Netflix niedawno umieścił na swojej platformie serial "Pose", który miał premierę w czerwcu zeszłego roku. Wiedziałam, że serial istnieje, ale nie chciało mi się go szukać "na lewo", więc uradowana obejrzałam go na Netflixie właśnie. I powiem wam, że totalnie warto. A oto 10 powodów dlaczego.
1. Temat
Serial kręci się wokół sceny balowej Nowego
Jorku lat osiemdziesiątych (czyli z grubsza to co macie w DOSKONAŁYM
dokumencie "Paris is Burning", tylko że fabularnie ;)). Początki
aktywizmu ruchu LGBTQ, kluby, społeczność drag i transseksualna, początki
tego, co jest współczesnym dragiem, a także siejąca spustoszenie
epidemia AIDS. Jeśli wiecie, czym były (i są!) bale, to nie muszę was
przekonywać, bo na pewno zobaczycie ten serial. Jeśli nie wiecie, to
naprawdę warto się dowiedzieć, bo nawet w świecie aktywistów LGBTQ nie
każdy wie o co chodzi, a jest to fascynujący temat. Imprezy, których
sensem było prezentowanie strojów w różnych kategoriach (od najbardziej
realnej kobiety biznesu do potworów z kosmosu) przez obie płcie, vogue
(czyli charakterystyczny taniec), a przede wszystkim - celebracja
odmienności, bezpieczne miejsce dla społeczności (która pomaga sobie między innymi poprzez łączenie się w rywalizujące na balach rodziny-domy), zwłaszcza
transseksualnej, która mogła puścić na balach wodze fantazji i z jednej
strony pokazać jak naprawdę chce się widzieć, a z drugiej - jak wtopić
się w heteronormatywny świat. Nie jestem w stanie opisać wam tego
fenomenu w krótkim wpisie, to po prostu trzeba zobaczyć, w filmie, lub
na żywo. A jeśli jesteście fanami RuPaul's Drag Race to pamiętajcie, że
bez balów ten program by nie istniał!
Źródło: FX Networks
2. Zróżnicowana obsada
Tak zróżnicowanej obsady nie ma chyba żaden współczesny, popularny serial (no może poza "Orange Is the New Black"). A co w niej najważniejsze - osoby transseksualne są grane przez osoby transseksualne. Niby taki banał, a jednak wciąż rzadko spotykany (chociaż wiadomo, jak ważna jest reprezentacja, zwłaszcza dla młodych, poszukujących osób). Nie dość, że widzimy wiele nowych, utalentowanych twarzy, to jeszcze potrafią czerpać z własnego doświadczenia, aby pokazać serialowe postacie. Jest to bardzo, bardzo duży plus tej produkcji.
Źródło: FX Networks
3. Nieproste historie
Jeśli biały bogacz pracujący u Trumpa, to taki, który kwestionuje swoją seksualność. Jeśli zdradzana żona, to niekoniecznie ofiara lub wredna. Jeśli osoba z HIV, to niekoniecznie taka, która żyje niczym z wyrokiem śmierci. Dużo w tym serialu szarości, żadna postać nie jest "zła". Jeśli wydaje ci się, że ktoś jest pisany jako "czarny charakter" to zapewne się mylisz. Jest po prostu jak w życiu, każda historia ma niuanse, a ludzie wiele różnych twarzy, zaś brak zdecydowanych negatywnych postaci tworzy klimat ciepłej społeczności (serial jest naprawdę wholesome), co nie znaczy, że pozbawionej wad.
Źródło: FX Networks
4. Muzyka
Lata osiemdziesiąte, bale, scena drag, a do tego wątek ze szkołą taneczną i baletem. Możecie sobie wyobrazić jak dobry może być tutaj soundtrack. A on jest jeszcze lepszy niż to wyobrażenie.
Źródło: FX Networks
5. Język
Scena balowa/dragowa Nowego Jorku w latach osiemdziesiątych, jak również współczesny drag nierozerwalnie wiąże się ze specyficznym językiem. Jeśli widzieliście dokument "Paris is Burning" to na pewno wiecie co to "read", "shade", "category", "realness", "fish", czy "mug" oraz inne określenia. Swoją rolę w nauczaniu tego języka miał też RuPaul's Drag Race. "Pose" bardzo dobrze porusza się w tym świecie i języku, nic nie brzmi sztucznie, wymienione zwroty nie są tu wepchnięte na siłę, żeby zaimponować, że scenarzysta wie, co to znaczy "beat your face" i że nie chodzi tutaj o bójkę. Zastanawiało mnie tylko, czy serial jest tak samo zrozumiały dla tych, którzy tego języka nie znają - może ktoś taki obejrzy "Pose" i mi opowie? Chociaż zalecałabym rozpoczęcie przygody z poznawaniem kultury balowej od "Paris is Burning" (również dostępnego na Netflixie), gdzie znajdziecie przydatny słowniczek. W "Pose" również kilka razy pojawia się wyjaśnianie tego i owego, ale ponownie - nie wygląda sztucznie, więc spoko.
Źródło: FX Networks
6. Talent
Poza znanymi twarzami (a tu grającymi role drugoplanowe) jak Evan Peters, Kate Mara, James Van Der Beek, Billy Porter, czy Charlayne Woodard, serial jest przepełniony talentami aktorskimi. Chce się wręcz krzyczeć "gdzie ci ludzie byli do tej pory, chcę widzieć ich więcej!". Moje faworytki to złota trójka tego serialu, czyli MJ Rodriguez (Blanca), Indya Moore (Angel) i Dominique Jackson (Elektra). Zachwyciłam się zupełnie i nie mogę z tego zachwytu wyjść tak bardzo, że czasem sobie przypominam fragmenty z powyższymi trzema aktorkami i aż wzdycham.
Źródło: FX Networks
7. Stroje
Bale to przede wszystkim prezentacja niesamowitych kreacji. I tych w serialu nie brakuje. Mamy nawet królewskie stroje wykradzione z muzeum (już w pierwszym odcinku). Jest też prezentowana kategoria science fiction ewidentnie inspirowana club kids (która, co zupełnie dla mnie niezrozumiałe, nie przypada do gustu jednemu z bohaterów). Jest brokat, jest klasa, szyk, styl i wszystko to, co sprawia, że zapiera wam dech w piersiach na widok ciuchów. Sama garderoba Elektry (nawet ta codzienna, nie balowa) to kopalnia perełek z dopracowanymi detalami, na które po prostu bardzo miło się patrzy.
Źródło: FX Networks
8. Podejście do tematu AIDS
Jak wspomniałam, jednym z głównych wątków serialu jest epidemia AIDS. W latach 80. w USA dopiero uświadomiono sobie, że wirus dotarł do kraju (chociaż prawdopodobnie był tam już od lat 60.), a media straszyły ludzi wyniszczającą chorobą, która czyha na każdym roku. Dziś już wiemy, że HIV nie można zarazić się np. przez przytulenie, wiemy, że nie jest to tylko choroba społeczności gejowskiej, wiemy też jak się zabezpieczać i jak skutecznie opóźniać jej postępowanie. Wtedy była to przerażająca nowość, która tylko potęgowała już i tak istniejące uprzedzenia w stosunku do osób LGBTQ. W "Pose" zobaczymy różne historie osób zarażonych, nie tylko takie, gdzie HIV to wyrok śmierci i życiowa tragedia, a pomiędzy diagnozą, a śmiercią widzimy tylko wychudzonych, bladych aktorów pokrytych mięsakami. Są tu też takie historie, ale również takie, które pokazują, że z HIV się żyje. I można żyć bardzo długo, a czasu tego nie warto marnować. Scenarzyści poświęcili też chwilę na edukację, pokazując postacie, które wzajemnie przypominają sobie o odpowiednich działaniach prewencyjnych oraz regularnych badaniach.
Źródło: FX Networks
9. Emocje
Niewiele rzeczy w telewizji ostatnio dostarczyło mi takich wzruszeń, ale też takiej radości jak "Pose" właśnie. Emocji jest tutaj bardzo dużo, ale są one szczere, niewymuszone, niepodbite kiczowatymi chwytami. Płakałam, ale też szczerze się cieszyłam. Tak na serio ogarniała mnie radość - z uśmiechem przed ekranem komputera, a nie z poważną miną i emocjami w środku. Cieszę się, że tak różne rzeczy wydobył ze mnie ten serial.
Źródło: FX Networks
10. Wbrew pozorom - aktualny problem
Na koniec chcę powiedzieć wam coś bardzo ważnego. Serial rozgrywa się w latach osiemdziesiątych, ale dyskryminacja nie zniknęła do dziś. Osoby transseksualne to jedna z najbardziej prześladowanych grup społecznych, najmocniej narażonych na przemoc, czy nawet śmierć z powodu swojej tożsamości. Oglądając piękne stroje, słuchając super muzyki w "Pose" zastanówcie się nad tym. I nad tym, czy możecie coś z tym zrobić - może na początek zmieniając podejście swoje albo bliskich? Domagając się zmiany ustawy o korekcie płci (np. zmiany przepisu stanowiącego, że osoba transseksualna musi pozwać swoich rodziców)? Reagując na chamskie żarty z osób transseksualnych? Wspierając kolegę lub koleżankę, którzy spotykają się z prześladowaniem? Ucząc się o używaniu odpowiednich zaimków osobowych? Jak zawsze wierzę, że może pomóc chociaż odrobina empatii.
Stało się - kolejnym Doktorem w serialu "Doctor Who" będzie kobieta. A konkretnie Jodie Whittaker, uznana aktorka serialowa i filmowa z niezłym dorobkiem (grała między innymi w "Black Mirror" oraz "Broadchurch").
Wydawałoby się, że to super wiadomość - serial odchodzi od znanej formuły (do tej pory rolę Doktora od lat sześćdziesiątych grali tylko mężczyźni). Dodatkowo wpisuje się w oczekiwania, o których spekulowano już od lat. Jednak głosów oburzenia nie brakuje.
Pozwólcie, że trochę przybliżę wam tę kwestię - Doktor jest kosmitą. Kosmitą, który ma około tysiąca lat (wersje są różne), podróżuje w czasie i przestrzeni, ma też możliwość rozumienia wszystkich języków wszechświata. Ma dwa serca i co jakiś czas regeneruje się przyjmując zupełnie nową postać. Nie zapomnijmy o tym, że walczy z armią czajników (tak, tak, Daleków). Jednak to właśnie fakt, że w kolejnej regeneracji stał się kobietą wydaje się w tej mieszance części osób osobliwy.
Dodatkowo "Doctor Who" od dawna jest serialem bardzo liberalnym i otwartym. Od dawna istnieje w nim powracająca para postaci - kosmitki o wyglądzie jaszczurki i młodej kobiety-człowieka. Pozostają w międzygalaktycznym, lesbijskim związku romantycznym i wspólnie rozwiązują zagadki kryminalne. Serial nigdy nie bał się poruszać różnych kontrowersyjnych kwestii dotyczących rasy, płci czy orientacji seksualnej. Niedawno towarzyszką przygód Doktora została czarnoskóra lesbijka, a kosmici i ludzie których spotyka na swojej drodze reprezentują przeróżne środowiska i poglądy.
Nie powinno więc dziwić, że w końcu twórcy zdecydowali się na krok, o którym plotkowano od dawna. Na zmienienie płci Doktora przy kolejnej regeneracji. Mimo wszystko dla części ludzi jest to problem. Mówię "ludzi", nie "fanów", bo trudno mi uwierzyć, że jacykolwiek fani serialu nie widzieli tego, co robi on do tej pory. Oraz nie zrozumieli jednego z jego głównych przekazów - że nieważne kim jesteś i co sobą reprezentujesz, zawsze trzeba być otwartym na wzajemne zrozumienie.
Na koniec chcę zaapelować do mężczyzn, którzy mają problem z nową płcią Doktora - naprawdę jedna kobieta w do tej pory męskiej roli tak bardzo wam zagraża...?
Na Netflixie pojawił się serial "Girlboss", o założycielce sklepu Nasty Gal (obejrzałam w jeden dzień). Zarówno serial jak i Sophia Amoruso, pierwowzór głównej bohaterki, kreują Sophię na feministyczną ikonę. Tymczasem rzeczywistość wcale nie jest taka różowa.
Zacznijmy od tego, że w 2016 roku, już po tym jak Netflix rozpoczął prace nad serialem, Nasty Gal ogłosiło bankructwo. Do tego stanu doprowadziło kilka istotnych czynników, między innymi procesy wytoczone firmie przez byłych pracowników.
Część oskarżeń dotyczyła tego, jak firma traktowała ciężarne kobiety. Kilka złożyło pozwy, w których twierdziły, że zostały zwolnione po zajściu w ciążę, inni pracownicy mieli zostać zwolnieni w obliczu przewlekłej choroby. Wiele z tych spraw znalazło swoje rozwiązanie poza sądem. Poza tym pracownicy zaczęli mówić głośno o "toksycznej" atmosferze w Nasty Gal oraz o tym, że Amoruso była bardziej skupiona na budowaniu marki wokół samej siebie, niż zajęta firmą. Więcej o tym możecie przeczytać między innymi w tekście The Telegraph.
Chociaż Amoruso ustąpiła z pozycji CEO w 2014 roku i wyjaśnia, że nie miała wpływu na upadek marki to jednak nadal pełniła jedną z kluczowych ról w Nasty Gal. Trudno uwierzyć w takie tłumaczenia, zwłaszcza że zarówno w serialu, jak i w swoich wspomnieniach nie stroni od opisywania innych niepokojących zachowań. Sophia przyznała się między innymi do tego że kradła, zaś w nowej produkcji Netflixa widzimy jak przedmiotowo traktuje swoich pracodawców, czy też współpracowników. Sama odtwórczyni głównej roli w serialu przyznała, że Amoruso nie jest postacią do lubienia, a widzowie raczej słusznie kwestionują motywy jej działań.
Skupione na sobie i odnoszące sukces kobiety nie stworzą feministycznych środowisk pracy z samej racji tego, że są silnymi kobietami na ważnych pozycjach. Rynek pracy nie stanie się przyjazny dla mniej uprzywilejowanych kobiet tylko dlatego, że część kobiet odniosła sukces. Muszą one jeszcze chcieć tego samego dla innych kobiet - chcieć zmienić ich warunki, sytuację, pomóc wystartować z tej samej pozycji co mężczyźni, czy też wyrównać ich szanse mimo bardziej czasochłonnej roli kobiet w procesie reprodukcyjnym.
Problemem części młodych feministek jest to, że w ferworze
walki o prawa reprodukcyjne zapominają o prawach matek, które nieraz uważane są przez nie za
te gorsze i sponiewierane przez patriarchat. Nie będzie jednak
prawdziwej jedności kobiet i prawdziwego wolnego wyboru jeśli wszystkie i
wszyscy nie uznamy, że mamy wspólny problem, którego nie rozwiąże
wzajemne pogrążanie się oraz uznawanie, że konkretny sposób na życie i decyzje są lepsze od innych. Zdaje się, że ten problem mogła mieć również
Amoruso, chociaż nie przesądzam, że rzeczywiście tak było. Trudno jednak nie wyobrażać jej sobie jako wyzwolonej kobiety, której udało się osiągnąć sukces między innymi poprzez spacerowanie po barkach swoich sióstr.
Serial "Girls" definitywnie się zakończył, prezentując nam w ostatnim odcinku Hannah zmagającą się z trudami macierzyństwa oraz umierającą przyjaźnią z Marnie. Bez żadnego specjalnego godzinnego odcinka, bez fajerwerków, po prostu nastąpił koniec.
Filmowa produkcja Leny Dunham była kiedyś jednym z moich ulubionych seriali, co zmieniło się potem, kiedy zauważyłam, że wiele prezentowanych w nim problemów jest nieco oderwanych od rzeczywistości, a bohaterki często mają klapki na oczach. Jednak miał on wiele elementów, które na pewno były (i są) ważne dla pokolenia białych i wykształconych feministek-millenialsów, które parę lat temu dopiero odkrywały czym właściwie jest feminizm. Poza tym bardzo często był on po prostu dobrze napisaną i zabawną fabułą, która dodatkowo przekazywała widzom kwestie do tej pory nieporuszane w mainstreamie. Momentami był to nawet serial pokolenia dzisiejszych prawie 30-latków "z dużych ośrodków", a wtedy dwudziestoparolatków, zagubionych na początku swojej drogi.
Skupmy się jednak na ostatnim sezonie "Girls". Nie jestem chyba jedyną osobą na ziemi, która tym, w jaki sposób serial się zakończył, była zawiedziona. Co prawda Hannah po raz chyba pierwszy w serialu starła się z całkiem poważnymi problemami - między innymi niechcianą ciążą, ale też traumą związaną z molestowaniem seksualnym - ale ogólnie szósty sezon był chyba pisany na kolanie. No, oprócz trzeciego odcinka, który był jednym z najlepszych odcinków serialu w ogóle. Odważnie prezentował to, czym jest cienka granica między zgodą, a jej brakiem, zaprezentował nam trochę trudnej przeszłości głównej bohaterki i pokazał trudne relacje oparte na władzy. Zbudowany niczym sztuka teatralna odcinek naprawdę błyszczał na tle pozostałych.
Wiele wątków zaczyna się tylko po to, żeby nie być w żaden sposób kontynuowanymi (np. budowana przez kilka odcinków przemiana Elijah, który postanawia jednak podążyć za marzeniem i wziąć udział w castingu do musicalu, która po prostu urwała się po tym, jak rolę dostał; czy też wątek dziennikarskiej kariery Hannah), a wiele decyzji bohaterów jest co najmniej dziwnie motywowanych. Czasami miałam wrażenie, że Dunham chce po prostu wyciągnąć z rękawa ostatnie tematy tabu, których jeszcze nie poruszyła (molestowanie, granica między gwałtem a zgodą, gentryfikacja, niechciana ciąża, czy też seks w ciąży) i upchać je w jeden mało zgrabny sezon swojego serialu.
Serialu nie da się też oderwać od samej Dunham, która regularnie komentuje go np. na fanpage na Facebooku. I w tych internetowych rozważaniach pojawiły się co najmniej niepokojące wątki. Między innymi po odcinku, w którym Hannah po raz ostatni próbuje stworzyć relację z Adamem (swoją drogą - co to właściwie było? I po co to było?). Lena wyciągnęła z niego między innymi wniosek, że zbuntowana Jessa, która wpada w odcinku w nagłą i skrajną rozpacz (która objawia się między innymi wyjście na ulice Nowego Jorku tylko w spodniach i górze od bikini, bo przecież to takie szalone) po prostu "jak każda kobieta tak naprawdę pragnie jakiejś tradycyjnej relacji". Nie, Leno. Po prostu nie. Wydawałoby się, że tak głośno mówiącej o swoim feminizmie dorosłej dziewczynie nie trzeba tłumaczyć, czemu to zdanie jest głupie.
No i największa bolączka ostatniego sezonu - gdzie, do cholery, jest Shoshanna?! Traktowana przez większość ostatnich odcinków jak narzędzie Shosh (np. narzędzie do wprowadzenia związku Raya i Abigail, co swoją drogą było jednym z udanych posunięć ostatniego sezonu) właściwie znika. A szkoda, bo naprawdę rozwinęła się jako postać od pierwszego odcinka i była chyba jedyną, która miała zadatki na odpowiedzialnego dorosłego. Pod koniec piątego sezonu wróciła z Japonii i z powodzeniem rozkręciła biznes według własnego pomysłu. Jednak ten bardzo interesujący wątek okazał się chyba mniej interesujący niż złamanie takiego tabu jak seks w ciąży, czy po raz kolejny w swoim życiu wykolejona Jessa, bo właściwie nie był kontynuowany w szóstym sezonie. Shosh ma większą rolę tylko w drugim odcinku, kiedy wygarnia Jessie o co ma do niej żal. Potem jest, jak pisałam, narzędziem - głównie potrzebnym dla rozwoju Raya, który dzięki niej odwiedza swojego współpracownika i znajduje go martwego, pośrednio dzięki niej zrywa z Marnie i dzięki niej znajduje nową miłość. Dla samej Shosh nie zostało już w serialu wiele - w przedostatnim odcinku widzimy, jak jeszcze niedawno niezależna biznesmenka pojawia się nagle z nowym mężczyzną (swoim drogą Azjatą, bo chyba Dunham chciała w ostatnim rzucie nieudolnie zawalczyć o intersekcjonalność, o której zapomniała wcześniej) i szczebiocze o zaręczynach niczym o najważniejszym osiągnięciu jej życia, obracając się w towarzystwie wypolerowanych dziewczyn w drogich sukienkach. Ech.
Tym samym trochę słodko-gorzko żegnam się z "Girls". Dunham po ostatnim odcinku zaapelowała na Instagramie, żeby opowiadać historie kobiet. Jak najbardziej jestem za.
Trzeci sezon "Grace and Frankie" obejrzałam w 4 dni. I mam wrażenie, że szło mi coraz wolniej im bliżej byłam końca (jeśli w ogóle możemy mówić o zwolnieniu tempa w przypadku 4 dni ;)). Serial jakby stracił na jakości.
Netflix
Zaczęło się bardzo dobrze, serial trzymał poziom poprzednich sezonów zasypując nas sporą ilością żartów, ale też redefiniując pokazywanie w telewizji osób starszych, nieheteroseksualnych oraz ich seksualności. Potem, co do tej pory nie było domeną "Grace and Frankie", zrobiło się bardzo sentymentalnie (mniej więcej od momentu, w którym Frankie zaczyna się zastanawiać nad przeprowadzką do Santa Fe).
Nie ma nic złego w sentymentalnych wątkach, ale do tej pory nawet poważnych tematów ten serial nie bał się traktować z przymrużeniem oka i bez idealizowania. Poczułam, że coś jest nie tak, kiedy nie mogłam się zaśmiać przez większość ostatnich odcinków serii, a dodatkowo byłam w stanie przewidzieć wszystko, co stanie się za chwilę. Końcowa scena dopełniła dzieła - tak cukierkowo w "Grace and Frankie" chyba jeszcze nie było.
Moje podejście do kilku ostatnich odcinków trzeciego sezonu o moich ulubionych staruszkach telewizji nie zmienia jeszcze oceny całego serialu, który nadal kocham. Sezon miał wiele mocnych momentów i nadal zaskakuje odważnym podejściem do seksualności, damsko-damskiej przyjaźni (wciąż bardzo jej mało w kinie i telewizji, przyjaźń Grace i Frankie to zdecydowanie miłe odświeżenie) i ageizmu, który nadal jest plagą naszego społeczeństwa. Mam tylko nadzieję, że serial zejdzie z drogi przewidywalności i trochę zmniejszy poziom niepotrzebnej słodyczy.