Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciąża. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciąża. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 lipca 2021

Wykluczenie w ciąży - historia Marysi

3

Dziś po raz pierwszy na blogu tekst gościnny. Kiedy przyjaciółka poprosiła mnie o uwzględnienie jej perspektywy wykluczenia spowodowanego ciążą i umieszczenia jej tekstu o tym na blogu, zgodziłam się od razu, bo chętnie pokazuję tu różne perspektywy na doświadczenia takie jak macierzyństwo, czy ciąża. A więc, bez zbędnych zapowiedzi, tekst dla was: 


Siedzę na korytarzu przed gabinetem ginekolożki i czekam na swoją kolej. Po policzkach płyną mi łzy. Nie wiem czy to dlatego, że jestem obecnie bardziej wrażliwa, wydaje mi się, że zawsze miałam cienką membranę, teraz nie jest inaczej.

Jestem w dziewiątym miesiącu ciąży i szczerze powiedziawszy, choć koleżanki ostrzegały, nie wierzyłam w to ile spotka mnie nowych sytuacji, jak często będę się czuła wykluczona, pominięta, niewidzialna, lub odwrotnie – traktowana jakbym była niezdolna myśleć za siebie.

Córeczko… jak Cię ochronić przed tym bagnem…

Czytam post firmy farmaceutycznej, w którym lek przeciwbólowy reklamowany jest słowami: „Każdy dzień to dla mamy seria nowych wyzwań, które będą trwać od świtu do nocy. Zawsze jest coś ciekawego do zrobienia! Trzeba zamówić ubranka dla dziecka, zrobić pranie, uprasować piramidę rzeczy i zrobić rano bliskiej osobie kanapki do pracy. Mama nigdy się nie nudzi, dlatego stojąc po Waszej stronie mówimy głośno: «jesteśmy dumni spoglądając, jak dbacie o rodzinę i domowe obowiązki!»”. Myślę sobie – kim jest ta „mama”? O co tutaj chodzi? Co to znaczy być mamą? Czy teraz mam się stać również sprzątaczką i niańczyć swojego partnera, z którym na co dzień dzielimy obowiązki domowe? Dlaczego producent leku przeciwbólowego uważa, że tyrada o roli kobiety w społeczeństwie jest idealną reklamą tego specyfiku? Czy mam się zacząć nim odurzać, aby zniknęło uczucie totalnej dehumanizacji mnie jako osoby?

Jestem kulturoznawczynią i doskonalę zdaję sobie sprawę z tego jak urządzony jest świat Zachodu. Do momentu zajścia w ciążę nie doświadczałam jednak tak nasilonej dyskryminacji. Spotykałam się oczywiście z seksizmem, od lat odczuwam także „impostor syndrome” mając poczucie, że muszę 1) pracować ciężej niż wszyscy, bo jestem niewystarczająca, 2) w znacznym stopniu kontrolować swoje uczucia, aby nie być posądzoną o „bycie zbyt emocjonalną”. Mój były szef kiedyś wezwał mnie do siebie i długo gratulował, że udało mi się odrzucić tę część mnie. Do tej pory mam mieszane uczucia dotyczące tego spotkania.

Jednak doświadczenie ciąży osadzone jest w zupełnie nowym świecie wykluczenia, restrykcji i zasad.  Ja dowiedziałam się, że będę mamą mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej uznał, że kobiety nie mogą zdecydować czy chcą urodzić dziecko, które nie przeżyje. Olbrzymi stres i strach o małą spadł na mnie jak grom z jasnego nieba. A jeśli coś z tą ciążą będzie nie tak? Jeśli mała będzie miała ciężkie wady niepozwalające jej na przeżycie? Co jeśli rozkażą mi być żywą trumną dla mojego ukochanego dziecka, które umrze w trakcie lub tuż po porodzie? Jak ja to udźwignę psychicznie? Jak nasza rodzina coś takiego przeżyje? Wyjazd za granicę – to jest jakaś opcja, ale jak w momencie żałoby, w doświadczeniu tragedii tak bardzo dojmującej, bo dotykającej naszego dziecka, zebrać siły i załatwiać jakieś wyjazdy? Pilnie zrobiłam badania prenatalne, prywatnie, bo mój wiek nie kwalifikuje mnie do tych badań refundowanych przez NFZ. Wyniki były dobre, to mnie uspokoiło. Wydałam kupę kasy, ale żadne pieniądze nie były wtedy warte więcej niż ta informacja – „wszystko jest ok”. Mam szczęście, bo było mnie na nie stać.

Wydawać by się mogło, że kolejne miesiące będą łatwiejsze. Wszystko jest dobrze, wszystko jest w normie. Ale czym ta „norma” właściwie jest? Z perspektywy dziecka łatwo ją zdefiniować jako prawidłowe rozwijanie się płodu. A z perspektywy matki? No cóż…

Na początku drugiego trymestru jadę z przyjaciółką na wyjazd jogowy. W pracy dużo stresu, więc chcę się na chwilę urwać. W dodatku to jedyne małe okienko podczas pandemii, kiedy hotele są otwarte. Wyjazd jest cudowny, odprężam się. Po stresach pierwszego trymestru (okraszonych trwającymi całe dnie nudnościami oraz totalnym brakiem energii) cieszę się z tej chwili spokoju i radości. Hotel, w którym przebywamy jest bardzo nowoczesny i wydaje się dostosowany do potrzeb każdego gościa. Jak się szybko okazuje nie dotyczy to jednak kobiet w ciąży. Kiedy pytamy o wykonywane masaże i maseczki dostaję obcesową informację, że „kobiet w ciąży się nie masuje”. Maseczka na twarz też nie wchodzi w grę. Pytam dlaczego – jakie to ma ugruntowanie w wiedzy naukowej? Dostaję informację, że tak wygląda ich wewnętrzny regulamin. To znaczy bez absolutnie żadnych przesłanek medycznych właściciele hotelu mogą zapisać w regulaminie, że wykluczają daną grupę społeczną ze świadczenia im konkretnych usług. To tak, jakby tam wpisali, że nie masują łysych. To nie ma żadnego sensu, ale mogą, więc tak robią. Gadam o tym z dziewczynami. „To pewnie dlatego, że hotel się boi, że jak coś się stanie dziecku to będą pociągnięci do odpowiedzialności”. Równocześnie sauna i jacuzzi są otwarte, mimo, że niezalecane w ciąży. Gdybym chciała mogłabym swobodnie z nich skorzystać. Zaczynam się zastanawiać o co tu właściwie chodzi… czy ja nie mogę sama podjąć decyzji dotyczącej mnie i mojego nienarodzonego dziecka po zapoznaniu się ze wszystkimi informacjami dotyczącymi potencjalnych komplikacji? Kiedy dziecko się już urodzi, jako rodzic mogę decydować czy pójdzie do takiej czy innej szkoły, ba! mogę nawet podjąć decyzję dotyczącą tego czy przyjmie ono szczepionkę na COVID-19, ale kiedy jestem w ciąży nie mogę zadecydować o tym czy chcę aby nałożono mi nawilżającą maseczkę na twarz?

Pandemia to z resztą kolejna, bardzo ważna, część mojego doświadczenia bycia w ciąży. Najpierw olbrzymi strach i potężny research dotyczący tego jakie jest zagrożenie w przypadku zakażenia wirusem i co może dać mi szczepienie. Szybko dowiaduję się, że kobiety w ciąży nie uczestniczyły w badaniach klinicznych żadnej z dostępnych szczepionek, ale kilka z nich w ich trakcie zaszło w ciążę. Zgłębiam temat coraz bardziej, dowiaduję się czym jest mRNA i białko Spike, że szczepionki nie zawierają w sobie wirusa, że często występuje po nich gorączka, co jest potencjalnie problematyczne, ponieważ podwyższona temperatura ciała w ciąży nie sprzyja. Z drugiej jednak strony kobiety w ciąży są w grupie ryzyka, częściej niż inne chorujące trafiają pod tlen. Rozważam za i przeciw, podejmuję decyzję, że chcę się zaszczepić. Mówię o tym swoim bliskim. Moja rodzina jest bardzo wspierająca. Mama – pielęgniarka mówi: „cieszę się, że się zdecydowałaś. Od razu mniej się o Was denerwuję”. Mimo tego, że muszę jeszcze chwilę poczekać na swoją kolej czuję się dobrze wiedząc, że w końcu jest jakieś inne wyjście z tej sytuacji niż izolacja w domu. Swoją drogą rozmawiam na ten temat z koleżanką, która mówi: „ludzie tak bardzo narzekają na zamknięcie w domach z powodu pandemii nie zdając sobie sprawy z tego, że dokładnie to samo przeżywają kobiety w ciąży (kiedy np. muszą leżeć) i po porodzie, w niepandemicznym świecie. Kiedy dziecko jest już przez wszystkich odwiedzone i obcałowane, wszyscy rozeszli się do swoich obowiązków, a Ty zostajesz z małą osóbką, swoimi skłębionymi myślami, będąc jeszcze w połogu, co utrudnia Ci poruszanie się – zostajesz na domowej «kwarantannie», która jest dla innych zupełnie niewidoczna”.

Jestem nauczycielką akademicką, więc mam możliwość skorzystania ze szczepienia wcześniej niż reszta mojego rocznika. Czuję się uprzywilejowana i jestem wdzięczna za to, że mogę zaszczepić się wcześniej. Nie mam jednak możliwości wyboru ani miejsca, ani daty i godziny, ani preparatu. Zostaję wpisana na listę i zgłaszam się do punktu szczepień na Stadionie Narodowym. Po pierwszej dawce jestem zachwycona organizacją całego przedsięwzięcia. Wszystko idzie bardzo sprawnie, szybciutko, nie ma długich godzin oczekiwania, czego się obawiałam. Druga dawka nie idzie jednak tak gładko. Lekarka, która mnie konsultuje przed podaniem zastrzyku pyta czy mam zgodę od lekarza prowadzącego na szczepienie. Patrzę na nią z niedowierzaniem. Jak to? Pierwsze słyszę aby ktokolwiek potrzebował takiej zgody. I właściwie co ma zawierać taka opinia lekarska? Cóż ten lekarz wie więcej niż ja? O czym ma zaświadczyć? Przecież, zgodnie z zasadami prowadzenia ciąży ja bez przerwy robię badania krwi i moczu, jestem na bieżąco ze wszystkimi wynikami, a tu za mną w kolejce są ludzie, którzy ostatni raz robili morfologię 10 lat temu… oni żadnego zaświadczenia nie potrzebują…

Opowiadam o tej sytuacji znajomym. Reagują podobnie jak w przypadku tej kuriozalnej sytuacji w SPA. „Pewnie się boją, że jakby coś się stało dziecku to zostaną pociągnięci do odpowiedzialności”. A nie boją się tego w przypadku dorosłych osób? Poza tym, przecież ja nie zostałam ubezwłasnowolniona, nie odebrano mi praw, jestem taką samą obywatelką jak wtedy, kiedy nie byłam w ciąży. Skoro Szpital Narodowy się obawia pozwów to czy nie powinien ewentualnie żądać ode mnie pisemnego oświadczenia, że rozumiem ryzyko i się na nie zgadzam? Dlaczego znając swoje wyniki i będąc po rozmowie z lekarzem nie mogę sama za siebie zaświadczyć? Czemu lekarz ma zaświadczać? Nie rozumiem…

Wrzucam do internetu post pełen żalu na tę sytuację, okazuje się, że dosłownie dzień wcześniej w mediach ten temat był poruszony w jednym z dzienników informacyjnych. Dziennikarz omawiający sytuację także nie rozumiał o co tu chodzi. Okazuje się, że punkt na Stadionie Narodowym jako jedyny odmawia szczepień kobietom w ciąży. Jakim prawem? Piszę maila do działu HR swojego Uniwersytetu, dając im znać, że zmuszają nas do szczepień w punkcie, który odmawia ich wykonania. Dział HR dziękuje za informacje i temat całkowicie umiera. Odzywa się do mnie dziewczyna, która została wygoniona ze szpitala na Stadionie, kiedy chciała przyjąć pierwszą dawkę. Porażająca sytuacja, w której podbiega do niej jakaś kobieta, dosłownie tuż przed wykonaniem szczepienia i mówi, że nie wolno jej zaszczepić – takie są instrukcje od Ministra. Żadnej podstawy prawnej, uchwały, rozporządzenia nie ma. Ktoś od Ministra wysłał do nich maila i to wystarcza, aby wyprosić kobietę w ciąży ze szczepienia. Dziewczyna wyszła – oczywiście cała w nerwach. Po powrocie do domu zapisała się do innego punktu, wzięła ze sobą męża i miała plan dzwonienia na policję, gdyby znowu odmówiono jej wykonania szczepienia. Na szczęście w innym punkcie zaszczepiono ją bez problemu.

Stres z powodu wykluczenia w różnej formie, którego doświadczam właściwie bez przerwy, towarzyszy mi prawie każdego dnia. Do opisanych wyżej sytuacji dochodzi jeszcze rodzina, która daje wiele porad. Podczas rodzinnego święta słyszę bez przerwy „nie wstawaj”, „usiądź”, „nie rób tego, nie rób tamtego” i tak dalej. Decyduje się za mnie gdzie mam siedzieć, z kim jechać samochodem, że mam nie iść ze wszystkimi pomóc w organizacji tylko odpoczywać. Wiem, że to wszystko z troski, ale ta troska doprowadza mnie do szału. Nagle stałam się dzieckiem, za które się myśli, za które się decyduje. Dojście do siebie zajmuje mi kilka dni, zbiega się to z sesją terapeutyczną. Dowiaduję się na niej, że siła tego przeżycia, siła tego stresu nie płynie tylko z tej jednej sytuacji, ale ze wszystkich podobnych wydarzeń, które miały miejsce w całym moim życiu. Za każdym razem kiedy byłam niewidzialna, bagatelizowana, pomijana, kiedy odbierano mi sprawczość – budowało się we mnie poczucie wykluczenia, które teraz wypływa w każdej najdrobniejszej sytuacji, kiedy ktoś chce coś zrobić za mnie. Dużo o tym myślę. Pamiętam odcinek serialu „New Amsterdam”, w którym psychiatra próbuje wpisać stres wywołany rasizmem (rodzaj PTSD) na listę chorób psychicznych. Czuję, że ja też mam rodzaj pourazowego stresu związany tylko i wyłącznie z byciem kobietą w patriarchalnym społeczeństwie. Oczywiście oba te doświadczenia (rasizm i seksizm) są zupełnie inne, zwłaszcza jeśli chodzi o seksizm wobec kobiety w uprzywilejowanej pozycji, którą na pewno jestem, ale dojmujące uczucie bycie skreślanym zanim zacznie się coś mówić czy robić wydają się być zbieżne w obu przypadkach. To boli.

Jeszcze przed rozwiązaniem postanawiamy wyjechać na tydzień za granicę. Mamy już paszporty COVIDowe, także nic nie stoi na przeszkodzie… oczywiście poza moją ciążą. Podczas planowania wyjazdu czytam jakie są zagrożenia podróżowania samolotem w ciąży. Zagrożeń nie ma, poza tym, że na samej końcówce ciąży można przyspieszyć poród. Ja mam jeszcze dużo czasu do tego wydarzenia, więc się nie martwię. Tuż przed wejściem na pokład samolotu pada pytanie od obsługi czy jestem w ciąży i w którym tygodniu. Dowiaduję się, że jeszcze kilka dni i powinnam mieć ze sobą zaświadczenie od lekarza, że mogę latać. Nic z tego nie rozumiem. Ludzie z ciężkimi chorobami kardiologicznymi nie muszą mieć żadnych zaświadczeń, a ja znowu muszę? Czy wszyscy na świecie zakładają, że ja nie rozumiem swoich wyników badań? Że nie rozmawiam z lekarzem, do którego bez przerwy chodzę na kontrole? Że jeśli z ciążą jest cokolwiek nie tak to ryzykowałabym jej utratę? Dlaczego ma za mnie zaświadczać lekarz? Czy ja nie potrafię za siebie zaświadczyć? Czuję się jakbym się cofnęła w czasie i musiała mieć zgodę męża na wszystko, co robię. Zamieniliśmy tylko figurę męża na figurę lekarza (w domyśle, jak rozumiem – mężczyznę).

Po przylocie spędzam kilka godzin w internecie, co mi nie pomaga. Dowiaduję się kolejnych rzeczy w stylu: „kobiety w ciąży nie powinny pić piwa 0% ponieważ czasem takie piwa jednak zawierają alkohol” (a najwidoczniej jak się jest w ciąży to traci się umiejętność czytania etykiet ze zrozumieniem). „Kobiety w ciąży nie powinny farbować włosów, bo trujące opary mogą wpłynąć negatywnie na rozwój płodu” (zamiast podać jaki składnik farby może być potencjalnie niebezpieczny abym mogła spytać fryzjera jakiej farby używa i upewnić się, że tej bezpiecznej) i tak dalej i tak dalej. Miliony bzdurnych porad, które właściwie sprowadzają się do: „po prostu niczego nie rób, leż i odpoczywaj”. A to wszystko nie na jakichś dziwnych stronach tylko na ogólnopolskich portalach z milionami czytelników. Psychika znowu mi wysiada. Zgłaszam te artykuły do Googla. Nigdy wcześniej tego nie robiłam, ale obecnie wydaje mi się to jedyny sposób na odzyskanie sprawczości.

Wydaje mi się to ważne szczególnie teraz, kiedy „nic nie rób, tylko leż” stało się kolejnym powodem do stygmatyzacji kobiet w ciąży. Szpital w Oleśnicy postanowił dołożyć się do dyskryminowania kobiet w tym „odmiennym” stanie, skupiając się na ich ewentualnej nadwadze. Czytam wpis na profilu „babki babkom” i nie mogę uwierzyć. Od miesięcy bez przerwy słyszę: rób to, nie rób tego, idź tam, tam nie chodź, nie noś, nie szczep się, nie nadwyrężaj, a teraz jeszcze… nie tyj. I to wszystko w świecie, który o przybieraniu przeze mnie kilogramów ma tyle do powiedzenia właściwie od momentu moich narodzin. Nie znam dziewczyny, która nie katowałaby się przynajmniej raz w życiu jakąś idiotyczną dietą, która nie czułaby lekkiej paniki, kiedy staje na wadze. Olbrzymia presja na zunifikowany kobiecy wygląd towarzyszy mi przez całe moje życie. A tu nagle lekarki, jakby o niczym nie wiedziały, jakby urwały się z innej rzeczywistości, nazywają kobiety w ciąży wielorybami. W komentarzach wrze. „Żrą bez umiaru!”, „Tyją bez opanowania”. Nie mogę uwierzyć, że można tak myśleć. Wydaje mi się, że jeśli ktoś je bez umiaru, to zazwyczaj dlatego, że ma jakiś rodzaj zaburzenia odżywiania, dlatego, że zmaga się z jakimiś problemami. W kulturze tak mocno promującej chudość, tak restrykcyjnie kontrolującej wagę (szczególnie kobiet), nikt nie „żre bez umiaru” z własnej woli. Bycie grubym oznacza bycie wykluczonym, a nikt wykluczony być nie chce. W ciąży tyje się przecież z różnych powodów – zmienia się w ciele gospodarka hormonalna, można mieć cukrzycę ciążową i inne problemy. Nie do uwierzenia, że lekarze są na to ślepi i uważają, że kobiety celowo tyją w ciąży. Dyrektor tego szpitala w oświadczeniu, które ma być niby przeprosinami pisze, że otyłość kobiet w ciąży to istotny problem społeczny. Doprawdy? Otyłość kobiet w ciąży to istotny problem społeczny? W jaki sposób to jest problem społeczny? Co społeczeństwo ma do tego czy ktoś jest otyły? Bo jak kobieta jest gruba to co to znaczy? Że nieatrakcyjna? Że mąż z nią nie spłodzi więcej dzieci? Wydaje mi się, że jeśli ktoś jest otyły i ma z tego powodu problemy zdrowotne, to jest to coś, co musi rozwiązać. Nie jest to problem społeczny – taki jak bezrobocie czy wykluczenie komunikacyjne.

Myślę o narracjach wokół kobiecego ciała i przypomina mi się jak na zajęciach w mojej szkole rodzenia (w jednym z najlepszych szpitali w stolicy) położna poinformowała nas, że najlepiej jest spać w staniku podczas nawału pokarmu w piersiach, bo inaczej będą one obwisłe i nie będą się podobały naszym partnerom. Nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam. Zainterweniowałam, a położna przeprosiła. Odtwarzała tylko pewną kalkę kulturową, może chciała jakoś odnieść swój wywód do codziennego życia, zbliżyć się do nas. Ale zamiast stworzyć atmosferę intymności i porozumienia, pokazała, że kobiece ciała nie są tylko kobiece. To są ciała uwikłane w kulturę wraz z jej opresjami. Ciała, o których będąc w ciąży, my – kobiety decydujemy tylko teoretycznie.

Pisząc ten tekst uświadamiam sobie ile nerwów i stresu towarzyszyło mi podczas tych dziewięciu miesięcy. A przecież wszyscy dookoła powtarzają mi, żebym się nie denerwowała. Równocześnie jednak rodzina, instytucje, media i popkultura – cały nasz świat społeczny wzrasta na wykluczeniu i dyskryminacji wycelowanych między innymi w kobiety w ciąży. Nie stresować się oznaczałoby zatem odrzucić kulturę, w której jestem zanurzona, a to raczej niemożliwe.

Wracam myślami do tego momentu kilka dni temu, kiedy płakałam przed drzwiami gabinetu ginekologicznego myśląc o tym, że wydaję na świat dziewczynkę, która od razu będzie szufladkowana, od razu oblepi ją sieć nakazów i zakazów zarówno dotyczących tego jak ma wyglądać, jak i tego ja ma się zachowywać. Powtarzam w głowie te słowa: Córeczko, jak Cię od tego uchronić? Ale nie znajduję żadnej odpowiedzi na to pytanie.

Autorka: Maria Barwińska

Czytaj dalej »

wtorek, 27 sierpnia 2019

Zadbaj o siebie po porodzie!

7
Jakiś czas temu na Instagramie trafiłam na hasztag #jestemmamądbamosiebie. Wiele z postów pod tagiem to zdjęcia pięknych włosów, świeżo zrobionych paznokci, ale na szczęście znajdują się też inne - chwila dla siebie, okresowe badania. Niemniej znalezienie tego trendu skłoniło mnie do zrobienia listy tego, co każda kobieta powinna zrobić, aby zadbać o siebie po porodzie. I nie jest to utrata wagi, makijaż, krem na rozstępy albo nowa sukienka (chociaż oczywiście, jeśli tego potrzebuje, to droga wolna).



1. Fizjoterapia 

Rozpoczęcie fizjoterapii to w kontekście dbania o siebie absolutnie najlepsza rzecz, jaką zrobiłam dla siebie po porodzie. Sama nigdy w życiu nie wpadłabym chociażby na to, że mam rozejście mięśni brzucha. Fizjo pomogła mi dojść do siebie fizycznie, ale też nauczyć się dobrych nawyków na przyszłość - co ćwiczyć samemu, czego mi już robić nie wolno (np. brzuszków, czy podnoszenia ciężarów i jakoś z tego powodu płakać nie będę), czy też jak wykonywać codzienne czynności tak, aby nie pogorszyć swojego stanu - np. odpowiednio podnosić ciężkie przedmioty. Przy okazji polepszył się nieco wygląd mojego brzucha - wspominam o tym, bo dla niektórych może być to jedyna motywacja, aby zrobić coś dla swojego zdrowia. Wciąż mało mówi się o fizjoterapii po porodzie, darmowe konsultacje ze specjalistami w dziedzinie nie są dostępne w większości szpitali, nie usłyszymy o tym w każdej szkole rodzenia (chociaż akurat w mojej były o tym całe zajęcia!). A mogłoby to znacznie poprawić poporodowe życie milionów kobiet - bo zdecydowana większość ciąż jeśli nie sieje spustoszenia w naszym ciele, to zostawia na nim jakieś ślady. Przy tym te, których nie widać, są bardziej niebezpieczne i jednocześnie mamy większą skłonność do ich olewania.    

2. Pomoc psychologa/psychiatry

Poród i początki macierzyństwa to dla wielu kobiet trudne doświadczenie. Czasami oprócz baby bluesa pojawia się depresja poporodowa, czasami na światło dzienne wychodzą zupełnie inne, zapomniane i ukryte w podświadomości problemy, które wymagają pomocy specjalisty. Dziecko i bycie matką mogą w nas obudzić różne rzeczy, o których nie zdawałyśmy sobie sprawy. Jeśli tylko borykasz się z jakimkolwiek problemem czy ciężarem natury psychicznej, to nie myśl, że jesteś dziwna, że to wstyd i że nie masz prawa do takich uczuć. Po prostu poproś o pomoc psychiatrę lub psychologa - możliwe, że rozwiążesz nie tylko aktualne problemy. I pamiętaj - macierzyństwo to nie tylko radość w odcieniach pasteli z Insta. To też trudne uczucia, które ma wiele z nas (sama takie miałam i miewam!). Jeśli szukasz jakiegoś remedium na instagramową mamową słodycz, to serdecznie polecam konto psycholożki Joanny @omatkodepresja, które pełne nie tylko wsparcia i rad, ale też historii kobiet takich jak ty.



3. Codzienna pomoc (od kogokolwiek)  

Ja wiem, że to się powtarza wam po sto razy, ale jeśli tylko możecie to naprawdę proście o pomoc. W domowych obowiązkach, w opiece nad dzieckiem, w zrobieniu jedzenia, w czymkolwiek. A już zwłaszcza partnerów, ojców dzieci (jeśli są w waszym życiu), bo to z ich strony nie jest "pomoc", tylko takie same obowiązki jak wasze - to też ich dziecko, to też ich dom! Takie stwierdzenie naprawdę nie powinno być rewolucyjne. Jeśli nie ma partnerów, odzywajcie się do rodziny, przyjaciół, poproście mamę o obiadki, a tatę o starcie kurzy, siostrę o spacer z dzieckiem, brata o umycie łazienki, przyjaciółkę o chociażby chwilę rozmowy z dorosłym. Proszenie o pomoc to nie jest żaden wstyd - kiedyś dzieci wychowywały całe wioski, a nie jedna kobieta, która poza dzieckiem ma też na głowie cały dom oraz swoje własne życie.

4. Coś dla siebie 

A jak już poprosicie kogoś o pomoc - zróbcie coś dla siebie. Co chcecie. Poczytajcie książkę. Pośpijcie. Wyjdźcie z domu. Zapiszcie się na jakieś zajęcia (ja na przykład w drugiej połowie macierzyńskiego wróciłam do nauki włoskiego). Obejrzyjcie film. Cokolwiek sprawi, że poczujecie, że jesteście wciąż "dawną sobą".



5. Badania i ogólnie pojęte dbanie o zdrowie

Jestem trochę hipokrytką pisząc o tym, że powinnyście zrobić wszystkie konieczne badania, bo sama olałam trochę tę sprawę. Ale może to będzie lekcja dla innych. Ciągle odkładałam wizytę u dentysty, bo wciąż było coś ważniejszego, bo dziecko, bo to, bo tamto. Ostatecznie ból stał się nie do zniesienia i musiałam się z nim borykać aż do wizyty, którą umówiłam dopiero, kiedy już nie mogłam wytrzymać. Tak więc nie odkładajcie zdrowia na potem. Odwiedźcie ginekologa po porodzie, zróbcie wszystkie potrzebne badania krwi, badajcie się regularnie, jeśli coś was boli - chodźcie do lekarza. Nawet jeśli musicie iść z dzieckiem do gabinetu. I pamiętajcie, że wielu leków możecie używać przy karmieniu piersią - możecie to sprawdzić na stronie e-lactancia, odezwać się do Laktaceuty, a w sprawie wielu popularniejszych, jak np. znieczulenie u dentysty, możecie się poradzić na stronie polskiej guru laktacji, czyli Hafiji.

6. Dobre jedzenie 


Przy małym dziecku brakuje często czasu na jedzenie, a co dopiero na gotowanie. Ale musicie jeść, żeby nie zemdleć, co może zwyczajnie stanowić niebezpieczeństwo dla was i dziecka. Dlatego poproście kogoś o gotowanie, postawcie na zamawianie żarcia, zamroźcie sobie trochę żarełka na czarną godzinę (wszystkie wymienione tu rzeczy robiłam też ja). A jeśli karmicie piersią to pamiętajcie, że nie ma diety matki karmiącej i nie głodźcie się bez sensu (tu ponownie polecam wam Hafiję).


7. Sen  


Oprócz dobrego jedzenia warto pamiętać o śnie. Rada "śpij wtedy, kiedy śpi dziecko" jeśli tylko jest możliwa do zrealizowania (np. nie macie jeszcze drugiego dziecka albo mnóstwa obowiązków, które musicie zrobić - ale polecam ODPUSZCZANIE, bo brudna podłoga was nie zabije, a niedobór snu - może) to jest złotą radą. Jeśli mieszka z wami ojciec dziecka niech pomaga w nocy albo nad ranem przejmuje na chwilę dziecko, abyście mogły dospać (tak na przykład co rano robi mój mąż). Macierzyństwo wiąże się nieodzownie z małą ilością snu, ale jeśli tylko możecie - zwiększajcie jego ilość. O śnie swoim i dzieci poczytacie u Magdaleny Komsty.

8. Doradczyni laktacyjna

To rada na koniec, bo tylko dla mam, które chcą karmić piersią, a wiem, że nie są to wszystkie mamy. Jeśli chcecie, karmicie, a macie jakieś problemy to zgłoście się do doradczyni - w szpitalu lub prywatnie.  Możliwe, że rozwiązaniem waszych problemów jest jakaś drobnostka i nie będzie wcale konieczne rezygnowanie z karmienia, jeśli wam na nim zależy (powiem więcej - najczęściej jest tak, że rezygnować nie trzeba!). Sama też byłam u doradczyni laktacyjnej po około dwóch miesiącach macierzyństwa i żałuję, że nie zrobiłam tego wcześniej - skąd w końcu miałam wiedzieć sama, że moje piersi mają nabudowane gruczoły mleczne po bokach i najlepszym rozwiązaniem dla nas będzie karmienie w pozycji "spod pachy"? Tego nie podpowiedziała mi jakoś matczyna intuicja. Przyrosty dziecka ruszyły wtedy jak z kopyta, ja byłam spokojna, że zrobiłam wszystko, co się da, a dziecko zaczęło lepiej sypiać.


Powyżej opisane przykłady wynikają głównie z moich własnych doświadczeń. Jak zawsze - każda mama jest inna, co więc ty dopisałabyś do tej listy?
Czytaj dalej »

niedziela, 2 grudnia 2018

10 rzeczy, które zaskoczyły mnie w byciu rodzicem

0
Często jest tak, że zanim czegoś doświadczymy, to wyobrażamy sobie jak to mniej więcej wygląda. Jako dzieci sądzimy, że życie dorosłych to "mogę wszystko", a potem okazuje się, że to raczej "zobaczę na ile mogę sobie pozwolić, żeby nie przymierać głodem i nie stracić przy tym jasności umysłu". Zanim wybierzemy się na wakacje, wyobrażamy sobie jak będzie na miejscu, jak odpoczniemy leżąc plackiem, a już na samym urlopie zapominamy jak się odpoczywa. I tak dalej. Wszyscy też zanim zostaniemy rodzicami (oczywiście mówię tylko o tych, którzy rodzicami chcą zostać) mamy w głowie jakiś obraz rodzicielstwa, który potem ulega drastycznej zmianie. Oto kilka rzeczy, które mnie zaskoczyły (chociaż wiadomo, że każde dziecko, tak samo jak każdy człowiek dorosły, jest kompletnie inne, więc część tych podpunktów albo wszystkie u innych mam mogą wyglądać kompletnie inaczej).


1. Noworodki wcale nie śpią prawie przez cały czas

Mój "spał cały czas" z przerwami na jedzenie przez jakiś tydzień. Potem zrobiło się dużo, dużo trudniej.

2. Przewijanie i kupa nie są obrzydliwe

Serio, mleczne kupy są całkiem spoko (jakkolwiek to brzmi). Nie śmierdzą, łatwo da się nimi "zarządzać". Nie było dla mnie obrzydliwe nawet przyglądanie się im, kiedy działo się coś niedobrego. Zdarzyło mi się nawet ucieszyć na widok kupy, która już nie wyglądała na objaw problemów. Dlatego nie rozumiem tych całych historii o tym, jakie to przewijanie koszmarne, a w dodatku niemęskie ("Już ja widzę jak Adam będzie przewijał dziecko HE HE HE"). Przewijanie to zupełnie normalna czynność, czasem utrudniana przez zainteresowanego wszystkim wokół noworodka i jedna z najłatwiejszych w całym tym rodzicielstwie. I może być wykonywana z powodzeniem zarówno przez jednego, jak i drugiego rodzica.

3. Nie bałam się ciemiączka

Wizja tego, że moje dziecko będzie miało miękki fragment główki, na który trzeba uważać, była dla mnie naprawdę przerażająca. Bałam się, że go uszkodzę, źle złapię, że trzeba będzie wyjątkowo delikatnie się z tym obchodzić, a każdy najdrobniejszy błąd będzie mógł sprawić, że zrobię mojemu dziecku nieodwracalną krzywdę. Okazało się, że owszem, ciemiączko istnieje, ale dotykanie główki malucha nie wiąże się z przerażeniem. Intuicyjnie wiedziałam jak go łapać, a nawet trochę się cieszyłam, że dzięki ciemiączku widać jak dziecku bije serducho.

4. Nie bałam się podnoszenia dziecka

Może to kwestia tego, że mój kartofelek urodził się naprawdę duży (prawie pięć kilo), ale podnoszenie go również okazało się intuicyjne. Przed porodem myślałam, że będę się bała w ogóle wziąć go na ręce, że przypadkiem zrobię mu coś złego. Położne w szkole rodzenia mówiły nam, że o ile nie będziemy chcieli dziecka skrzywdzić celowo, to nic mu się nie stanie. I to prawda. Wystarczy ostrożność i wrodzona intuicja, a podnoszenie szkraba okazuje się sprawą prostą.

5.  Karmienie piersią za to nie jest proste

Z kolei to, co jawiło mi się jako banalnie proste, czyli karmienie piersią, okazało się najtrudniejszą rzeczą. W szkole rodzenia laktacji poświęcono jedne zajęcia i według mnie i tak dostałam więcej informacji niż większość matek w tym kraju, które nie mają pojęcia o tym, jak ten proces wygląda. Nadal jednak wyobrażałam sobie, że przystawię malucha i wszystko właściwie będzie działo się samo, malec będzie zadowolony i nakarmiony, a ja szczęśliwa i piękna niczym kobiety karmiące ze stylizowanych zdjęć na łąkach. Okazało się, że karmienie piersią to mega ciężka praca, która wymaga poświęcenia, czasu, a także nauki - zarówno ze strony matki, jak i dziecka. Na moje szczęście w moim otoczeniu (poza szpitalem) było niewiele głosów, które karmiły mnie mitami o chudym mleku, diecie matki karmiącej, małej ilości pokarmu, karmieniu co trzy godziny, czy innych równie bzdurnych pierdołach. Trafiła mi się dobra pediatra i wyrozumiała rodzina. Nie spodziewałam się, że przez pierwsze miesiące będę właściwie cały czas karmić, ale dzięki wiedzy, wsparciu, a przede wszystkim samozaparciu udało się, a potem zrobiło się ciut łatwiej. Teraz karmię małego co kilka godzin i cieszę się, że pod ręką mam zawsze niezawodny cyc uspokajacz, a moje dziecko dostaje najlepszy pokarm na świecie. Warto było przez te pierwsze dwa-trzy miesiące karmić właściwie non stop, mimo że ciągle np. w internecie, słyszę głosy o tym, że kp "nie warto za wszelką cenę" i mimo że kompletnie nie spodziewałam się, że tak to będzie wyglądało.

6. Wyjścia z domu bez dziecka kiedy karmisz piersią wcale nie są łatwe

Kiedy byłam w ciąży myślałam, że to żadna filozofia - odciągasz mleko, ktoś podaje dziecku jak cię nie ma, proste! Okazało się, że jest, oczywiście, zupełnie inaczej. Po pierwsze samo odciąganie w ogóle nie jest łatwe, zajmuje dużo czasu (przynajmniej mi), a podczas tego czasu mleka zbiera się niewiele. Nie ma szans, żeby tego samego dnia odciągnąć odpowiednią ilość mleka i zostawić je dziecku. Zwłaszcza jeśli cały czas zajmujesz się dzieckiem i nie masz kiedy tego mleka odciągać... Do tego dochodzą problemy z podaniem mleka - butelka zaburza odruch ssania, inne metody są dość skomplikowane albo przerażające dla innych (np. kubeczek), a nawet jeśli pogodzisz się z ryzykiem zaburzenia odruchu to... dziecko może nie chcieć butelki. I w ogóle może nie chcieć pić twojego mleka nie z cycka. Tak było u nas, co sprawiło, że pożegnałam się na długo z wielogodzinnymi wyjściami z domu bez dziecka. Zabierałam go więc ze sobą lub wychodziłam między karmieniami (na szczęście mały zaakceptował zasypianie z tatą i udawało się nawet wymknąć na koncert, byle szybko!).

7. Pieluszkowe zapalenie opon mózgowych dotyka chyba każdego w pewnym stopniu

Czy chcesz, czy nie, jakkolwiek będziesz się zarzekać, zrobisz jedną z tych dziwnych rzeczy, o które siebie samej nie podejrzewałaś. Ja na przykład poryczałam się na koncercie Beyoncé, kiedy na telebimach pokazano jej dzieci, a ja miałam świadomość, że po raz drugi w życiu zostawiłam syna samego z tatą. 

8. Zrzucenie wagi po porodzie to nie jest aż tak gigantyczny problem (chociaż nie uważam, że to było w jakikolwiek sposób istotne)

Po pierwsze codziennie robisz mega cardio - podnoszenie ciężarów, przysiady, nieraz bieganie (np. żeby szybko zrobić siku zanim dziecko się rozpłacze, że zniknęłaś). Po drugie - jeśli karmisz piersią to (chociaż słyszałam, że nie jest tak u absolutnie każdego) zużywasz mnóstwo energii i zarazem chudniesz. Ja zaczęłam ważyć mniej niż ważyłam przed ciążą bardzo, bardzo szybko, a kompletnie nie przywiązywałam do tego wagi (he he he, wagi) - po prostu nie miało to dla mnie żadnego znaczenia.

9. Chusta to nie fajny bliskościowy gadżet, chusta to konieczność

I znowu - oczekiwania versus rzeczywistość. W ciąży myślałam, że chusta będzie takim fajnym gadżetem do pobycia blisko z maluszkiem, wyjścia na fajny spacer oraz zrobienie sobie super profilowego (to jedno się udało!). Okazało się, że chusta to absolutna konieczność, zwłaszcza na samym początku. Nasz kartofelek to egzemplarz nieodkładalny na czas drzemek, a kiedy w okresie noworodkowym spał i jadł na przemian, a potem przeżywał ciężko kolki, chusta ratowała nam życie. Później przydawała się na spacerach, kiedy nie akceptował wózka. No i ostatecznie - to też jest fajny gadżet i przyjemna bliskość!



10. W życiu matki niemowlaka to wcale nie noce są najgorsze

Noce są trudne. Czasem nie śpi się całą noc, czasem pół, nie raz budzisz się po wielokroć. Zwłaszcza na samym początku. Ale nie wiem, czy to przez mój wcześniejszy dziwny tryb życia (praca w bardzo różnych godzinach, również w nocy, późne kładzenie się spać, wczesne pobudki), czy przez to, że bardzo, bardzo źle znosiłam sen w ciąży i nie spałam prawie w ogóle, ale noce z dzieckiem okazały się nie takie złe w porównaniu do snu i aktywności dziecka w dzień, kiedy to wszystko naprawdę jest wymagające. Oczywiście każde dziecko jest inne, ale mimo, że niektórzy szeroko otwierają oczy, kiedy mówię, że moje dziecko nadal budzi się w nocy (ma dopiero osiem miesięcy i nie spodziewam się, że ten stan szybko się skończy, ale ewidentnie niektórzy sugerują się albo własnym doświadczeniem albo bardzo dziwnymi informacjami) to mi jakoś te pobudki nocne nie przeszkadzają tak bardzo jak zdawało się, że będą przeszkadzać (jakbym dostała dolara za każde "wyśpij się" powiedziane mi w ciąży to dziś byłabym multimilionerem).

I BONUS, czyli podpunkt najważniejszy - zaprawdę nie ma tak wielkiej miłości jak ta do własnego dziecka.

Kocham moją rodzinę, kocham mojego męża (i to już od kilkunastu lat), kocham mojego psa. Moich przyjaciół. Ale, chociaż wcześniej myślałam, że to frazes, miłość do dziecka to jest coś zupełnie innego. To uczucie, którego nie doświadczyłam nigdy wcześniej w życiu, oddanie i radość połączone ze strachem, który towarzyszy ci już zawsze. I nawet jeśli zdajesz sobie sprawę, że miłość do dziecka to największa miłość w życiu, wiesz, bo tak mówią ci znajomi, blogi i telewizja, to nic nie przygotuje cię na to, co cię zaleje. I to będzie naprawdę przepiękne uczucie.
Czytaj dalej »

wtorek, 12 czerwca 2018

Mięsożerca może żyć bez mięsa

1
Wczoraj podobno był Światowy Dzień Bez Mięsa. Od jakiegoś czasu dla mnie to dzień jak co dzień. Nie pamiętam już dokładnie daty, kiedy zostałam wege. Na pewno działo się to stopniowo. Na początek ograniczałam mięso, potem zrezygnowałam z każdego mięsa z wyjątkiem drobiu i ryb. Następnie porzuciłam też jedzenie drobiu. Zostałam przy rybach i jem je do dziś, więc właściwie jestem pescowegetarianką (podobno taka dieta ma sporo plusów i wcale nie jest bardzo niehumanitarna, jednak czasem sobie wyrzucam, że z ryb nie umiem zrezygnować). 

To ja i szkockie mięsiwa w 2014 roku, zanim zostałam wege


Zanim przestałam jeść mięso byłam jedną z tych osób, która śmiała się niczym Ron Swanson, że wegetarianie jedzą jak króliki. Posiłek bez mięsa był dla mnie trudny do wyobrażenia. Na śniadanie kanapki z sopocką, na obiad kotlecik, na kolację bekon. Mawiałam, że warzywa to zło. Jednak w którymś momencie wzięła górę empatia. Zrozumiałam, że skoro nie podoba mi się jak się traktuje zwierzęta w produkcji przemysłowej, że skoro coś we mnie sprawia, że nie mogę patrzeć na świnie zamknięte w ciężarówce w ścisku, a dodatkowo ekologia przemawia za niejedzeniem mięsa (no bo co emituje więcej syfu do atmosfery - produkcja mięsa czy roślin?) to znaczy, że nie powinnam zajadać efektów tego procesu. Byłaby to po prostu hipokryzja, co nie znaczy, że każdy to przeżywa. Innym może to nie przeszkadzać i to nie mój problem. Nie znaczy to też, i podkreślam to od początku, że nigdy się nie złamię. Jestem tylko człowiekiem, a człowiek niestety jest słaby.

Jestem wege już ponad około półtora roku, może trochę więcej. Przez ten czas nie było mi raczej tęskno do mięsa, może trochę do żelków (w końcu zawierają żelatynę, czyli też produkt zrobiony ze zwierzęcia). Będąc wege przeszłam swoją pierwszą ciążę. Mimo nacisków rodziny, że powinnam zjeść mięso dla dobra dziecka (whaaat) nie uległam. Babcia pomstowała, że urodzę słabe dziecko o niskiej masie urodzeniowej. Jak już kiedyś pisałam urodziłam chłopaka o wadze prawie 5 kilogramów, więc argument babci upadł (w co do tej pory nie jest ona w stanie uwierzyć). Moje wyniki badań (a w ciąży robi się ich naprawdę mnóstwo) były zawsze wzorowe. W szpitalu po porodzie stwierdzono, że mam żelazo zdecydowanie w normie i nie trzeba go suplementować, w przeciwieństwie do sytuacji niektórych mięsożernych koleżanek. 

Chcę wam tylko tym powiedzieć, że kluczem do wszystkiego jest tak naprawdę zbalansowana dieta. Nie potrzebujecie mięsa. Nawet jego smak możecie zastąpić czymś innym - Bezmięsny Mięsny robi świetne produkty przypominające boczek, kiełbasy, pieczeń, pepperoni, hamburgery a ostatnio także kebab czy gyros. W prawie każdym sklepie dostaniecie produkty z soi zastępujące np. parówki. I na pewno będą to parówki zdrowsze niż te ze zmielonych resztek najgorszej jakości mięsiwa. Ba, ostatnio przekonuję się też, że da się żyć również wegańsko - z powodu alergii malucha na mleko krowie od miesiąca moja dieta stała się jeszcze bardziej restrykcyjna. Oczywiście pewnie z radością powrócę do serów kiedy tylko będzie taka możliwość (ale może je ograniczę?), ale nie jest to tragedia nie do przeżycia. Da się, a tofu to świetna sprawa.

Nie jestem jednak wojownikiem. Nikogo do niczego nie mam zamiaru zmuszać, ani nawet namawiać. Chciałabym wychować swoje dziecko w duchu wege, ale jeśli któregoś dnia powie, że chce spróbować kurczaka, to go dostanie. Dieta to tylko mój wybór i nie będę innym mówić co mają robić. Przeczytałam ostatnio, żeby starać się być takim wegetarianinem jakiego samemu chciałoby się spotkać na swojej drodze będąc jeszcze mięsożercą. Nie reaguję więc odruchem wymiotnym, kiedy ktoś wcina szynkę (a widziałam takie akcje u znajomych wege), nie ogłaszam na głos, że czyjeś jedzenie śmierdzi mi śmiercią, nie szepczę też do ucha jedzącemu kiełbasę na ognisku o okrucieństwach, które musiała przejść ta świnka. Nie każę też nie podawać mięsa tam, gdzie akurat przebywam (jak kolega Morrissey). Szanujmy się, bo wszystko jest dla ludzi. To tylko kwestia wyboru.
Czytaj dalej »

sobota, 26 maja 2018

10 rzeczy, których nie spodziewacie się w ciąży

3
Pisałam już, że w ciąży spodziewałam się rozkładającego się przede mną czerwonego dywanu, ale nie jest to jedyna rzecz, która rozminęła się z rzeczywistością. Dlatego dziś powiem wam, drogie siostry, czego po ciąży się nie spodziewacie. A przynajmniej mi nikt o tym nie powiedział.



1. Rozstępy nie wyglądają tak jak te kilka kresek na waszych udach

Tak samo jak wiele z was (a przynajmniej ta pechowa część) jako nastolatka rozszerzyłam się tu i ówdzie, co zaowocowało niczym innym jak rozstępami. Mama ganiała za mną z wynalazkami pseudomedycyny, które miały pomóc mi się ich pozbyć. Ja jednak kompletnie nie miałam problemu z tym, że mam kilka ledwo widocznych, białych kresek na jednym i drugim udzie. Trochę jak tygrys, tylko mniej. Dlatego słysząc, że w ciąży nabawię się rozstępów myślałam, że będzie to wyglądało całkiem podobnie. Kilka białych kresek na krzyż, żaden problem, jednak prewencyjnie tym razem posłuchałam mamy i używałam wspaniałych olejków. Okazało się jednak, że olejki pomagają tylko w jednym - brzuch swędzi mniej. Nie zmieniły jednak tego, że mój słusznej wielkości globus zaczął wyglądać raczej jak mapa rzek, pokryta niebiesko-fioletowymi strugami. Nigdzie w social mediach, czy w ogóle mediach, nie widziałam czegoś takiego. Na pomoc przyszła Michelle Visage, która pokazała w czasie mojej ciąży swój ciążowy brzuch z przeszłości na instagramie w reakcji na przeidealizowane fotki Kylie Jenner. Dopisała też, że w przeciwieństwie do samochodu, który Jenner dostała w prezencie za ciążę, ona dostała tylko rozstępy. Dziękuję mamo Visage i żałuję, że nie ma więcej kobiet, które odważyłyby się pokazać jak to może wyglądać (chociaż nie musi!). Dzięki Michelle poczułam, że należę do elitarnego klubu, w którym jest ona sama.
Post udostępniony przez Michelle Visage (@michellevisage)
2. Nie wyśpisz się na zapas

Wszyscy znajomi, rodzina, krewni i nie-krewni powtarzali "wyśpij się póki możesz". Bo wiadomo, przecież przy dziecku się nie wyśpisz, wiemy to wszyscy i jest to punchline zbyt wielu durnych komedii. Nie wiem jak będzie u ciebie, czy u kogokolwiek innego, ale więcej wysypiam się z dzieckiem niż będąc w ciąży. Pomyślicie pewnie, że przeszkadzał mi brzuch. Tak, to jest jedna z przyczyn. Ale do tego dochodzi budząca w nocy i nie dająca zasnąć zgaga, skurcze przepowiadające, ruchy dziecka (tak, one nie są tylko urocze, czasami bolą jak cholera!), wycieczki do kibla (dobrze, że zainwestowałam w tandetne kolorowe światełka do muszli z Chin - myślałam, że tę decyzję podjęło moje wewnętrzne dziecko, ale okazała się bardzo dojrzała) oraz temperatura. Tak, będzie wam gorąco. Bardzo gorąco. W środku zimy kazałam otwierać w sypialni okna na przestrzał, ku "uciesze" mojego męża, który zaczął spać pod dwoma kołdrami. Wstawanie do dziecka, nawet co godzinę, czy też czuwanie przy nim kiedy śpi z wami w łóżku (tak, dobrze słyszycie, dzieci nie zawsze, a nawet rzadko, sypiają długo w swoim łóżeczku, które tak pięknie dobrałyście do ich bardzo instagramowego kącika!) to przy spaniu w ciąży dla mnie pikuś.

3. Wszyscy będą chcieli dotknąć twojego brzucha, a część ludzi będzie to robiła bez pytania, jakby nie była to już część ciebie. I - o dziwo - będzie ci to przeszkadzać.

Wyobrażasz sobie, jakie to będzie słodkie, jak pozwolisz koleżankom i kolegom dotknąć swojego brzucha, żeby poczuli jak dziecko kopie? Po pierwsze - obecność ludzi, którzy akurat chcą poczuć kopniaczka i rzeczone kopniaczki prawie nigdy się nie zgrają. Po drugie, nawet jeśli dziecko nie wierzga, wielu ludzi będzie cię traktowało jak totem. Znacie na pewno te rzeźby z zagranicznych i polskich miast z wytartymi częściami ciała, bo tam je trzeba pomacać na szczęście. Taką rzeźbą staniesz się ty. Oczywiście nikt ci nie powie, że robi to na szczęście, tak naprawdę nikt ci nie powie w ogóle po co to robi, ani nie zapyta czy sobie tego życzysz. Prawdopodobnie ci ludzie sami nie wiedzą czemu to robią. To jak odruch bezwarunkowy. O ile naprawdę bliskim można to wybaczyć, o tyle nauczysz się swojego własnego odruchu bezwarunkowego stopowania cudzej ręki, kiedy będą ją wyciągać ci mało tobie życzliwi. 

4. Istnieją dolegliwości, o których nie masz zielonego pojęcia

Jest ich mnóstwo, ale ponieważ nie jestem lekarzem i piszę tylko ze swojej wąskiej perspektywy napiszę tylko o sobie. Mnie dopadła odwapniająca się miednica. Wciąganie w siebie solidnych porcji wapnia niewiele pomagało. Najbardziej pomagał odpoczynek w pozycji półleżącej, bo siedzenie prosto przez kilka godzin też sprawiało ból. Kroki sprawiały ból. Stanie sprawiało ból. Możesz pomyśleć, że perspektywa 2-3 miesięcy na kanapie z Netflixem brzmi dobrze. Brzmi póki naprawdę na tej kanapie nie zasiądziesz i nie zaczniesz się nudzić.


5. Poranne mdłości wcale nie są poranne i wcale nie jest fajnie, jeśli nie kończą się wymiotami

Nie wiem, kto wymyślił określenie poranne mdłości. Zwłaszcza chodzi mi o człon "poranne". U mnie przez pierwszy trymestr były one raczej całodzienne. W dodatku w ogóle nie wymiotowałam, więc nie spotykało mnie żadne uczucie ulgi. 

6. Jakąkolwiek decyzję w sprawie pracy w ciąży podejmiesz, znajdzie się ktoś, kto będzie ją kwestionował

Chciałam chodzić do pracy w ciąży jak najdłużej. Przed zajściem w ciążę myślałam, że przed porodem to pewnie wystarczą jakieś dwa tygodnie wolnego. Jednak jak wspomniałam moja miednica postanowiła nie dać mi żyć. Lekarz zaordynował, że chodzenie do pracy musi skończyć się dużo wcześniej, gdzieś w początkach trzeciego trymestru. Zastosowałam się więc do jego zaleceń, co większość ludzi w pracy, czy też poza pracą, przyjęła zupełnie neutralnie. Znalazły się jednak wyjątki, czyli ci, którzy twierdzili, że robię to za późno albo za wcześnie. Niektórzy pytali, czemu nie poleciałam na zwolnienie od razu po zobaczeniu dwóch kresek na teście. Inni patrzyli krzywo i komentowali, że trochę wcześnie idę na te swoje "wakacje" (tak wiem, śmiechu warte). Także jakkolwiek nie zrobisz - źle zrobisz. A tak naprawdę to powinna być tylko decyzja twoja i lekarza. Czasem trzeba iść na zwolnienie od razu, inni mogą pojechać z pracy na porodówkę. I żadnego z tych wyborów nikt nie powinien podważać. Dla mnie słuchanie, że idę się lenić było jak wbijanie szpil w psychikę, bo czułam, że ciało odmawia mi posłuszeństwa i nie mogę robić tego, co szczerze chciałabym robić, a do tego było to kwestionowane. 

7. Nie dość, że nie jesz za dwoje, to jeszcze nie jesz w ogóle tak jakbyś chciała

Myślisz ciąża, widzisz siebie w pieleszach wcinającą nutellę proste ze słoika. Na śniadanie. I na obiad. I w sumie też na kolację. Nic bardziej mylnego. Okazuje się, że lista tego, czego nie możesz jeść jest strasznie długa. W kuchni zaczyna się lawirowanie i kombinowanie. A nutella i batoniki? Spoko, ale pamiętaj, że nie jesz za dwoje tylko na dwoje. Najlepiej jak najzdrowiej, bo jak nie, to może cię dopaść cukrzyca ciążowa. U mnie każde jedzenie zaczynało się od wujka google. "Ryby a ciąża", "herbata a ciąża", i tak dalej. I nawet jeśli część źródeł wydaje się podejrzana, będziesz im wierzyć. Na wszelki wypadek. 

8. Niektórzy, mimo deklaracji, że nie znikniesz z ich życia, zaczną cię olewać

Tak po prostu będzie. Nagle nie zobaczysz jakiegoś zaproszenia na imprezę. Innym razem komuś nie uda się dostosować do tego, że nie przemieścisz się zbyt daleko. Stopniowo będziesz wchodzić w etap bycia matką, kiedy o życie towarzyskie będzie jeszcze trudniej. Ale pamiętaj - jeśli ktoś naprawdę chce, to w twoim życiu zostanie i nie da się z niego wykurzyć. Ja na szczęście mam wiele takich ludzi. 

9. Zrezygnujesz z rzeczy, z których nigdy w życiu byś nie zrezygnowała

Jak pisałam w moim poprzednim wpisie ja zrezygnowałam z co najmniej kilku naprawdę fajnych koncertów, które to wcześniej były moim życiem. Zrezygnowałam z pięciu herbat dziennie, bo podobno wypłukują cenne mikroelementy. I z kilku innych rzeczy. 

10. Twój brzuch to prowokacja do cudzych opinii

Trochę już tutaj o tym napisałam. Będziesz więc słyszała, że masz się wyspać, mimo że nie możesz spać. Będziesz słyszała, że masz ubierać to czy tamto, robić to czy tamto, pracować tyle, a tyle. Ktoś ci będzie wmawiał, że spodziewasz się bliźniaków, chociaż doskonale wiesz, że nosisz jedno dziecko, ale widocznie metoda na oko jest lepsza niż USG. Ktoś inny skomentuje twoją dietę albo uda. Miliard razy usłyszysz, że jesteś gruba - tak, gruba, nie duża, okrągła, ciężarna, wstaw tu jakiekolwiek określenie, które będzie brzmiało dobrze. Niektórzy po prostu będą ci mówić w twarz, że jesteś gruba i czekać aż się uroczo uśmiechniesz i podziękujesz za komplement. Zresztą może seria absurdów, które usłyszałam nosząc syna pod sercem to temat na kolejny wpis? A i jeszcze jedno - liczba tych złotych przemyśleń tylko się zwiększy jak już urodzisz.
Czytaj dalej »

piątek, 25 maja 2018

Matka Polka stojąca

1
Miałam małą przerwę w blogowaniu, która była spowodowana głównie końcówką mojej pierwszej ciąży i tym co się w związku z tym dzieje, czyli porodem i nowym współlokatorem. Współlokator zaczął już jednak więcej drzemać w ciągu dnia, a ja postanowiłam powspominać jak to było, jak jeszcze mieszkał w swojej dawnej chałupie, czyli mojej macicy.

Zdjęcie: Paulina i Tomasz - Duet Fotografów
Na wszelakich stronach, blogach i fanpejdżach o macierzyństwie temat ustępowania miejsca kobietom w ciąży czy przepuszczania ich w kolejkach jest dość gorący. Z jednej strony włosy się jeżą na historie o nazywaniu kobiet roszczeniowymi "krowami", z drugiej niektórzy chętnie wychwalają rycerskość Polaków, którzy kobiety w ciąży mają niby traktować niczym królowe. Obserwując swój powiększający się brzuszek czekałam więc tylko aż przede mną rozwinie się czerwony dywan, a nasi wspaniali polscy mężczyźni będą zrywać się z miejsc na mój widok.

Na początku podkreślę, że nie każdej kobiecie w ciąży miejsce siedzące w autobusie czy szybsza obsługa w kolejce jest potrzebna każdego dnia. Jak i inni ludzie mamy lepsze i gorsze dni, niektóre z nas przechodzą ciąże bardzo łagodnie (jak moja koleżanka z porodówki, która do ostatnich dni przed godziną zero pracowała na budowie), inne - wyjątkowo ciężko. Problem w tym, że nigdy nie wiecie, która kobieta w ciąży wam się trafi. A niektóre mogą mieć naprawdę poważne problemy zdrowotne, czy też chociaż są pewne że ustoją tę godzinę w tramwaju, to zachwieją się przy zakręcie, upadną i nieszczęście gotowe. Nie warto więc ryzykować.

Mogę mówić tylko ze swojego doświadczenia. Jakoś do połowy ciąży było w miarę ok jeśli chodzi o moją mobilność i wytrzymałość. Później, z powodu, jak się dowiedziałam, zbyt dużego obciążenia miednicy (ostatecznie mój najdroższy klusek urodził się ważąc prawie 5 kilo), każdy krok okupowałam bólem. Dlatego wszelkie wyjścia z domu w ostatnim trymestrze starałam się skracać, pod koniec zrezygnowałam ze wszystkiego (również moich ukochanych koncertów), zrezygnować musiałam też z komunikacji miejskiej. Sama nie mam samochodu, więc każde wyjście z domu było wielką operacją. Jednak musiałam to robić dla dobra swojego i dziecka, bo moje dotychczasowe doświadczenie wskazywało, że prawie nikt inny o tym nie pomyśli.

Zacznijmy od od tego, że przez całą ciążę nie spotkałam w busach, tramwajach i kolejkach żadnego z tych, rzekomo licznych, polskich rycerzy. Wszyscy ludzie, którzy kiedykolwiek ustąpili mi miejsca byli kobietami (nie mówię tu, że tylko faceci mają miejsca ustępować, zwracam się głównie do nich właśnie z tego powodu, że to oni sprawę olali). I to bardzo często kobietami, którym również to miejsce się należy. Jedna starsza pani widząc mnie wstała, podczas kiedy czterech panów na oko około 40-50 spokojnie siedziało na miejscach oznaczonych jako te dla osób bardziej potrzebujących. Kiedy usłyszeli moją konwersację z emerytką (bo przecież przekonywałyśmy się nawzajem, że to ta druga bardziej potrzebuje tego miejsca) wszyscy nagle, zsynchronizowani niczym najlepsza drużyna pływacka spojrzeli w stronę Wisły i tacy zauroczeni jej pięknem pozostali do końca podróży. Wtedy się okazało, że jednak nie są magicznie przyspawani do krzeseł i potrafią wstać. Nawet oznaczeni znakiem "Polska" polscy rycerze pewnego dnia w metrze zdawali się widzieć bardzo ciekawe formy skalne za oknami, bo nie zauważyli że stoję na środku wagonu. Ja, matka Polka, między, dosłownie, samymi kibicami wracającymi z meczu na Narodowym. Szara i niewidoczna na tle biało-czerwonego wagonu.

Nie ma większego sensu opisywać każdej sytuacji w tym stylu, która mi się przytrafiła, ale uwierzcie mi - nie było ich mało. Nie chcę też zbytnio narzekać, bo poza przeciążoną miednicą wiele w mojej ciąży mi nie doskwierało. Chcę tylko powiedzieć, że niektóre kobiety mają gorzej. Dla nich naprawdę małe potknięcie albo dłuższa chwila na nogach może oznaczać tragiczne konsekwencje. I warto, żeby stały się widoczne. Żeby te wszystkie deklaracje o obronie polskich kobiet, a zwłaszcza tych w ciąży, przez szlachetnych polskich mężczyzn stały się po prostu prawdą. Wielu z was zapewne wie jak się w takich sytuacjach zachować i nie udaje, że nie ma oczu. Moje doświadczenie wskazuje jednak, że wciąż nie jest was wystarczająco dużo, aby mówić o wspaniałej pozycji matki w naszym społeczeństwie.

A po ciąży zaczyna się karmienie piersią. I nagle stajesz się bardzo widoczna. Nagle szyja ludzka nie działa, nie to co wtedy, kiedy trzeba było spojrzeć na Wisłę. To dopiero jest niesamowite! Ale to temat na zupełnie inny wpis...
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia