głębokim tłuszczu ciasto podobne do znanych nam pączków) i jabłkowy sok z bąbelkami (przypominający nieco nasze Piccolo, ale znacznie lepszy), czyli tradycyjne holenderskie przysmaki na Nowy Rok.

Do swojego akademika wracałam rowerem około piątej rano, mijając po drodze wielu innych rowerzystów wracających ze świętowania Sylwestra do domów. Mijaliśmy się pozdrawiając się życzeniami wszystkiego dobrego na Nowy Rok, chociaż to akurat głównie wychodziło z mojej strony. Kolejny dzień był już raczej spokojny. Holendrzy zdaje się zużyli wszystkie swoje wybuchowe zapasy 31 grudnia i huki było słychać już tylko co kilka godzin. Tradycyjnie 1 stycznia rozpoczęto New Year's Dive, czyli biegiem do lodowatej wody (rzeki, jeziora, morza) w pomarańczowych czapkach. Największe tego typu biegi odbywają się w nadmorskich miejscowościach. W Nijmegen oprócz porannego biegu do rzeki, niedaleko brzegu ustawiono basen, do którego wielbiciele tej tradycji mogli wskoczyć i dostać charakterystyczne czapki. Z okazji do zamoczenia się ze wspomnianą Victorią nie skorzystałyśmy, ale w czapki oczywiście się zaopatrzyłyśmy.


Podsumowując, do Nijmegen na Sylwestra przyjechać było zdecydowanie warto. Mimo mojej miłości dla warszawskich tematycznych domówek to doświadczenie obserwowania płonącego wszystkimi kolorami tęczy nieba nad najstarszym miastem Holandii jest po prostu niezapomniane.

P.S. Szkoda, że fajerwerkom nie da się zrobić naprawdę fajnych zdjęć, które oddałyby ich rzeczywisty wygląd...
Czytaj dalej »

poniedziałek, 6 stycznia 2014

"Push the Sky Away" - recenzja

0
Jeśli ktoś jest zainteresowany moimi przemyśleniami na temat ostatniego albumu Nicka Cave'a to odsyłam do "Wiadomości Sąsiedzkich", gdzie ostatnio ukazała się recenzja "Push the Sky Away". Numer z nią znajdziecie pod tym linkiem. (nr 153 "Wiadomości Sąsiedzkich Wesoła", strona 8).



A tutaj zamieszczam teaser całości:

Powrót w wielkim stylu

Na powrót The Bad Seeds czekałam od minuty, kiedy ogłosili, że czas się rozstać. Czytający mój dział od dawna na pewno pamiętają moją recenzję „Murder Ballads” sprzed kilku lat, co może tylko potwierdzać moje ustawiczne zachwycanie się tą formacją. A przede wszystkim jej niesamowicie utalentowanym liderem, Nickiem Cavem. Każdy powrót ulubionego zespołu to obawy. Zwłaszcza, że w międzyczasie The Bad Seeds opuścili jedni z ich najważniejszych muzyków – Blixa Bargeld i Mick Harvey. Jednak nie było się czego bać – album „Push the Sky Away” nie mógłby być lepszy.

„Push the Sky Away” jest niczym mieszanka The Bad Seeds z ich dawnych lat (kiedy, jak to mówią fani, każdy album miał liczbę ofiar) z dodatkowymi nowościami. Tak więc mamy Nicka, który tak jak dawniej opowiada nam różne historyjki, wracając do swojej sprawdzonej techniki narracji (zanim jeszcze zwrócił się w stronę osobistych przemyśleń znanych chociażby z dzieła jakim jest „The Boatman’s Call”), ale z drugiej strony album jest prawie całkiem pozbawiony gitary, co dla Bad Seeds jest dość nietypowe. Jak mówi sam Cave stało się tak, ponieważ odejście gitarzysty (a właściwie dwóch gitarzystów) pozostawiło w zespole „dziurę w kształcie gitary”, która powinna pozostać dziurą i dać wybrzmieć pozostałym instrumentom. I zaiste wybrzmiewają w niesamowity sposób i w dużej ilości. Znowu wracamy również do klimatycznych, skomplikowanych kompozycji, znanych nam niemalże ze wszystkich albumów Złych Nasion. Niski głos Cave’a przeszedł pewne zmiany (nie da się ukryć – nie będzie młodniał), ale nadal słucha się go niczym balsamu dla uszu (Cave twierdzi, że dopiero teraz słucha własnego wokalu z przyjemnością). Na większości albumu pozostaje w melancholijnej, spokojnej stylistyce, dobrej na wieczory we dwoje bądź nocne spacery w deszczu (ja najczęściej słucham go nocą na rowerze), jednakowoż utwory te wykonywane na żywo (zwłaszcza „Jubilee Street”) nabierają nowej, zwierzęcej energii. Album jest raczej stonowany, ale nie brakuje mu bardziej agresywnych bądź majestatycznych elementów. Muzyka to majstersztyk w każdym calu. Trudno tu wybrać najlepszy utwór, ale osobiście postawiłabym na zamykający album kawałek o tym samym tytule – „Push the Sky Away”.


Ciąg dalszy w "Wiadomościach Sąsiedzkich".
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia