poniedziałek, 17 grudnia 2018

BLW - oczekiwania versus rzeczywistość

0
Kiedy pierwszy raz usłyszałam o metodzie BLW (w oryginale oznacza Baby-Led Weaning, czyli odstawienie od piersi sterowane przez dziecko, Polacy i Polki skrót rozwijają do Bobas Lubi Wybór) pomyślałam, że to metoda kompletnie nie dla mnie. Tak jak większość osób, które pierwszy raz o niej słyszą, poczułam przerażenie (zadławi się!), a także myślałam, że będzie to mnóstwo roboty - z przygotowywaniem i sprzątaniem. Jak okazało się naprawdę?

Jeden z posiłków Franka - marchewka gotowana, owsianka i jajko na twardo

BLW - z czym to się je? 

Najpierw pokrótce chcę wam napisać czym w ogóle jest BLW, bo może część z moich czytelników spotyka się z tym terminem po raz pierwszy. Jest to metoda rozszerzania diety, która przede wszystkim zakłada, że dziecko karmi się samo, rodzic tylko proponuje posiłki, zaś bobas decyduje co zjada i ile zjada oraz czy w ogóle coś zjada. Nie podajemy więc papek na łyżeczce tylko normalne kawałki jedzenia wygodne do złapania w dziecięcą rączkę (oczywiście nie podajemy produktów niewskazanych dla niemowląt, ale ich lista jest bardzo krótka - m.in. jest to sól, cukier, miód, grzyby - pełną listę znajdziecie w linkach na końcu tekstu). Przed maluchem powinno się znaleźć kilka różnych produktów (żeby mógł wybrać), nie przeszkadzamy, nie pomagamy, nie namawiamy, karmimy kiedy dziecko jest wypoczęte i najedzone (piersią lub butelką), żeby skupiło się na próbowaniu, a nie irytowało dyskomfortem (pamiętajcie - bobas nie rozumie przecież, że jedzeniem może się najeść, więc jeśli nie podacie mu wcześniej mleka to będzie po prostu zdenerwowany i z prób jedzenia nic nie wyjdzie). Po jakimś czasie takiego rozszerzania dziecko może zacząć samo rezygnować z karmień mlekiem na rzecz jedzenia stałego, ale do roku mleko to podstawa diety, a reszta - uzupełnienie.

Taka metoda to wiele korzyści, przede wszystkim dla dziecka - pomaga mu rozwijać umiejętności samodzielnego jedzenia, poznawać różne faktury, konsystencje i smaki (w papkach jest to prawie niemożliwe), radzić sobie z przeżuwaniem, przemieszczaniem pokarmu w buzi, piciem z kubka, a także wspomaga rozwój mowy i integrację sensoryczną. Przede wszystkim jednak tworzy zdrową relację dziecka z jedzeniem - bez zmuszania, walki, rodzicielskich podstępów i tym podobnych. Zmusza rodzica do tego, żeby zaufał dziecku w kwestii tego, czego ono potrzebuje. A to i tak pewnie nie wszystkie korzyści płynące z takiego rozszerzania diety. 

Kiedy już przekonałam się do metody BLW (po przeczytaniu książki, którą polecam wszystkim rodzicom, których czeka rozszerzanie diety, czyli "Bobas lubi wybór"), miałam bardziej określone obawy, jak również oczekiwania, które oczywiście okazały się słuszne lub zupełnie bezpodstawne w starciu z rzeczywistością.

Do BLW nie jest potrzebny żaden talerzyk (może być nawet problematyczny, bo bywa ciekawszy niż samo jedzenie ;))

Zadławi się! 

To chyba obawa prawie każdej osoby, która słyszy o BLW. Ja też trochę obawiałam się, że młody sobie nie poradzi. Obawy te stały się dużo mniejsze po przeczytaniu wspomnianej książki o metodzie (gdzie wyjaśniono między innymi, że odruch wymiotny u dzieci wywoływany jest dużo płycej w jamie ustnej niż u dorosłych), ale jednak zostały. Aby dziecko się nie zadławiło musi siedzieć w pozycji prostej, np. w krzesełku do karmienia albo na kolanach rodzica. Nasz młody zaczął siadać sam niedługo po ukończeniu 6. miesiąca życia, więc nie było tutaj większego problemu. I wszystko rzeczywiście zadziałało jak należy - kilka razy się krztusił, czasem coś zwrócił, ale nigdy (a dietę rozszerzamy już prawie trzy miesiące) sytuacja nie wymagała interwencji dorosłego. Co więcej - krztusił się mniej niż przy piciu mleka z piersi. A im dalej w las z rozszerzaniem, tym groźnie wyglądających sytuacji było coraz mniej za to wyraźnie zaczęłam zauważać, bez mojego namawiania, zmuszania, czy innych walk znanych rodzicom, którzy karmią łyżeczką, że mój syn po prostu naprawdę zaczyna jeść. Z dnia na dzień posiada też coraz więcej umiejętności - na początku uderzał niezdarnie w rozłożoną przed nim cukinię, teraz precyzyjnie w dwa palce łapie małe kawałki kalafiora. Kiedyś wszystko tylko ssał i memlał, teraz widzę jak świadomie odgryza sobie kawałki jedzenia i je połyka. Jest to naprawdę fascynujące!

Co z tą regularnością posiłków?

Kolejnym moim problemem było to jak zadbać o w miarę regularne posiłki, które przy BLW są zalecane, kiedy rytm drzemek i karmień dziecka to codzienna niespodzianka. Po dwóch miesiącach rozszerzania nadal wychodzi tak sobie. Czasami któryś posiłek trzeba pominąć, czasami któryś się przesunie, ale zawsze są to 2-3 próby podania jedzenia. Teraz myślę już o przejściu na 3-4 posiłki, zobaczymy, jak to wyjdzie. Na szczęście BLW to w ogóle nie są sztywne zasady, więc bardzo się tym brakiem regularności nie przejmuję - tym bardziej, że wciąż karmiąc piersią jestem pewna, że dziecko nie jest głodne.

Banan i chleb z pasztetem warzywnym według przepisu z Alaantkowe (mi też bardzo smakował)

Kto to posprząta?

W moim domu odpowiedź okazała się dość prosta, przynajmniej jeśli chodzi o bałagan na podłodze - pies. Więcej trudności przysporzyło sprzątanie z krzesełka i z dziecka. Po dwóch miesiącach bałaganu jest coraz mniej ze względu na coraz większe umiejętności Franka, ale również coraz lepsze ogarnianie ze strony mojej i męża. Dlatego postanowiłam kilkoma trikami podzielić się również z wami, chociaż pewnie wiele mam je zna.

Jeśli jest ciepło w mieszkaniu, dziecko można rozebrać albo chociaż częściowo zdjąć mu te elementy ubrania, które są najbardziej podatne na zabrudzenia. U nas są to spodnie, na które spadają różne kawałki jedzenia, których nie wyłapie fartuszek, więc Franek zazwyczaj siada do posiłków w bodziaku lub koszulce i wspomnianym fartuszku. Fartuszków przetestowaliśmy kilka i zdecydowanie najlepiej sprawdził nam się nieśmiertelny model w kropki z IKEI. Jest cienki, miły, łatwo się go płucze pod prysznicem (wieszanie fartuszków w kabinie po jedzeniu i płukanie ich prysznicem to kolejny dobry trik na sprzątanie po BLW), a gumki przy rękawach sprawiają, że jedzenie nie wchodzi pod fartuszek jak w innych modelach z długimi rękawami. Najgorzej oceniamy bezrękawniki z grubej folii sprezentowane nam przez rodzinę, które ani odpowiednio nie chronią, ani nie są przyjemne w dotyku, a przede wszystkim Franek z łatwością i chętnie wpychał je sobie do buzi podczas jedzenia jako gryzak. Ogarnianie krzesełka papierowymi ręcznikami sprawiało początkowo trudności, bo w tym czasie Franek szybko się niecierpliwił, ale już coraz częściej akceptuje, że nie zawsze może mieć 100 procent naszej atencji, pomagają w tym też przeróżne zabawki oraz pies sprzątający podłogę, co samo w sobie stanowi dla dziecka niezłą rozrywkę. Na początku sporym problemem było też to, że syn często wylewał na siebie wodę, a potem bardzo szybko denerwował się, ponieważ był mokry (żaden fartuszek w 100 procentach nie zdał testu lamy, czyli plującego na siebie wodą dziecka), ale wtedy pomagało szybkie przebieranie. Dziś ten problem prawie nie istnieje, bo dzięki nauce picia z bidonu oraz otwartego kubka (doidy) od samego początku Franek coraz lepiej to ogarnia i nie musimy przechodzić przez kolejne etapy jak butelka, niekapek i tym podobne cuda.

Pomidor i banan z amarantusem, który ułatwia łapanie śliskiego jedzenia

Co na to dziadkowie?

Wiele mam, w tym ja, przejmuje się tym, co o BLW powie starsze pokolenie - nasi rodzice, nasi dziadkowie. Z początku faktycznie pokolenie naszych rodziców nie było do BLW nastawione za dobrze, ale akceptowali naszą decyzję i słuchali argumentów za. Wyrywały im się różne komentarze ("a może on by wolał łatwiej?", "to chyba metoda dla mam, które mają za dużo wolnego czasu" - tu akurat uważam, że wręcz przeciwnie, bo kiedy dziecko je można samemu zjeść, a nie karmić łyżeczką, można gotować dla dziecka i siebie prawie to samo, a bałagan jest przy każdym rozszerzaniu diety, tradycyjne "zadławi się" albo pytanie skąd mam pewność, że on już może jeść daną rzecz). Widziałam jak z duszą na ramieniu siadali do pierwszych posiłków z wnukiem, na początku pytali czy nie trzeba mu pomóc, kiedy się krztusił, ale spokojnie odpowiadałam, że sobie poradzi. I radził sobie. A potem byli już BLW zachwyceni - chętnie uczestniczyli w posiłkach z młodym, oglądali filmiki z jego zmagań z jedzeniem, chwalili się znajomym. Także moja rada dla rodziców, którzy nie mogą przekonać dziadków do BLW to - po prostu pokażcie im BLW w akcji (najlepiej na początek z jakimś pewniakiem, żeby od razu zobaczyli, jak dziecku świetnie idzie ;)).

Ale ja nie umiem gotować!

W naszym domu gotuje mąż. Ja kiedyś weszłam do kuchni, a potem moja koleżanka z zatruciem pojechała do lekarza. Od tamtej pory ograniczałam się tylko do tego, co mi jako tako wychodziło, czyli do pieczenia. Jednak będąc cały dzień w domu z dzieckiem po rozszerzonej diecie musiałam pogodzić się z faktem, że gotowanie będzie konieczne. I okazało się, że robienie prostych posiłków dla dziecka to nie jest taki dramat. Przede wszystkim zaprzyjaźniłam się z sitkiem do gotowania na parze. Poza tym ustawiłam sobie w kuchni wózek, do którego wsadzałam małego i dawałam mu różne kuchenne (oczywiście bezpieczne) przyrządy do zabawy, żeby znaleźć sobie czas na przygotowanie jedzenia (bo nawet 15 min bez rozrywek i kontaktu z bazą to dla mojego małego człowieka zbyt wiele). Gdyby nie to, że mały tak ciężko znosi to, że robię coś innego niż zajmowanie się nim, to pewnie chętnie przygotowywałabym nawet bardziej skomplikowane rzeczy, bo zaczęło mi to nawet sprawiać radość. Póki co te bardziej skomplikowane rzeczy zostawiam mężowi - przygotowuje je na weekendowe obiady albo wieczorami na następny dzień, jeśli znajdzie trochę czasu.

Jeden z hitów BLW czyli brokuł na parze, a do tego ogórek (super na ząbkowanie) oraz dobre tłuszcze, czyli awokado. No i amarantus, który obecnie sypię właściwie gdzie się da ;)

Zmiany dla siebie

Na końcu najważniejsze - okazało się, że to prawda, że BLW dla dziecka to również ulepszenie nawyków żywieniowych rodziców. Często kiedy Franek je to my jemy razem z nim, więc najłatwiej przygotować to samo. Czyli coś zdrowego. W ten sposób pokochałam wszystkie warzywa, których do tej pory nie byłam fanką, a także znalazłam sposób na dodanie smaku tym, które mi nie odpowiadały (np. nie lubię buraka samego w sobie, ale w muffinach albo naleśnikach jest ekstra, a do tego jest gęsty odżywczo, co jest bardzo ważne przy BLW, bo niemowlaki jedzą mało). Muszę też ograniczyć podjadanie, zwłaszcza niezdrowych rzeczy, bo Franek rozumie już co to jedzenie i kiedy widzi, że jem i nie dzielę się z nim, to się irytuje. A przecież czekoladą albo czipsami się z nim nie podzielę... Poza tym dużo dowiaduję się o bilansowaniu posiłków, a także ich zawartości odżywczej, potrzebach ludzkiego organizmu, dzięki czemu sama poznaję nowe sposoby na ulepszenie swojego jedzenia (odkryciem było dla mnie na przykład istnienie bogatego w ważne dla dzieci żelazo amarantusa). W ten sposób dieta niemowlaka zaczęła wpływać na naszą dietę.

Na koniec nieprzekonanym powiem jeszcze, że naprawdę fascynująca jest obserwacja dziecka w takim procesie rozszerzania diety - jak nabiera nowych umiejętności, jak niespotykanie łączy smaki, je w sposób, jakiego byś nie wymyślił/a, czy też zamienia posiłek w lekcję plastyki (polecam dać dziecku jogurt w kubeczku i po prostu pozwolić działać!). Nie bójcie się i dobrej zabawy!

Sensoplastyka przy jogurcie

POMOCNE PRZY BLW:

Książka "Bobas lubi wybór" Gill Rapley, Tracey Murkett
Blog Szpinak robi bleee
Blog Alaantkowe BLW oraz ich książki z przepisami
Blog Małgorzaty Jackowskiej 
Czytaj dalej »

niedziela, 9 grudnia 2018

10 gadżetów do wyprawki

0
Małe dziecko tak naprawdę nie potrzebuje wiele, żeby przeżyć i mieć się dobrze. Przede wszystkim potrzebuje opiekuna, czegoś do jedzenia (przez pół roku możesz mieć to prawie za darmo jeśli karmisz piersią), zestawu ubranek, kilku kosmetyków, ciepłej wody w kranie, pieluszek, śpiworków lub rożków i miejsca do spania. Jednak rodzice zazwyczaj zwiększają ilość rzeczy w wyprawce. I może zdecydujecie się na bardzo drogi bujaczek albo leżaczek, wózek z siedmioma amortyzatorami, świecącą i grającą karuzelę, kołyskę, szumiącą maskotkę albo coś jeszcze innego. Moim zdaniem wszystkie te wymienione rzeczy są kompletnie niepotrzebne. Poniżej lista tego, co sama poleciłabym innym mamom na początek macierzyństwa, jeżeli koniecznie chcą wydać więcej pieniędzy.

1. Chusta

Jak pisałam w innym wpisie chusta okazała się u nas absolutną koniecznością. Nie każde dziecko ciężko przechodzi tak zwany 4 trymestr, nie każde ma wrodzoną awersję do wózka. Ale każde potrzebuje bliskości rodzica, a rodzic na pewno chętnie odciąży swój kręgosłup. Więc nawet jeśli wasze dziecko będzie odkładalne, to chusta może się przydać do wzmacniania więzi albo na spacery, na które nie chce wam się ciągnąć wózka. Wbrew pozorom jej wiązanie w ogóle nie jest trudne, łatwo ją ze sobą wszędzie zabrać, a także może ją z powodzeniem nosić zarówno mama, jak i tata. Z perspektywy czasu widzę, że nieco trudniejsze pod pewnymi względami jest nosidło, w którym macie dopasowane do swojego wzrostu i rozmiaru klamry, które trzeba przestawiać przy zmianie noszącego. Poza tym nosidła możecie używać dopiero, kiedy dziecko zacznie samo siadać - jeśli ktoś przekonuje was, że jest inaczej, to prawdopodobnie chce z was ściągnąć kasę (ach ten marketing robiony na rodzicach), bo nic nie da tak prawidłowej postawy i odpowiedniego podparcia jak odpowiednio dociągnięta chusta. 

2. Subskrypcja Netflixa. I może jeszcze HBO GO.

Bardzo potrzebne, jeśli chcesz przeżyć maraton karmień w pierwszych miesiącach (u nas trwały nawet po 12 godzin), a potem drzemki dziecka odbywające się na tobie (tak, wiem, są dzieci, które odłożone śpią w swoich łóżeczkach i nie rozpaczają z tego powodu, ale nie znam takich wiele). I w czasie ciąży najlepiej zwalcz pokusę obejrzenia wszystkich seriali. Przydadzą ci się potem (tak, miałam takie momenty, że już nie miałam co oglądać).

3. Czujnik oddechu lub dostawka do łóżka

Prawie wszystkie mamy mają ze sobą coś wspólnego - sprawdzają, czy ich dziecko oddycha. Przez to nawet przez te krótkie momenty, kiedy w nocy śpi w swoim łóżku, one też nie śpią, zamiast odpoczywać. Sama już w ciąży wiedziałam, że będę jedną z tych mam, która stoi nad dzieckiem i trzęsie się ze strachu, czy na pewno wszystko z nim ok. Ponieważ śpimy na kanapie, do której nie można dołączyć dostawki, zainwestowaliśmy w czujnik. Zielona lampeczka informująca mnie, że wszystko jest ok, pozwoliła mi zmrużyć oczy (chociaż i tak zdarzyło mi się kilka razy sprawdzić, czy Franek oddycha!). Nie jest to tani gadżet (zwłaszcza, że najlepiej kupić ten, który ma status produktu medycznego), ale jeśli macie wydać na coś w stylu mamaroo albo inny leżaczek-zabawiaczek, to to, moim zdaniem da wam dużo więcej spokoju. Jednak, jak zawsze, każda mama i dziecko są inne, więc każdy może mieć inne potrzeby. A i nie zapominajmy, że mimo wszystko najlepszym sprzętem jest czujność rodzica - czujnik więc nie zwalnia nas z myślenia, np. o tym, żeby w dziecięcym łóżeczku nie kłaść przytulanek i kocyków, ochraniaczy, czy też innych bajerów. Zamiast czujnika fajnym rozwiązaniem może być wspomniana dostawka - dziecko jest cały czas tuż obok, możemy trzymać na nim dłoń, ułatwia to też karmienie piersią.

Pies to niestety dość zawodny czujnik oddechu

4. Dobry fotelik samochodowy

Nawet jeśli nie masz samochodu, często przemieszczenie się gdzieś samochodem może być konieczne. Nikomu nie życzę źle, ale być skazanym na komunikację miejską, kiedy trzeba pędzić do lekarza, to nic przyjemnego. A niestety nie wszystkie taksówki są wyposażone w foteliki. 

5. Prosta karuzela lub pałąk edukacyjny

Zapewni chwilową rozrywkę, kiedy musisz siku albo zjeść coś na szybko. Co prawda sprawdza się tylko przez kilka pierwszych miesięcy, kiedy dziecko leży, ale przecież wtedy też ludzie robią siku i jedzą. Karuzela nie musi być droga, świecąca, grająca, zabawiająca na milion sposobów. Można ją nawet zrobić samemu, jeśli tylko ma się lekko kreatywne zacięcie. Musi się tylko obracać, nie musi mieć nawet do tego mechanizmu, wystarczy, że nią zakręcisz.

Pałąk z IKEI był u nas w użyciu prawie codziennie

6. Przewijak

Dziecko można przewijać wszędzie - na podłodze, na łóżku, tapczanie (moja znajoma, mam nadzieję, że nie ma mi za złe, że tu o niej wspominam, przewijała raz dziecko na stole w remizie strażackiej). Ale przewijak to troska o twoje plecy, zwłaszcza na początku, kiedy dziecko tylko leży, nie obraca się, ale za to wiele razy wymaga zmiany pieluszki. Potem część dzieci przestaje lubić przewijaki albo wiercą się na nich na tyle, że ich używanie nie ma sensu. Jednak początkowo do zmian pieluszek i pielęgnacji jest to bardzo pomocna inwestycja. 

7. Jeśli nie masz wanny - wanienka ze stojakiem

Ponownie jest to troska o twój kręgosłup, który i tak będzie zmęczony noszeniem, dźwiganiem i schylaniem się na miliard sposobów. Niech więc wanienka stanie na stojaku, a nie np. pod prysznicem, gdzie trzeba się będzie nagimnastykować, aby z niej skorzystać. Dmuchana wanna pod prysznic to lepsze rozwiązanie na podróże.

Mąż, wanna i Radiohead

8. Szeleściaki

Nie byłam przekonana do tej słynnej zabawki, bo nie rozumiałam, czemu tak fascynujące ma być szeleszczenie. Okazuje się, że dzieci to uwielbiają. U nas szeleściak na początku sprawdzał się doskonale na uspokajanie w podróży (chociaż wiadomo, idealnego spokoju osiągnąć się nie dało), a także na przewijaku, kiedy Kartofelek był noworodkiem i irytowała go pielęgnacja. Potem mógł bawić się nim sam - do woli szeleścić, odkrywać, gryźć, przytulać. Jest to jedna z nielicznych zabawek, które naprawdę polecam na pierwsze miesiące. No może jeszcze różne kontrastowe zabawki, które super skupiają wzrok maluszka - ale o pomysłach na zabawy będzie jeszcze w innym wpisie ;).

Tak, mój syn bawi się i autem, i jednorożcem

9. Lustro

Kolejna "zabawka", która jest warta polecenia. Niemowlaki lubią oglądać drugiego dzidziusia po drugiej stronie, a także zadziwiać się faktem, że rodzic jest zarówno obok jak i w lustrze! Oczywiście nie zachęcam do pozostawiania dziecka z lustrem sam na sam (chyba że to bezpieczne lusterko dla dzieci), ale wspólne oglądanie się jest zajmującą zabawą i potrafi też ukoić płacz i starszego niemowlęcia. 

10. Gryzaki

Niektórym dzieciom zęby wychodzą przed rozszerzaniem diety (na przykład mojemu) i wtedy dla ukojenia nie można zastosować zimnego ogórka z lodówki. Wtedy przy ząbkowaniu życie ratują różne gryzaki - u nas sprawdziły się te wodne, jak również gumowe i kauczukowe. Drewniane też dają radę. Jeśli chcesz używać ich podczas spacerów przydadzą się takie, które można przyczepić do ubranka.

Skoro syn nie jest fanem wózka, to mogą w nim jeździć chociaż gryzaki...

Tak wygląda moja lista gadżetów do wyprawki. Każda z mam i każdy z ojców na pewno mogliby napisać własną, która różniłaby się znacznie od tej. Co znalazłoby się na waszej? Co się przydało, a co właściwie moglibyście sprzedać nienaruszone? 
Czytaj dalej »

niedziela, 2 grudnia 2018

10 rzeczy, które zaskoczyły mnie w byciu rodzicem

0
Często jest tak, że zanim czegoś doświadczymy, to wyobrażamy sobie jak to mniej więcej wygląda. Jako dzieci sądzimy, że życie dorosłych to "mogę wszystko", a potem okazuje się, że to raczej "zobaczę na ile mogę sobie pozwolić, żeby nie przymierać głodem i nie stracić przy tym jasności umysłu". Zanim wybierzemy się na wakacje, wyobrażamy sobie jak będzie na miejscu, jak odpoczniemy leżąc plackiem, a już na samym urlopie zapominamy jak się odpoczywa. I tak dalej. Wszyscy też zanim zostaniemy rodzicami (oczywiście mówię tylko o tych, którzy rodzicami chcą zostać) mamy w głowie jakiś obraz rodzicielstwa, który potem ulega drastycznej zmianie. Oto kilka rzeczy, które mnie zaskoczyły (chociaż wiadomo, że każde dziecko, tak samo jak każdy człowiek dorosły, jest kompletnie inne, więc część tych podpunktów albo wszystkie u innych mam mogą wyglądać kompletnie inaczej).


1. Noworodki wcale nie śpią prawie przez cały czas

Mój "spał cały czas" z przerwami na jedzenie przez jakiś tydzień. Potem zrobiło się dużo, dużo trudniej.

2. Przewijanie i kupa nie są obrzydliwe

Serio, mleczne kupy są całkiem spoko (jakkolwiek to brzmi). Nie śmierdzą, łatwo da się nimi "zarządzać". Nie było dla mnie obrzydliwe nawet przyglądanie się im, kiedy działo się coś niedobrego. Zdarzyło mi się nawet ucieszyć na widok kupy, która już nie wyglądała na objaw problemów. Dlatego nie rozumiem tych całych historii o tym, jakie to przewijanie koszmarne, a w dodatku niemęskie ("Już ja widzę jak Adam będzie przewijał dziecko HE HE HE"). Przewijanie to zupełnie normalna czynność, czasem utrudniana przez zainteresowanego wszystkim wokół noworodka i jedna z najłatwiejszych w całym tym rodzicielstwie. I może być wykonywana z powodzeniem zarówno przez jednego, jak i drugiego rodzica.

3. Nie bałam się ciemiączka

Wizja tego, że moje dziecko będzie miało miękki fragment główki, na który trzeba uważać, była dla mnie naprawdę przerażająca. Bałam się, że go uszkodzę, źle złapię, że trzeba będzie wyjątkowo delikatnie się z tym obchodzić, a każdy najdrobniejszy błąd będzie mógł sprawić, że zrobię mojemu dziecku nieodwracalną krzywdę. Okazało się, że owszem, ciemiączko istnieje, ale dotykanie główki malucha nie wiąże się z przerażeniem. Intuicyjnie wiedziałam jak go łapać, a nawet trochę się cieszyłam, że dzięki ciemiączku widać jak dziecku bije serducho.

4. Nie bałam się podnoszenia dziecka

Może to kwestia tego, że mój kartofelek urodził się naprawdę duży (prawie pięć kilo), ale podnoszenie go również okazało się intuicyjne. Przed porodem myślałam, że będę się bała w ogóle wziąć go na ręce, że przypadkiem zrobię mu coś złego. Położne w szkole rodzenia mówiły nam, że o ile nie będziemy chcieli dziecka skrzywdzić celowo, to nic mu się nie stanie. I to prawda. Wystarczy ostrożność i wrodzona intuicja, a podnoszenie szkraba okazuje się sprawą prostą.

5.  Karmienie piersią za to nie jest proste

Z kolei to, co jawiło mi się jako banalnie proste, czyli karmienie piersią, okazało się najtrudniejszą rzeczą. W szkole rodzenia laktacji poświęcono jedne zajęcia i według mnie i tak dostałam więcej informacji niż większość matek w tym kraju, które nie mają pojęcia o tym, jak ten proces wygląda. Nadal jednak wyobrażałam sobie, że przystawię malucha i wszystko właściwie będzie działo się samo, malec będzie zadowolony i nakarmiony, a ja szczęśliwa i piękna niczym kobiety karmiące ze stylizowanych zdjęć na łąkach. Okazało się, że karmienie piersią to mega ciężka praca, która wymaga poświęcenia, czasu, a także nauki - zarówno ze strony matki, jak i dziecka. Na moje szczęście w moim otoczeniu (poza szpitalem) było niewiele głosów, które karmiły mnie mitami o chudym mleku, diecie matki karmiącej, małej ilości pokarmu, karmieniu co trzy godziny, czy innych równie bzdurnych pierdołach. Trafiła mi się dobra pediatra i wyrozumiała rodzina. Nie spodziewałam się, że przez pierwsze miesiące będę właściwie cały czas karmić, ale dzięki wiedzy, wsparciu, a przede wszystkim samozaparciu udało się, a potem zrobiło się ciut łatwiej. Teraz karmię małego co kilka godzin i cieszę się, że pod ręką mam zawsze niezawodny cyc uspokajacz, a moje dziecko dostaje najlepszy pokarm na świecie. Warto było przez te pierwsze dwa-trzy miesiące karmić właściwie non stop, mimo że ciągle np. w internecie, słyszę głosy o tym, że kp "nie warto za wszelką cenę" i mimo że kompletnie nie spodziewałam się, że tak to będzie wyglądało.

6. Wyjścia z domu bez dziecka kiedy karmisz piersią wcale nie są łatwe

Kiedy byłam w ciąży myślałam, że to żadna filozofia - odciągasz mleko, ktoś podaje dziecku jak cię nie ma, proste! Okazało się, że jest, oczywiście, zupełnie inaczej. Po pierwsze samo odciąganie w ogóle nie jest łatwe, zajmuje dużo czasu (przynajmniej mi), a podczas tego czasu mleka zbiera się niewiele. Nie ma szans, żeby tego samego dnia odciągnąć odpowiednią ilość mleka i zostawić je dziecku. Zwłaszcza jeśli cały czas zajmujesz się dzieckiem i nie masz kiedy tego mleka odciągać... Do tego dochodzą problemy z podaniem mleka - butelka zaburza odruch ssania, inne metody są dość skomplikowane albo przerażające dla innych (np. kubeczek), a nawet jeśli pogodzisz się z ryzykiem zaburzenia odruchu to... dziecko może nie chcieć butelki. I w ogóle może nie chcieć pić twojego mleka nie z cycka. Tak było u nas, co sprawiło, że pożegnałam się na długo z wielogodzinnymi wyjściami z domu bez dziecka. Zabierałam go więc ze sobą lub wychodziłam między karmieniami (na szczęście mały zaakceptował zasypianie z tatą i udawało się nawet wymknąć na koncert, byle szybko!).

7. Pieluszkowe zapalenie opon mózgowych dotyka chyba każdego w pewnym stopniu

Czy chcesz, czy nie, jakkolwiek będziesz się zarzekać, zrobisz jedną z tych dziwnych rzeczy, o które siebie samej nie podejrzewałaś. Ja na przykład poryczałam się na koncercie Beyoncé, kiedy na telebimach pokazano jej dzieci, a ja miałam świadomość, że po raz drugi w życiu zostawiłam syna samego z tatą. 

8. Zrzucenie wagi po porodzie to nie jest aż tak gigantyczny problem (chociaż nie uważam, że to było w jakikolwiek sposób istotne)

Po pierwsze codziennie robisz mega cardio - podnoszenie ciężarów, przysiady, nieraz bieganie (np. żeby szybko zrobić siku zanim dziecko się rozpłacze, że zniknęłaś). Po drugie - jeśli karmisz piersią to (chociaż słyszałam, że nie jest tak u absolutnie każdego) zużywasz mnóstwo energii i zarazem chudniesz. Ja zaczęłam ważyć mniej niż ważyłam przed ciążą bardzo, bardzo szybko, a kompletnie nie przywiązywałam do tego wagi (he he he, wagi) - po prostu nie miało to dla mnie żadnego znaczenia.

9. Chusta to nie fajny bliskościowy gadżet, chusta to konieczność

I znowu - oczekiwania versus rzeczywistość. W ciąży myślałam, że chusta będzie takim fajnym gadżetem do pobycia blisko z maluszkiem, wyjścia na fajny spacer oraz zrobienie sobie super profilowego (to jedno się udało!). Okazało się, że chusta to absolutna konieczność, zwłaszcza na samym początku. Nasz kartofelek to egzemplarz nieodkładalny na czas drzemek, a kiedy w okresie noworodkowym spał i jadł na przemian, a potem przeżywał ciężko kolki, chusta ratowała nam życie. Później przydawała się na spacerach, kiedy nie akceptował wózka. No i ostatecznie - to też jest fajny gadżet i przyjemna bliskość!



10. W życiu matki niemowlaka to wcale nie noce są najgorsze

Noce są trudne. Czasem nie śpi się całą noc, czasem pół, nie raz budzisz się po wielokroć. Zwłaszcza na samym początku. Ale nie wiem, czy to przez mój wcześniejszy dziwny tryb życia (praca w bardzo różnych godzinach, również w nocy, późne kładzenie się spać, wczesne pobudki), czy przez to, że bardzo, bardzo źle znosiłam sen w ciąży i nie spałam prawie w ogóle, ale noce z dzieckiem okazały się nie takie złe w porównaniu do snu i aktywności dziecka w dzień, kiedy to wszystko naprawdę jest wymagające. Oczywiście każde dziecko jest inne, ale mimo, że niektórzy szeroko otwierają oczy, kiedy mówię, że moje dziecko nadal budzi się w nocy (ma dopiero osiem miesięcy i nie spodziewam się, że ten stan szybko się skończy, ale ewidentnie niektórzy sugerują się albo własnym doświadczeniem albo bardzo dziwnymi informacjami) to mi jakoś te pobudki nocne nie przeszkadzają tak bardzo jak zdawało się, że będą przeszkadzać (jakbym dostała dolara za każde "wyśpij się" powiedziane mi w ciąży to dziś byłabym multimilionerem).

I BONUS, czyli podpunkt najważniejszy - zaprawdę nie ma tak wielkiej miłości jak ta do własnego dziecka.

Kocham moją rodzinę, kocham mojego męża (i to już od kilkunastu lat), kocham mojego psa. Moich przyjaciół. Ale, chociaż wcześniej myślałam, że to frazes, miłość do dziecka to jest coś zupełnie innego. To uczucie, którego nie doświadczyłam nigdy wcześniej w życiu, oddanie i radość połączone ze strachem, który towarzyszy ci już zawsze. I nawet jeśli zdajesz sobie sprawę, że miłość do dziecka to największa miłość w życiu, wiesz, bo tak mówią ci znajomi, blogi i telewizja, to nic nie przygotuje cię na to, co cię zaleje. I to będzie naprawdę przepiękne uczucie.
Czytaj dalej »

poniedziałek, 26 listopada 2018

Feminizm na nie? A na pewno wiesz czym jest?

5


Gdzieś w internecie trafiłam na film z kanału Mama Lama, na którym dwie dziewczyny (Ola i Anna) wyjaśniają czemu nie po drodze im z feminizmem. Nie wiem, czy to masochizm, ale ciągle szukam i znajduję takie rzeczy, czytam, słucham, a potem chce mi się dyskutować. Stąd ten post, który może do autorek filmiku dotrze. A jeśli nie, to chociaż może do kogoś, kto ma podobne poglądy.

Pomijam w swoim wpisie celowo kwestie dotyczące błędów jakie dziewczyny popełniają w wypowiedziach (np. obrzezywanie), bo to coś czego pewnie najłatwiej się uczepić, a jednocześnie w tej sprawie nie ma to kompletnego znaczenia. Poza tym - niech pierwszy rzuci kamień ten, kto nigdy się nie pomylił. Zwłaszcza mówiąc, a nie pisząc, kiedy nie masz okazji tego i owego poprawić (no chyba, że chcesz się godzinami bawić z montażem).


Co właściwie znaczy feminizm

Na początku autorki filmiku mówią o różnych znaczeniach słowa feminizm. Dla mnie jest tylko jedno znaczenie słowa feminizm, nie jakieś dawne i współczesne. I to właśnie dzięki feministkom Ania może robić wszystko to, o czym wspomina w filmie - mieć pracę, nosić spodnie i ściąć włosy na krótko (chociaż Ola faktycznie później zauważa, że dzięki feministkom np. możemy się uczyć, czy też posiadać własne pieniądze lub głosować). I nie wiem jaką Ania ma babcię (bo wspomina, że dla babci jest w związku z robieniem tych wszystkich rzeczy mega feministką), bo te wszystkie elementy były już obecne w pokoleniu naszych babć i nie były wtedy niczym dziwnym…

Szkoda, że zdaniem pań feministyczne małżeństwo polega na tym, że “nie gotujesz, bo nie, bo masz prawo”. Zaskoczę was - feministyczne małżeństwo polega wyłącznie na tym, że ustalamy partnerskie zasady i nikt nie jest do niczego zmuszany. Np. w moim domu wiemy, że mój mąż lepiej gotuje, a ja mogłabym spalić kuchnię, więc to on przygotowuje większość posiłków, a ja robię to wtedy, kiedy sytuacja tego wymaga - np. teraz, kiedy jestem całe dnie sama z dzieckiem, które już nie może przeżyć na samej piersi (czasami chciałoby się powiedzieć - szkoda), więc ogarnęłam wrzucanie warzyw na parę, robię owsianki i kilka innych podstawowych rzeczy. Poza tym całkiem nieźle robię ciasta i ciastka, więc też czasem sobie pozwalam. Podsumowując - żona feministka, to nie taka osoba, która nie gotuje z zasady, to taka osoba, która rozumie, że w domu każdy ma równe prawa i równe obowiązki, a ich podział zależy od partnerów, a nie od społecznie narzuconych nam ról. Gdybym potrafiła lepiej gotować pewnie byłabym w kuchni częściej, ale cóż - Najwyższy jak widać rozdaje talenty niezbyt po równo.

I ponownie - Ania mówi, że nie jest “feministką w tym współczesnym świecie, bo to by oznaczało szereg rzeczy, z którymi się nie zgadza”. Bycie feministką oznacza bycie zwolenniczką równości praw mężczyzn i kobiet. Jak brzmi słynne zdanie - to radykalne założenie, że kobiety to też ludzie. Powiedz mi proszę, z którą częścią tych naprawdę niecodziennych stwierdzeń się nie zgadzasz?

Gdzie ta dyskryminacja?

Ola stwierdza, że nie zgadza się z feminizmem, bo zakłada on, że kobiety są i były dyskryminowane. Zauważa, że owszem kobiety są nadal dyskryminowane, bo np. są oblewane kwasem, ale to “na Bliskim Wschodzie, albo gdzieś tam dalej”. Podobnie obrzezanie - nas to przecież nie dotyczy. Owszem, dotyczy. To się dzieje również w Europie, w Stanach. Poza tym, to nie są jedyne objawy wciąż istniejącej dyskryminacji wobec kobiet, chociaż te należą do najbardziej ekstremalnych.

Potem rezolutnie dodaje, że w Polsce nie ma dyskryminacji, no ale “zależy z kim się zadajesz, bo są faceci seksiści”. No to jest ten seksizm, czy go nie ma, bo się pogubiłam?

Zdaniem pań społeczeństwo w Polsce nie dyskryminuje kobiet. Otóż społeczeństwo to nie jest jednorodny twór, który zachowuje się w całości tak samo. A w tym społeczeństwie nadal dyskryminuje się kobiety i wcale nie jest to margines, wcale nie trzeba daleko szukać. Wystarczy zajrzeć do dużych mediów, obejrzeć reklamy, wyjść na ulicę, cokolwiek. I nawet jeśli w literze prawa (choć też nie całkiem) wydaje się, że jesteśmy równe mężczyznom, to w życiu wcale tak nie jest - a życie to nie tylko spisane prawo, więc nadal jest o co walczyć.

Panie dyskutują też o różnicy płac, słusznie zauważając, że kobieta i mężczyzna na tym stanowisku powinni zarabiać tyle samo. Co do liczby kobiet w rządzie, o czym wspominają, - nie, nie zależy to tylko od motywacji i kompetencji, bo listy wyborcze tworzą mężczyźni i umieszczają na nich mężczyzn. Częściowy parytet bądź całkowity parytet w wielu krajach (również w Polsce) pozwolił na zmianę tej sytuacji bez utraty kompetencji i zdolności pracowników. W części krajów, gdzie kiedyś pomagano wprowadzić równość parytetem przestało być to po jakimś czasie konieczne, bo kobiety w polityce stały się normą. Zresztą - kobiety to połowa społeczeństwa, wypadałoby, żeby chociaż trochę kobiet reprezentowało interesy tej połowy społeczeństwa. Podobnie w firmach, właściciele sami powinni chcieć, aby uwzględniano wszystkie perspektywy - różnorodność wpływa tylko pozytywnie na wyniki i to akurat nie raz sprawdzono.

Kolejny postulat dziewczyn z filmu to to, że nie można wsadzić wszystkich kobiet do jednego wora, bo nie wszystkie kobiety mają takie same potrzeby - i tu się zgadzam! I na przykład - nie każda kobieta chce założyć rodzinę, nie każda kobieta chce pracować, nie każda chce być w związku z mężczyzną i tak dalej. I to właśnie feminizm dąży do tego, żeby kobiety mogły wybierać bez konsekwencji np. w postaci ostracyzmu społecznego.


Ja czy my   

Zdaniem autorek filmu feministki same ze sobą by się nie we wszystkim zgodziły - i to według Oli i Ani jest problem feminizmu. Moim zdaniem to nie jest żaden problem. Feministki to ludzie i mają różne poglądy na wiele spraw, nie we wszystkim muszą być zgodne, ważne, że zgadzamy się co do jednego - mężczyźni i kobiety powinni być równi. Jak widać jest to pojęcie dość ogólne, więc tak, istnieją różne feminizmy i czasem walczymy o różne sprawy, ale najczęściej idziemy wspólnie w marszach, bo wciąż walczymy o rzeczy, zdawałoby się, podstawowe, które nas łączą.

Jak twierdzi Ola, feminizm ma w swoim założeniu “ja” w centrum - tu chciałabym po prostu wiedzieć, skąd ten wniosek. Źródło poproszę. Bo mi się jednak wydaje, że to ruch dość mocno ukierunkowany na pomoc innym i kolektywistyczny. Potoczne stwierdzenie, że to robienie z siebie ofiar nie poparte w sumie żadnymi dowodami mnie nie urządza (czy robieniem z siebie ofiar jest np. umacnianie pozycji dziewczynek?). A co jest złego w tym, żeby walczyć o więcej praw, o czym też wspominają w negatywnym sensie, to już kompletnie nie rozumiem. O ile nikomu one nie szkodzą to tak, walczmy o więcej praw. Więcej praw dla kobiet, dla mężczyzn, dla dzieci, dla osób LGBT, dla wszystkich. Żeby wszystkim żyło się lepiej.

Po prostu “prove them wrong” - przekonuje nas Ola i Ania. Tak, zgadzam się, ale czasami to nie wystarczy. Kobiety, również w Polsce, wciąż słyszą na rozmowach o pracę pytania o rodzinę i dzieci. Wciąż są zwalniane z powodu zajścia w ciążę. Lekceważone w sądach i na policji, kiedy zgłaszają gwałt. Traktowane jak kawał mięsa przy porodach. Molestowane w miejscu pracy, w szkole. I tak dalej, i tak dalej. Tu nie wystarczy swoją pracą i talentem udowodnić, że ktoś nie ma racji. Tu potrzeba zmiany mentalności i systemu, czasem prawa. I to nie jest biadolenie, że jesteśmy ofiarami i szukanie winnych. Kobiety po prostu bardzo często są traktowane gorzej niezależnie od tego jak mocno się starają albo są ofiarami i najczęściej w tych sytuacjach jest jakiś winny, któremu niejednokrotnie uchodzi to na sucho. Nawet jeśli walczą, nawet jeśli próbują udowodnić, że ktoś się myli. Ale dziewczyna z filmiku strzela lepiej niż faceci, więc wszystko jest ok.

Na problem noszenia szafy naprawdę nie ma co strzępić języka. Jeśli dla kogoś feminizm i walka o prawa kobiet sprowadza się do tego, kto gdzie wnosi szafę to chyba nie ma o czym rozmawiać.

To nie jest coś złego, że w czymś jesteśmy gorsi - oczywiście, że tak. Warto mieć świadomość swoich słabości i prosić o pomoc. Tylko, że one nie mają nic wspólnego z płcią. To, że jestem kobietą nie sprawia, że z automatu jestem gorsza z matmy. A to, że ktoś jest facetem, nie oznacza, że nie maluje paznokci albo że jest silny fizycznie.

“Nie do końca wiem o co współczesny feminizm tak do końca walczy” - mówi Ania. Właśnie. I to chyba zamyka dyskusję o tym filmie. A na pewno powinno zamknąć usta komuś, kto chce zrobić filmik o feminizmie.

I znowu - “osobiście nie czułam się dyskryminowana” - ogłaszają dziewczyny. Ale wy, to nie wszyscy. I kto tu jest zorientowany na “ja”?

Ola radzi też nam, że jeśli facet ci przerywa, to możesz go upomnieć, ale “z pełnią pokory” i przepraszając. Bo rozumiem, że inaczej to by się obraził? A to podobno feministki tak się strasznie obrażają. Żeby była jasność - jak ktoś mi przerywa, jest dla mnie chamski, czy w jakikolwiek sposób zachowuje się źle to odpowiadam stosownie do sytuacji - kulturalnie, ostro, zależy co się dzieje. Ale na pewno nie “z pełnią pokory”.   

Ja, matka feministka   

A wiecie co dla mnie jest w tym filmie najbardziej przykre? Że stworzyły go mamy. Na kanale dla mam. Sama jestem matką i chociaż byłam feministką jeszcze przed porodem to poród, ciąża, opieka nad dzieckiem, laktacja tylko umocniły mój feminizm - może kiedyś napiszę w jaki sposób. I jako mamy powinnyśmy też walczyć o lepszą przyszłość dla naszych dzieci. A przez taką rozumiem przyszłość wyzwoloną od stereotypów i narzucanych na siłę ról. Przyszłość, w której jesteśmy równi i empatyczni.
Czytaj dalej »

poniedziałek, 5 listopada 2018

Koncertowy przegląd listopadowy

0

15 listopada - Public Service Broadcasting

Ja i lider PSB - J. Willgoose, Esq. po rozmowie dla musicnow.pl
Gdzie? Hybrydy, Warszawa
Organizator: Go Ahead
Za ile? 75 zł

Public Service Broadcasting ostatnio często odwiedzają Polskę. Ostatni raz widziałam ich około roku temu, zresztą też w Warszawie. Jak pewnie większość fanów formacji poznałam ich dzięki albumowi "The Race for Space", który łączy ze sobą muzykę i sample z misji kosmicznych. Potem odkryłam, że PSB robią też inne fajne rzeczy, ale za każdym razem według podobnego schematu, czyli właśnie łączenia historycznych nagrań z muzyką. Na albumie debiutanckim były to nagrania z początków istnienia telewizji, na trzecim za ich pomocą opowiedzieli historię górników i ich strajków w Walii. Kiedy na koncercie przedstawiali dźwiękami i wizualizacjami misję na księżyc czułam tak silne emocje, jakbym nie wiedziała, jak ta historia się skończy. Chciałabym je poczuć znowu. Poza tym to po prostu bardzo mili goście.



18 listopada - Zeal and Ardor

Gdzie? Proxima, Warszawa
Organizator: Go Ahead
Za ile? 79 zł

Kiedy pierwszy raz usłyszałam Zeal and Ardor, zanim jeszcze wydali swój debiutancki album (taki ze mnie hipster!), byłam oczarowana wykorzystanym przez nich połączeniem pieśni czarnoskórych niewolników z black metalem (jeśli ktoś wpadł na to przed nimi to serdecznie przepraszam, że ten kreatywny pomysł przypisuję właśnie im). Soulowe i mistyczne zaśpiewy oraz szczęk łańcuchów dostały tutaj coś dodatkowego, czego, ma się takie wrażenie słuchając ich, zawsze tam brakowało - wściekłości i mocy. I na żywo te wykonania aż człowiekiem trzęsą. 



21 listopada - MØ

Gdzie? Stodoła, Warszawa
Organizator: Alter Art
Za ile? 125-145 zł

Dunkę MØ zna już chyba każdy kto był w ostatnich latach na jakimkolwiek festiwalu w Polsce. Albo uruchomił najpopularniejsze utwory na Spotify, gdzie nuciła hit "Lean on" razem z Major Lazer (ciekawa historia - dawno temu, kiedy pierwszy raz usłyszałam nazwę "Major Lazer" przeczytałam ją tak, jakbyście to przeczytali po polsku, czyli dosłownie "major laser" i byłam pewna, że to jakiś polski raper i mogę sobie spokojnie odpuścić jego koncert na Open'erze - na późniejszym Open'erze, kiedy już wiedziałam, że to zupełnie coś innego i poszłam zobaczyć projekt na żywo, okazało się, że się nie myliłam przynajmniej częściowo - mogłam sobie odpuścić). MØ, mimo że przyjeżdża z miejsca gdzie jest raczej zimno (a w dodatku nie ma lasów) to na pewno przywiezie za sobą letni, imprezowy powiew. Jeśli popowe tańce i kobieca energia to coś, czego szukacie w listopadzie to koncert dla was. Chociaż przyznam, że kiedyś, kiedyś, kiedy MØ pierwszy raz pojawiła się na Open'erze byłam zachwycona jej siłą, jej dawaniem z siebie wszystkiego, porywaniem tłumu, a obecnie nie jestem przekonana czy na sto procent chcę ją znowu zobaczyć, bo trochę zbytnio, jak dla mnie, złagodniała.


22 listopada - Sevdaliza

Gdzie? Palladium, Warszawa
Organizator: Go Ahead
Za ile? 105 zł

W przeciwieństwie do wyżej wymienionej Dunki, Sevdaliza to pewnik. To osoba, która na pewno da wam niezapomniane wrażenia, która zabierze was w świat, z którego nigdy nie będziecie chcieli wyjść. Wiem, że już nieraz chwaliłam ją na fanpage, czy na innych portalach, na których się udzielam (np. musicNOW!), ale naprawdę, ale to naprawdę warto zobaczyć tę niesamowitą kobietę na żywo. Z pochodzenia Iranka mieszkająca od dość dawna w Holandii, w międzyczasie zawodowa koszykarka i modelka, sensualna tancerka obdarzona głosem, którym śpiewałaby do nas gorąca czekolada albo kawa z chilli, gdyby mogła. W dodatku nie jest to tylko piękna fasada, ale też treść, która czasem drażni, czasem się buntuje, a na pewno nie pozwala o sobie zapomnieć.


27 listopada - Uncle Acid and The Deadbeats

Gdzie? Hybrydy, Warszawa
Organizator: Live Nation
Za ile? 66 zł

Uncle Acid And The Deadbeats to z kolei propozycja "solidna". Na OFF Festivalu całkiem niedawno wykonali zadanie - zagrali dobry, ale nie znakomity koncert, czyli dokładnie to, czego od nich oczekiwałam. Przeniosą was w odurzone LSD lata 70., więc może zakręcić się w głowie. Koniecznie nie trzeba, ale warto sprawdzić.

 

29 listopada - Kero Kero Bonito

Gdzie? Smolna
Organizator: Follow the Step
Za ile? 59 zł

Kero Kero Bonito i ich słodko-kwaśny sos azjatycko-popowo-elektroniczny umieszczam tutaj właściwie z pewnym kredytem zaufania. Nie porwali mnie na OFF Festivalu, ale od czasu ich występu minęło parę dobrych lat, zespół wydał lepsze utwory oraz zebrał wiele pozytywnych recenzji na temat swojej działalności w internecie. Chciałabym więc dać im pod koniec listopada szansę na poprawę swojego wizerunku w moich oczach (a także bardzo bym chciała potańczyć do tej przyjemnej piosenki o krewetkach).

 
Czytaj dalej »

niedziela, 30 września 2018

Koncertowy przegląd październikowy

0
wypatrując jesiennego sezonu koncertowego

1 października - Poppy 

Gdzie? Drukarnia, Warszawa
Organizator: fource.pl
Za ile? 79/90 zł

Muzyka Poppy, nie ukrywajmy, nie jest super (chociaż próbowałam wyrzucić z głowy "Computer Boy", ale dalej nucę "I fell in love with my laptop computer", więc może jednak coś w tym jest). Ale nie o muzykę tu chodzi. Poppy to internetowa kreacja, kobieta z komputera, ekranowa fantazja. Interesująco prezentuje się jako jutubowy projekt, więc warto sprawdzić jak brzmi i wygląda na żywo coś, co jest zaprojektowane, aby istnieć w sieci. Zwłaszcza, że to jej pierwszy koncert w Polsce.



6-10 października - Jack White 

Gdzie? 6.10 - Gdynia Arena, 7.10 - Hala nr 2 Międzynarodowych Targów Poznańskich, 9.10 - warszawski Torwar, 10.10 - Tauron Arena Kraków 
Organizator: Alter Art
Za ile?   6.10.2018 / Gdynia, Gdynia Arena: 198 PLN, 188 PLN; 7.10.2018 / Poznań, Hala nr2 MTP: 198 PLN; 9.10.2018 / Warszawa, Torwar: 198 PLN, 178 PLN; 10.10.2018 / Kraków, Tauron Arena Kraków: 189 PLN, 169 PLN

Czemu Jackowi chce się przyjeżdżać na czterodniową trasę po wielkich arenach właśnie do Polski - nie wiem. Może to duża baza fanów, może jego polskie korzenie, a może siła przekonywania szefa Alter Artu - Mikołaja Ziółkowskiego. Ale to w sumie nieważne - ważne, że cały czas chce odwiedzać nasz kraj, bo to co robi na żywo robi dobrze. Dużo w tym energii, pierwotnego magnetyzmu i całkiem dobrej muzyki połączonej z, po prostu, dobrą zabawą. Ja tam idę się przede wszystkim wyszaleć i to wam też polecam.


19-20 października Mac DeMarco 

Gdzie? Progresja, Warszawa
Organizator: Go Ahead
Za ile?  130 zł

To z kolei zupełne przeciwieństwo tego co robi poważny i zaangażowany White. Mac to wyluzowany chłopak odpalający fajka od fajka, który chce, żeby wszyscy poczuli się wyluzowani. Gitara, delikatny wokal, teksty z którymi możemy się utożsamić i pachnący zieloną pięciolistną rośliną chill to znaki rozpoznawcze. Jeśli chcecie znowu poczuć się jak na wakacyjnej imprezie z dobrym brzmieniem wydobywającym się z głośniczków ustawionych gdzieś na parapecie z podłączonym telefonem - warto.


20 października - George Ezra  

Gdzie? Torwar, Warszawa
Organizator: Go Ahead
Za ile? 149 zł

Ezra to najbardziej easy-listeningowa propozycja na tej liście. Brzmiący jak człowiek po siedemdziesiątce (dlatego tak dobrze wygląda sir Ian McKellen robiący lip sync do jego piosenki w teledysku) młody chłopak ciepło śpiewa nam o miłości, podróżach i innych pierdołach. Jest miło, przyjemnie i można nawet zakręcić bioderkiem. Na koncert możecie zabrać swoją mamę i powinno jej się spodobać.

Czytaj dalej »

środa, 5 września 2018

Matka na festiwalu - Open'er i OFF z niemowlakiem

0
Jak wspomniałam ostatnio w tym roku po raz pierwszy wybrałam się na Open'era z nowym członkiem rodziny, czyli moim pierworodnym. Potem skoczyliśmy jeszcze wspólnie na OFF Festival.

Franek w momencie rozpoczęcia Open'era miał 3 miesiące i właściwie dopiero zaczęliśmy od niedawna ogarniać nasze wspólne życie na zadowalającym poziomie, że tak to ujmę - rozumieć siebie nawzajem dość dobrze. Festiwal jawił się więc jako naprawdę trudne przedsięwzięcie. Przed Open'erem szukałam informacji, relacji, jakichkolwiek śladów w internecie pozostawionych przez matki, które już przez to przeszły. Jednak nie bardzo się udało. Dlatego postanowiłam sama napisać z czym to się je, czyli czego możemy się spodziewać na miejscu, na co uważać, a czego się nie bać i jak wypadają OFF i Open'er w rodzicielskim porównaniu.


1. Jeśli karmisz piersią przygotuj się, że będziesz to robić w bardzo dziwnych sytuacjach

Mi się zdarzyło to czynić na backstage Open'era kiedy mijał mnie techniczny The Bad Seeds (o tym jak się tam znalazłam w poniższych punktach), w drodze na teren festiwalu niosąc młodego na rękach, w taksówce, w pociągu, a także na koncertach - między innymi Noela Gallaghera, Depeche Mode, Bruno Marsa, Arctic Monkeys, Big Freedi, Furii, Mosesa Sumneya, Clap Your Hands Say Yeah i wielu innych. Jednak jeśli się nieco wstydzicie to jest pocieszenie w tej całej sytuacji - na tak wielkiej imprezie ludzi jest dużo, a zdecydowaną większość interesuje głównie scena i muzycy na niej, a nie wy i wasze cycki, więc spoko.

1a. W ogóle a propos przygotowań - dobrze się przygotuj, zabierz co trzeba, żebyś nie musiała wracać z terenu na sygnale bo nie masz pieluch, mokrych chusteczek, kilku ubrań na przebranie w razie czego albo czegoś tam jeszcze. I pamiętajozmianach pogody i o żelu antybakteryjnym, bo na festiwalach trudno o umywalki, a przewijać dziecko będziesz na pewno. I nie zawsze na przewijaku. Nie przejmuj się, że masz tak dużo rzeczy, możesz je wozić w wózku, jest to całkiem wygodne!



2. Zapomnij o szczegółowym przeszukiwaniu przez ochronę i kolejce do wejścia

Zarówno na Open'erze, jak i na OFFie rodzice wchodzą na festiwal osobnym wejściem bez kolejki. Na Open'erze dzieje się to dodatkowo przez backstage, żeby było szybciej (stąd moje karmienie na backstage'u!). Przy takim przejściu zawsze towarzyszy wam wolontariusz. Jeśli ochrona was w ogóle przeszukuje, to jedynie pobieżnie (bo wyobraźcie sobie teraz zaglądanie w każdy zakamarek wózka albo niemowlęcej torby pełnej pieluch i mokrych chusteczek). Na Open'erze poza przejściem bez kolejki macie też wstęp na platformy dla niepełnosprawnych, żeby nie stać w tłumie z wózkiem na koncertach. My co prawda z nich nie skorzystaliśmy, uznając że są inni, którzy ich bardziej potrzebują - po prostu stawaliśmy raczej na tyłach i było spoko.


3. Zabierz WŁASNE ochraniacze słuchu dla dziecka

Po pierwsze jeśli masz własne ochraniacze to możesz najpierw wypróbować je w domu. Czy pasują, czy nie denerwują dziecka, czy da się je założyć na dziecko w chuście itd. Po drugie, mimo że organizatorzy obiecują, że na terenie kupisz ochraniacze dla dzieci, to ochraniacze to nie woda z kranu, której można dolewać do baniaków i mogą się skończyć. Tak zdaje się stało w tym roku na OFF Festivalu, gdzie zagubieni rodzice pytali nas skąd mamy ochraniacze, bo w sklepie festiwalowym ich nie ma. A jeśli w ogóle nie pomyśleliście o tym, żeby w takie ochraniacze zainwestować, bo po co, to uwierzcie mi - po prostu to zróbcie. Głośne dźwięki versus uszy malutkiego dziecka to nie jest równa walka, a jak podrośnie to jeszcze będzie miał okazję posłuchać muzyki na żywo bez większego ryzyka.


4. Pamiętaj - cyc albo chusta działają zawsze w 90 procentach 

 Jeśli będzie się coś działo, dziecku będzie źle, nie będzie mogło się uspokoić albo zasnąć, to te rzeczy zazwyczaj działają. Karmisz, wkładasz do chusty i możesz się spokojnie przemieszczać. Młodszy niemowlak pewnie prędko zaśnie, starszy z zaciekawieniem będzie oglądał otoczenie. A jak ci ciężko to zazwyczaj dziecko ma dwóch rodziców i tata też może chustować (chociaż karmić to nie za bardzo).


5. Strefa dla dzieci - Kids Zone versus Piaskoffnica 

Zarówno Open'er jak i OFF mają strefy dla dzieci (aby do nich wejść trzeba mieć specjalną opaskę, którą uzyskuje się po podpisaniu odpowiednich dokumentów, dodatkowo na OFFie na opasce dziecka znajduje się jego imię, nazwisko i numer telefonu do opiekuna). Strefy różnią się jednak i każda ma swoje plusy i minusy.

Open'er Kids Zone 
+ blisko głównej części festiwalu, z widokiem na main stage i łatwym dojazdem
+ czynna dość długo - do północy
+ przewijak i osobna toaleta (przewijaki są nawet dwa - zarówno w toalecie męskiej jak i damskiej)
+ gry i zabawy dla starszych dzieciaków
- jest w niej głośno ze względu na bliskość sceny
- mocno zatłoczona
- przewijak w blaszanym baraku, w którym może być gorąco i ciasno (ale za to nie pada!)
- osobne miejsce dla matek karmiących według mnie sugeruje, że powinny się schować, podczas kiedy uważam, że mogą spokojnie karmić i oglądać koncerty, ale z drugiej strony to plus, bo jeśli jakaś pani się wstydzi to może się tam schować i nie musi się gnieździć w toalecie

Piaskoffnica 
+ cicha i spokojna
+ nie ma sugerowania, że mama karmiąca powinna się schować, ale jakby chciała to z drugiej strony nie bardzo ma gdzie
+ przewijak pod dachem, ale na świeżym powietrzu
+ gry i zabawy dla starszych dzieciaków, a także lody
+ telefon do opiekuna na opasce
- trudny dojazd, daleko od głównej części festiwalu i droga nie jest ubita przez co przejazd z wózkiem jest karkołomny
- tylko jeden przewijak, ale ludzi jest mniej więc nie jest to duży problem
- czynna krótko - tylko do 20

6. Zacznij od zwiadu

Pamiętaj, aby zostawić sobie zapas czasu na sprawdzenie jak wszystko wygląda na miejscu (np. gdzie jest strefa dla dzieci), na uspokojenie się, rozeznanie, nakarmienie dziecka, wsadzenie do chusty i tak dalej. Poza tym z dzieckiem wszystko idzie wolniej.


7. Nastaw się na to, że nie zobaczysz wszystkiego 

Czasem będzie za gorąco albo będzie padało i na coś nie uda się pójść. Nie uda ci się szybko przebiec między scenami. Nie wytrzymasz z dzieckiem do późnych godzin nocnych na terenie (no ok - ja nie wytrzymywałam dłużej niż do 1 w nocy z kawałkiem, bo potem trzeba wstać około siódmej rano przecież). Wydasz więcej na dojazdy, bo komunikacja miejska ww trybie festiwalowym, czyli zatłoczona maksymalnie i bez klimy to nie będą warunki dla bobasa. Z drugiej strony jednak wydasz mniej na inne rzeczy, bo nie będziesz mieć czasu i rąk wolnych na milion przekąsek i piwo (a jeśli karmisz to w ogóle lepiej odpuść piwo). Ale zobaczysz tyle, ile się uda, zobaczysz to na czym ci najbardziej zależy i ogólnie - będzie dobrze, mimo że będzie trzeba czasem spontanicznie i szybko zmienić plan. Będziesz się stresować bardziej niż dziecko, które będzie miało jedzenie i twoją bliskość i będzie zadowolone, także nie przejmuj się i jedź. Będzie ciężko, ale do przeżycia. Najbardziej stresująco będzie pierwszego dnia, a potem to ogarniesz. Zobaczysz! 
Czytaj dalej »

czwartek, 30 sierpnia 2018

Koncertowy przegląd wrześniowy

0

1 września - Tommy Cash

Gdzie? ISKRA, Warszawa
Organizator: fource.pl
Za ile? w chwili, w której to piszę 99 zł

(oprócz Tommy'ego na nowym festiwalu Hip Hop Waves Warsaw zagra też dwóch innych raperów, ale osobiście interesuje mnie tylko gwiazda główna)

Ja i Tommy na bardzo niewyraźnym zdjęciu



Tommy Cash to częsty gość stolicy, niemniej za każdym razem przynajmniej podejmuję próbę zobaczenia go na żywo. Raper z Estonii jest trochę niczym słowiańskie Die Antwoord - obciachowa stylistyka, mało skomplikowana muzyka i teksty o wanabee gangsterze z blokowiska mieszają się tu z prawdziwą sztuką pokazaną w klipach. Nie do końca wiemy co jest na serio, a co jest ironią i kreacją. Jedno jest pewne - postkomunistyczne sentymenty na pewno rezonują w Polsce lepiej niż zef z townships. A na żywo gwarantują chociaż trochę połączenie umysłów i przede wszystkim dużo potu wytraconego w szaleńczym tańcu.


13 września - Deafheaven

Gdzie? Hybrydy, Warszawa
Organizator: P.W. Events
Za ile? 79/84/89 zł

Deafheaven na OFF Festivalu 2014

Deafheaven widziałam na OFFie 2014 (co widać na załączonym wykonanym przeze mnie obrazku). Poszłam na koncert z ciekawości i spodobało mi się. Nie był to jeden z najlepszych koncertów tamtego OFFa, ale na pewno pozostał mi w pamięci na tyle, żeby przesłuchać kawałek dyskografii szanownych panów później w domu. Muzyka (a właściwie ściana dźwięku) zdecydowanie się broni i słucha jej się naprawdę przyjemnie (jakkolwiek dziwnie może brzmieć ten przymiotnik w tym kontekście). Jedyne co mnie wkurza to wokal, ale na tyle ginie on w strumieniu odgłosów, że da się przeżyć. Zresztą to moja przypadłość - często podoba mi się to, co prezentują muzycznie zespoły black metalowe, ale całe cudowne wrażenie zabija dla mnie wokal. Podobny problem miałam w tym roku na OFF Festivalu z Furią (do której zresztą stojąc w rozsądnej odległości od namiotu usypiałam swoje kilkumiesięczne dziecko - i to z powodzeniem!).

Czytaj dalej »

piątek, 13 lipca 2018

Podsumowanie Open'era 2018

0
A to cudo objawiło się nam przy bramie wyjściowej od strony Kosakowa
Jeśli dobrze liczę, to był mój siódmy Open'er. I zdecydowanie najcięższy ze wszystkich, bo pierwszy raz udałam się na festiwal z dzieckiem. Trzymiesięcznym dzieckiem. O tym na ile ogromne było to wyzwanie i jak ogólnie poradzić sobie z maluchem na takim festiwalu na pewno napiszę coś osobnego. Ten wpis poświęcę tylko podsumowaniu muzycznemu, a wstęp ma służyć jedynie temu, żebyście zrozumieli czemu tak mało udało mi się zobaczyć - nie dość, że z dzieckiem, to w tym roku ze względu na wyprzedane wszystkie karnety i bilety organizacja leżała i kwiczała. Kwiczała tak bardzo, że ostatniego dnia na samym festiwalu byliśmy krócej niż na niego jechaliśmy połączeniem pociąg + taxi.

No ale przejdźmy do muzyki. Koncert po koncercie, dzień po dniu.

DZIEŃ 1

Noel Gallagher's High Flying Birds

Kilka lat temu widziałam Noela na Orange Warsaw Festival i przyznam, że tam podobał mi się dużo bardziej. Nie wiem jednak, czy to kwestia samej muzyki, zebranych po drodze doświadczeń, czy może pogody (w momencie jego koncertu słońce prażyło niemiłosiernie, a cień niewiele pomagał). Do wszystkiego mógł mi się dołożyć stres i kiepskie nagłośnienie. Było nudnawo. Najciekawszym elementem była obserwacja z daleka tłumów, które podnosiły się i podchodziły pod scenę słysząc każdy hit Oasis.



Nick Cave and the Bad Seeds

Nick dla mnie to, jak wiecie, najwyższy poziom umiejętności koncertowych. Widziałam go tym razem po raz piąty i znowu nie zawiódł. Nie było to tak pełne show jak ostatnie na Torwarze, gdzie wszystko było zaplanowane i budowało spójną całość, raczej wymieszanie greatest hits i klasycznych chwytów z kładzeniem się na tłumie oraz wyciąganiem z niego ludzi. Bez miejsca na zbyt wiele sentymentalnych spowolnień. Jednak nie można powiedzieć, że nie została w to włożona najszczersza energia, mimo że Nicka ewidentnie irytowało świecące prosto w jego twarz zachodzące słońce (ostatecznie sprawił, że zaszło całkowicie). Największe wrażenie tym razem zrobiło dla mnie  "From Her to Eternity" przy którym Nick tak wytężał twarz i głos, że zaczęłam się obawiać. Było duuuuużo mocy.



Arctic Monkeys

Nigdy nie rozumiałam fenomenu tego zespołu i nie rozumiem nadal. Oglądałam ich przez chwilę względnie z bliska, aby potem się oddalić i niestety nadal słyszeć Alexa Turnera. Szkoda, że w przeciwieństwie do Open'era pięć lat temu Nick grał przed małpami, a nie po nich. Wtedy może zgromadzone pod sceną nastoletnie fanki pana Alexa nie przeszkadzałyby w odbiorze Nicka, bo wtedy po zakończeniu koncertu swoich idoli grzecznie opuściły teren. 

Fleet Foxes

To mój największy zawód tegorocznej edycji - że na koncercie Fleet Foxes nie mogłam zostać dłużej (no i może jeszcze to, że znowu nie zobaczyłam Massive Attack, zawsze się jakoś mijamy). Tańczyło się przepięknie, muzyka brzmiała jak należy, szkoda mi tylko było jak patrzyłam na ludzi wychodzących z Arctic Monkeys i przechodzących przez Tent tylko po to, żeby udać się do wyjścia z terenu.

DZIEŃ II

Organek

Na Organka poszłam ze względu na mojego tatę, który akurat tego dnia poszedł na Open'era. Poświęciłam się rozmowom ze znajomymi gdzieś za najdalszym telebimem. Chyba nie żałuję.

Young Fathers

Cieszę się, że udało mi się wcześniej zobaczyć Young Fathers na OFFie, bo na Open'erze nie miałam na to zbyt wiele czasu. Nadal jednak, nawet przez te raptem pół godzinki, brzmiało to zupełnie ok. 


Energiczna MØ zawsze daje dobre koncerty, tym razem nie było inaczej.



David Byrne

I tu oto, proszę państwa, mamy gwiazdę tegorocznego Open'era. Na jego koncert nie szłam ze szczególnie wysokimi oczekiwaniami, nie były one też zbyt niskie. Okazało się, że był to zdecydowanie show dnia. Byrne nie tylko świetnie śpiewa, a jego muzycy bezbłędnie grają, ale też cudownie tańczy. Koncert wydawał się zaplanowany, a jednocześnie radosny i nieco spontaniczny. Cała grupa na scenie poruszała się płynnie i wykonywała przedziwne ruchy, które czasem przypominały nowoczesny taniec, innym razem składanie prania albo krojenie chleba. Trudno było nie dać się w to wciągnąć, a najlepiej całość podsumowuje jeden z tekstów Byrne'a: "We dance like this because it feels so damn good".



Depeche Mode

Koncert Depeche Mode już genialnie opisał fanpage "Są na świecie płyty, o których nie śniło się młodym klerykom". Liczyłam na coś więcej po tym ile osób zachwycało się DM na żywo, dostałam lekko totalitarnie śmierdzące show, w którym najlepszym momentem było machanie rękami przez tłum ludzi. Gahanowi na pewno nie można zarzucić słabego głosu, to brzmi jak należy. Ale wszystko jest powtarzalne i ma się brzydkie wrażenie, że ktoś tu odcina kupony i wykorzystuje polskich januszy, którzy łykną dosłownie wszystko co Depeche Mode im poda. Mi nie smakowało za bardzo. 

DZIEŃ III

Gorillaz

Po zobaczeniu ich w Warszawie za legendarne już 2 złote bardzo czekałam na ten występ. Warszawski był naprawdę bezbłędny, więc liczyłam, że na Open'erze będzie podobnie. I Gorillaz idealnie spełnili oczekiwania. Koncert był zupełnie inny niż w stolicy - nie była to zaplanowana całość przygotowana pod promocję albumu, bardziej podróż przez "greatest hits plus", ale nadal uzupełniona niczego sobie wizualizacjami, licznymi gośćmi i przede wszystkim wielkim talentem i charyzmą muzyków. Chciałoby się tylko więcej.



DZIEŃ IV

Sevdaliza

Koncert Sevdalizy podobnie jak w przypadku Gorillaz miał być moim drugim jej koncertem i podobnie miałam dość duże oczekiwania. Jednak w tym przypadku nieco się zawiodłam, ale chyba nie z winy samej artystki. To był ten dzień, kiedy na samego Open'era jechaliśmy dłużej niż na nim byliśmy (zajęło nam to 4,5 godziny). Spóźniliśmy się na koncert zespołu Bomba Estero, poddenerwowani i zestresowani udaliśmy się od razu na Sevdalizę. Jako że cały czas zżerał mnie jeszcze stres i było mi słabo o skupienie było trudno. Dodatkowo staliśmy dość daleko od sceny, a na telebimach zamiast kocio-wężowych ruchów Iranki zobaczyliśmy bardzo nieruchome wizualizacje. Szkoda, bo jej taniec na pewno, jak zawsze, był niesamowity. 

Bruno Mars

Mars to muzycznie zupełnie nie moja bajka, ale mam słabość do laserów i fajerwerków. Dostałam dużo fajerwerków i trochę laserów, które oglądałam ze strefy Kids Zone, gdzie spotkały się one z należytym piskiem i ekscytacją przebywających tam dzieciaków. Bruno też nieźle tańczy, więc miło było popatrzeć. Jednak nie na tyle miło, żeby zostać do końca.

***

Ogólnie Open'er jak zwykle zastosował swoją taktykę zapraszania artystów z zupełnie różnych grup stylistycznych z zupełnie różnymi grupami fanów. I rozbijaniem ich tak, żeby wiele osób musiało przyjść na wszystkie dni, aby zobaczyć wszystko to, co ich interesuje. W tym roku tej ogromnej ilości osób kompletnie nie udźwignęli logistycznie, a w całej imprezie coraz mniej pomysłu na ciekawy content, a coraz więcej komercjalizacji. Z jednej strony trochę szkoda, z drugiej - fajnie, że Polska ma swoją Coachellę. Na takie festiwale w końcu też musi być miejsce.

No i jeszcze dwie istotne zmiany w stosunku do lat ubiegłych - toi toie stały się różowe, a telebimy czarno-białe. 
Czytaj dalej »

wtorek, 12 czerwca 2018

Mięsożerca może żyć bez mięsa

0
Wczoraj podobno był Światowy Dzień Bez Mięsa. Od jakiegoś czasu dla mnie to dzień jak co dzień. Nie pamiętam już dokładnie daty, kiedy zostałam wege. Na pewno działo się to stopniowo. Na początek ograniczałam mięso, potem zrezygnowałam z każdego mięsa z wyjątkiem drobiu i ryb. Następnie porzuciłam też jedzenie drobiu. Zostałam przy rybach i jem je do dziś, więc właściwie jestem pescowegetarianką (podobno taka dieta ma sporo plusów i wcale nie jest bardzo niehumanitarna, jednak czasem sobie wyrzucam, że z ryb nie umiem zrezygnować). 

To ja i szkockie mięsiwa w 2014 roku, zanim zostałam wege


Zanim przestałam jeść mięso byłam jedną z tych osób, która śmiała się niczym Ron Swanson, że wegetarianie jedzą jak króliki. Posiłek bez mięsa był dla mnie trudny do wyobrażenia. Na śniadanie kanapki z sopocką, na obiad kotlecik, na kolację bekon. Mawiałam, że warzywa to zło. Jednak w którymś momencie wzięła górę empatia. Zrozumiałam, że skoro nie podoba mi się jak się traktuje zwierzęta w produkcji przemysłowej, że skoro coś we mnie sprawia, że nie mogę patrzeć na świnie zamknięte w ciężarówce w ścisku, a dodatkowo ekologia przemawia za niejedzeniem mięsa (no bo co emituje więcej syfu do atmosfery - produkcja mięsa czy roślin?) to znaczy, że nie powinnam zajadać efektów tego procesu. Byłaby to po prostu hipokryzja, co nie znaczy, że każdy to przeżywa. Innym może to nie przeszkadzać i to nie mój problem. Nie znaczy to też, i podkreślam to od początku, że nigdy się nie złamię. Jestem tylko człowiekiem, a człowiek niestety jest słaby.

Jestem wege już ponad około półtora roku, może trochę więcej. Przez ten czas nie było mi raczej tęskno do mięsa, może trochę do żelków (w końcu zawierają żelatynę, czyli też produkt zrobiony ze zwierzęcia). Będąc wege przeszłam swoją pierwszą ciążę. Mimo nacisków rodziny, że powinnam zjeść mięso dla dobra dziecka (whaaat) nie uległam. Babcia pomstowała, że urodzę słabe dziecko o niskiej masie urodzeniowej. Jak już kiedyś pisałam urodziłam chłopaka o wadze prawie 5 kilogramów, więc argument babci upadł (w co do tej pory nie jest ona w stanie uwierzyć). Moje wyniki badań (a w ciąży robi się ich naprawdę mnóstwo) były zawsze wzorowe. W szpitalu po porodzie stwierdzono, że mam żelazo zdecydowanie w normie i nie trzeba go suplementować, w przeciwieństwie do sytuacji niektórych mięsożernych koleżanek. 

Chcę wam tylko tym powiedzieć, że kluczem do wszystkiego jest tak naprawdę zbalansowana dieta. Nie potrzebujecie mięsa. Nawet jego smak możecie zastąpić czymś innym - Bezmięsny Mięsny robi świetne produkty przypominające boczek, kiełbasy, pieczeń, pepperoni, hamburgery a ostatnio także kebab czy gyros. W prawie każdym sklepie dostaniecie produkty z soi zastępujące np. parówki. I na pewno będą to parówki zdrowsze niż te ze zmielonych resztek najgorszej jakości mięsiwa. Ba, ostatnio przekonuję się też, że da się żyć również wegańsko - z powodu alergii malucha na mleko krowie od miesiąca moja dieta stała się jeszcze bardziej restrykcyjna. Oczywiście pewnie z radością powrócę do serów kiedy tylko będzie taka możliwość (ale może je ograniczę?), ale nie jest to tragedia nie do przeżycia. Da się, a tofu to świetna sprawa.

Nie jestem jednak wojownikiem. Nikogo do niczego nie mam zamiaru zmuszać, ani nawet namawiać. Chciałabym wychować swoje dziecko w duchu wege, ale jeśli któregoś dnia powie, że chce spróbować kurczaka, to go dostanie. Dieta to tylko mój wybór i nie będę innym mówić co mają robić. Przeczytałam ostatnio, żeby starać się być takim wegetarianinem jakiego samemu chciałoby się spotkać na swojej drodze będąc jeszcze mięsożercą. Nie reaguję więc odruchem wymiotnym, kiedy ktoś wcina szynkę (a widziałam takie akcje u znajomych wege), nie ogłaszam na głos, że czyjeś jedzenie śmierdzi mi śmiercią, nie szepczę też do ucha jedzącemu kiełbasę na ognisku o okrucieństwach, które musiała przejść ta świnka. Nie każę też nie podawać mięsa tam, gdzie akurat przebywam (jak kolega Morrissey). Szanujmy się, bo wszystko jest dla ludzi. To tylko kwestia wyboru.
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia