Pokazywanie postów oznaczonych etykietą karmienie piersią. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą karmienie piersią. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 sierpnia 2019

Zadbaj o siebie po porodzie!

7
Jakiś czas temu na Instagramie trafiłam na hasztag #jestemmamądbamosiebie. Wiele z postów pod tagiem to zdjęcia pięknych włosów, świeżo zrobionych paznokci, ale na szczęście znajdują się też inne - chwila dla siebie, okresowe badania. Niemniej znalezienie tego trendu skłoniło mnie do zrobienia listy tego, co każda kobieta powinna zrobić, aby zadbać o siebie po porodzie. I nie jest to utrata wagi, makijaż, krem na rozstępy albo nowa sukienka (chociaż oczywiście, jeśli tego potrzebuje, to droga wolna).



1. Fizjoterapia 

Rozpoczęcie fizjoterapii to w kontekście dbania o siebie absolutnie najlepsza rzecz, jaką zrobiłam dla siebie po porodzie. Sama nigdy w życiu nie wpadłabym chociażby na to, że mam rozejście mięśni brzucha. Fizjo pomogła mi dojść do siebie fizycznie, ale też nauczyć się dobrych nawyków na przyszłość - co ćwiczyć samemu, czego mi już robić nie wolno (np. brzuszków, czy podnoszenia ciężarów i jakoś z tego powodu płakać nie będę), czy też jak wykonywać codzienne czynności tak, aby nie pogorszyć swojego stanu - np. odpowiednio podnosić ciężkie przedmioty. Przy okazji polepszył się nieco wygląd mojego brzucha - wspominam o tym, bo dla niektórych może być to jedyna motywacja, aby zrobić coś dla swojego zdrowia. Wciąż mało mówi się o fizjoterapii po porodzie, darmowe konsultacje ze specjalistami w dziedzinie nie są dostępne w większości szpitali, nie usłyszymy o tym w każdej szkole rodzenia (chociaż akurat w mojej były o tym całe zajęcia!). A mogłoby to znacznie poprawić poporodowe życie milionów kobiet - bo zdecydowana większość ciąż jeśli nie sieje spustoszenia w naszym ciele, to zostawia na nim jakieś ślady. Przy tym te, których nie widać, są bardziej niebezpieczne i jednocześnie mamy większą skłonność do ich olewania.    

2. Pomoc psychologa/psychiatry

Poród i początki macierzyństwa to dla wielu kobiet trudne doświadczenie. Czasami oprócz baby bluesa pojawia się depresja poporodowa, czasami na światło dzienne wychodzą zupełnie inne, zapomniane i ukryte w podświadomości problemy, które wymagają pomocy specjalisty. Dziecko i bycie matką mogą w nas obudzić różne rzeczy, o których nie zdawałyśmy sobie sprawy. Jeśli tylko borykasz się z jakimkolwiek problemem czy ciężarem natury psychicznej, to nie myśl, że jesteś dziwna, że to wstyd i że nie masz prawa do takich uczuć. Po prostu poproś o pomoc psychiatrę lub psychologa - możliwe, że rozwiążesz nie tylko aktualne problemy. I pamiętaj - macierzyństwo to nie tylko radość w odcieniach pasteli z Insta. To też trudne uczucia, które ma wiele z nas (sama takie miałam i miewam!). Jeśli szukasz jakiegoś remedium na instagramową mamową słodycz, to serdecznie polecam konto psycholożki Joanny @omatkodepresja, które pełne nie tylko wsparcia i rad, ale też historii kobiet takich jak ty.



3. Codzienna pomoc (od kogokolwiek)  

Ja wiem, że to się powtarza wam po sto razy, ale jeśli tylko możecie to naprawdę proście o pomoc. W domowych obowiązkach, w opiece nad dzieckiem, w zrobieniu jedzenia, w czymkolwiek. A już zwłaszcza partnerów, ojców dzieci (jeśli są w waszym życiu), bo to z ich strony nie jest "pomoc", tylko takie same obowiązki jak wasze - to też ich dziecko, to też ich dom! Takie stwierdzenie naprawdę nie powinno być rewolucyjne. Jeśli nie ma partnerów, odzywajcie się do rodziny, przyjaciół, poproście mamę o obiadki, a tatę o starcie kurzy, siostrę o spacer z dzieckiem, brata o umycie łazienki, przyjaciółkę o chociażby chwilę rozmowy z dorosłym. Proszenie o pomoc to nie jest żaden wstyd - kiedyś dzieci wychowywały całe wioski, a nie jedna kobieta, która poza dzieckiem ma też na głowie cały dom oraz swoje własne życie.

4. Coś dla siebie 

A jak już poprosicie kogoś o pomoc - zróbcie coś dla siebie. Co chcecie. Poczytajcie książkę. Pośpijcie. Wyjdźcie z domu. Zapiszcie się na jakieś zajęcia (ja na przykład w drugiej połowie macierzyńskiego wróciłam do nauki włoskiego). Obejrzyjcie film. Cokolwiek sprawi, że poczujecie, że jesteście wciąż "dawną sobą".



5. Badania i ogólnie pojęte dbanie o zdrowie

Jestem trochę hipokrytką pisząc o tym, że powinnyście zrobić wszystkie konieczne badania, bo sama olałam trochę tę sprawę. Ale może to będzie lekcja dla innych. Ciągle odkładałam wizytę u dentysty, bo wciąż było coś ważniejszego, bo dziecko, bo to, bo tamto. Ostatecznie ból stał się nie do zniesienia i musiałam się z nim borykać aż do wizyty, którą umówiłam dopiero, kiedy już nie mogłam wytrzymać. Tak więc nie odkładajcie zdrowia na potem. Odwiedźcie ginekologa po porodzie, zróbcie wszystkie potrzebne badania krwi, badajcie się regularnie, jeśli coś was boli - chodźcie do lekarza. Nawet jeśli musicie iść z dzieckiem do gabinetu. I pamiętajcie, że wielu leków możecie używać przy karmieniu piersią - możecie to sprawdzić na stronie e-lactancia, odezwać się do Laktaceuty, a w sprawie wielu popularniejszych, jak np. znieczulenie u dentysty, możecie się poradzić na stronie polskiej guru laktacji, czyli Hafiji.

6. Dobre jedzenie 


Przy małym dziecku brakuje często czasu na jedzenie, a co dopiero na gotowanie. Ale musicie jeść, żeby nie zemdleć, co może zwyczajnie stanowić niebezpieczeństwo dla was i dziecka. Dlatego poproście kogoś o gotowanie, postawcie na zamawianie żarcia, zamroźcie sobie trochę żarełka na czarną godzinę (wszystkie wymienione tu rzeczy robiłam też ja). A jeśli karmicie piersią to pamiętajcie, że nie ma diety matki karmiącej i nie głodźcie się bez sensu (tu ponownie polecam wam Hafiję).


7. Sen  


Oprócz dobrego jedzenia warto pamiętać o śnie. Rada "śpij wtedy, kiedy śpi dziecko" jeśli tylko jest możliwa do zrealizowania (np. nie macie jeszcze drugiego dziecka albo mnóstwa obowiązków, które musicie zrobić - ale polecam ODPUSZCZANIE, bo brudna podłoga was nie zabije, a niedobór snu - może) to jest złotą radą. Jeśli mieszka z wami ojciec dziecka niech pomaga w nocy albo nad ranem przejmuje na chwilę dziecko, abyście mogły dospać (tak na przykład co rano robi mój mąż). Macierzyństwo wiąże się nieodzownie z małą ilością snu, ale jeśli tylko możecie - zwiększajcie jego ilość. O śnie swoim i dzieci poczytacie u Magdaleny Komsty.

8. Doradczyni laktacyjna

To rada na koniec, bo tylko dla mam, które chcą karmić piersią, a wiem, że nie są to wszystkie mamy. Jeśli chcecie, karmicie, a macie jakieś problemy to zgłoście się do doradczyni - w szpitalu lub prywatnie.  Możliwe, że rozwiązaniem waszych problemów jest jakaś drobnostka i nie będzie wcale konieczne rezygnowanie z karmienia, jeśli wam na nim zależy (powiem więcej - najczęściej jest tak, że rezygnować nie trzeba!). Sama też byłam u doradczyni laktacyjnej po około dwóch miesiącach macierzyństwa i żałuję, że nie zrobiłam tego wcześniej - skąd w końcu miałam wiedzieć sama, że moje piersi mają nabudowane gruczoły mleczne po bokach i najlepszym rozwiązaniem dla nas będzie karmienie w pozycji "spod pachy"? Tego nie podpowiedziała mi jakoś matczyna intuicja. Przyrosty dziecka ruszyły wtedy jak z kopyta, ja byłam spokojna, że zrobiłam wszystko, co się da, a dziecko zaczęło lepiej sypiać.


Powyżej opisane przykłady wynikają głównie z moich własnych doświadczeń. Jak zawsze - każda mama jest inna, co więc ty dopisałabyś do tej listy?
Czytaj dalej »

sobota, 8 czerwca 2019

Mama wraca do pracy - moje doświadczenia

0
Powrót do pracy przez jakiś czas spędzał mi sen z powiek. Jak mój syn sobie beze mnie poradzi, czy uda mi się dalej karmić piersią? Czy u mnie samej nie pojawią się jakieś trudne emocje? Momentami bałam się ogarnięcia tego tak bardzo, że myślałam, że mój powrót się nie uda. Ale na początku kwietnia, rok od porodu, udało się i to właściwie bez większych problemów. Wiem jednak, że lęk dotyczący powrotu do pracy dotyczy nie tylko mnie, ale wielu innych mam, dlatego postanowiłam podzielić się swoimi doświadczeniami w nadziei, że w ten sposób dodam wam trochę otuchy.



Na początek muszę napisać, że mam to szczęście, że jedna z babć Kartofelka, a moja mama, nie pracuje zawodowo i mieszka w tym samym mieście, co my. Nie musieliśmy więc w ogóle myśleć o żłobku, na którego uniknięciu z powodu kilku kwestii nam zależało. Dodam też, że nie wróciłam do pracy po roku na pełny etat z różnych przyczyn, nie jestem więc bez dziecka codziennie.

Twoi ludzie na miejscu

To, co dla mnie okazało się najbardziej kluczowe w bezproblemowym powrocie do pracy to posiadanie na miejscu swojego człowieka.

Na początku nie wydawało mi się to aż tak istotne, kiedy moje pracowe przyjaciółki starały się ustawić swoje grafiki tak, abym zastała je w biurze, kiedy pojawię się w nim pierwszego dnia po powrocie. Jednak kiedy już przyszłam do pracy dziękowałam mojej przyjaciółce Martynie (tak, jesteśmy imienniczkami) za to, że była obok mnie. Że wiedziałam, że gdyby coś nie szło, to mogę się do niej zwrócić, zagadać, poprosić o każde wsparcie. Więc jeśli tylko macie taką możliwość, to polecam poprosić kogoś, kogo szczególnie w pracy lubicie, aby tego dnia się pojawił. Nawet jeśli nie będziecie potrzebować żadnej faktycznej pomocy to sama obecność kogoś bliskiego daje poczucie bezpieczeństwa. Jeśli w waszej pracy ogólnie panuje przyjazna atmosfera (sama mam to szczęście) to i tak fajnie mieć na miejscu tę najbliższą osobę, z którą rozumiecie się też na pozapracowym gruncie.

Co z drzemkami?

Przejdę do tego, co zazwyczaj najbardziej interesuje mamy, czyli - jak poradzi sobie dziecko? W moim przypadku odpowiedź brzmiała - świetnie. Już wcześniej Kartofelek zostawał na kilka godzin sam z tatą, ma też dobrą więź ze swoją babcią. Zanim moja mama została z nim sama wspomógł ją tata Franka, potem już zostawała na całe dnie z Kartofelkiem bez większych problemów. Okazało się nawet, że nielubiący wózka Franek akceptuje go bardzo długo w obecności babci (o czymś podobnym w swojej książce "Mocno mnie przytul" pisał zwolennik rodzicielstwa bliskości i pediatra Carlos Gonzalez - wspomina on, że starszaki nieraz mniej chcą być brane na ręce przy dziadkach, ponieważ dzieci nie są głupie i wiedzą, że osoby starsze nie mają tyle samo siły, co rodzice).

Martwiłam się co będzie z drzemkami Franka, które do tej pory odbywał albo przy piersi (bądź w stosunkowo niedalekiej odległości od niej) albo w nosidle. Moja mama nie mogła skorzystać z żadnej z tych możliwości. Okazało się, że było dokładnie tak, jak nie raz czytałam na mamowych grupach - dziecko wypracowuje sobie sposób zasypiania inny dla każdego opiekuna. Mama usypia przy piersi, tata w nosidle, babcia kołysze na rękach i śpiewa. Na początku, wiadomo, zasypianie było ciut trudniejsze, ale szybko nauczył się usypiać przy babci w zupełnym spokoju. Nigdy nie było z tego powodu histerii, wielogodzinnego płaczu, raczej kilka minut marudzenia.

I co ważne - kiedy jestem w domu Kartofelek nadal z powodzeniem zasypia przy piersi, na czym mi samej zależało, bo jest to wygodniejsze dla mnie niż noszenie :). 

Co z karmieniem piersią i BLW?

Po roku karmienie piersią przestaje być karmieniem na żądanie. Kartofelek co prawda jadł już sporo w ramach rozszerzania diety kiedy wróciłam do pracy, ale nadal dość często korzystał z mleka mamy, miałam więc obawy o to, jak poradzi sobie z tak długą przerwą.

Ponownie okazało się, że i tu sprawdziły się rady z internetowych grup dla mam - dziecko rozumie, że nie ma mamy - nie ma mleka. 

Tylko pierwszego dnia Kartofelek był nieco marudny, bo wcześniej nigdy nie był aż tak długo bez mamy i bez mleka, ale dzielnie jadł pokarmy stałe. Przez pierwsze kilka dni wyraźnie było widać, że zaczyna mieć większy problem po okołu siedmiu godzinach nieobecności mamy. Dlatego godzina na karmienie, która należy się mamom pracującym jest naprawdę ważna. Franek potem zaczął bardziej cierpliwie czekać na mój powrót (dzieci naprawdę są mądre i rozumieją, że mama wróci), ale ewidentnie widać, że potrzebuje mleka, po które zawsze zgłasza się od razu po moim powrocie.

Jeśli chodzi o cycki, to nie zauważyłam większych problemów. Przez pierwsze kilka dni bolały mnie nieco piersi, ale nie miałam potrzeby odciągania. Cycki szybko dostosowały się do nowych warunków, a laktacja nadal pięknie się utrzymuje.

Rozszerzamy dietę metodą BLW, o czym wcześniej pisałam. Jak wiadomo, często starsze pokolenie się tej metody boi, nawet jeśli dziecko ma rok. Moja mama bała się na samym początku rozszerzania diety, kiedy Franek miał 6-7 miesięcy, ale potem obserwowała go i przestała się obawiać. Jednak ze względu na jej lęk o Franka zawsze konsultujemy jego posiłki i nie zostawiamy mu takiego jedzenia, które jest szczególnie trudne, żeby mama mu je podawała. Nadal je kawałki, nadal je wszystko. Mama też przekonała się w te kilka miesięcy zostawania z Kartofelkiem, że naprawdę radzi sobie on z jedzeniem doskonale i jest coraz bardziej spokojna i otwarta.

Emocje mamy

Tak, kiedy pierwszy raz wyszłam za drzwi, żeby pojechać do biura, czułam się dziwnie. Tak, dzwoniłam po tysiąc razy pierwszego dnia, a potem wtedy, kiedy babcia po raz pierwszy została z wnukiem sama. Ale dość szybko ograniczyłam się do dwóch lub jednego telefonu do mamy dziennie. Ufam, że wie co robi. Oczywiście czasem połączeń jest więcej, bo babcia dzwoni z pytaniami do mnie, ale nie przeszkadza to w pracy, bo zdarza się stosunkowo rzadko.


Tak, bywają dni trudniejsze. Kiedy dziecko przyczepia się do twojej nogi i nie chce puścić, kiedy akurat przed twoim wyjściem wywróci się i płacze. Ale jak we wszystkim co robimy podchodzimy do emocji Franka i własnych z szacunkiem. Tłumaczymy mu co się dzieje, że mama wróci po pracy i będzie to np. po obiedzie, przed kolacją. Tata lub babcia biorą go na ręce, żeby mógł pomachać mamie na do widzenia. Czasem w trakcie pracy robię przerwę i minutkę lub dwie rozmawiam z synem przez telefon - podobno bardzo się cieszy, kiedy dzwoni mama, co mnie rozczula, a jemu pomaga w rozłące.

Ale ogólnie oboje znosimy moje wyjścia do pracy całkiem nieźle. Powiedziałabym nawet, że i mi, i Kartofelkowi ta zmiana w naszym życiu zrobiła dobrze. Czas i przestrzeń osobno okazały się mieć wiele plusów.

W tym miejscu chcę jednak podkreślić, że każda para mama i dziecko jest inna. Nie każda mama może wrócić do pracy, nie każda mama chce wrócić do pracy i to jest zupełnie ok - praca zawodowa to nie jest jedyny sposób w jaki można się realizować chociaż mam wrażenie, że wiele osób często o tym zapomina (może to materiał na kolejny post). Nie każdy będzie mieć te same problemy, czy też brak problemów związanych z powrotem do pracy. Zdaję sobie sprawę z moich ogromnych przywilejów, takich jak na przykład chętna do pomocy babcia, przyjazne miejsce pracy, czy partner z możliwością pomocy.

Ja opisałam tylko to, co mogę, czyli to, co znam z autopsji - i mam nadzieję, że jakoś pomoże to mamom w podobnej sytuacji albo chociaż odnajdą tu dla siebie jakieś interesujące fragmenty.


Czytaj dalej »

niedziela, 14 kwietnia 2019

Rzym z niemowlakiem - moje doświadczenia

2
Kiedy byłam w ciąży miałam ambitny plan, że pod koniec urlopu macierzyńskiego wybierzemy się całą rodziną do Australii, którą zawsze chciałam odwiedzić. Urodziny dziecka zweryfikowały jednak nieco moje plany - przede wszystkim dlatego, że objazdowa wycieczka po Australii wymaga gigantycznego planowania, na które po prostu przy wymagającym niemowlaku nie miałam czasu. Zdecydowaliśmy więc, że wybierzemy jakieś inne miejsce, które musiało spełniać kilka kryteriów: jest w miarę blisko (kilka godzin lotu max), jest bezpieczne (np. jeśli chodzi o dostępność opieki zdrowotnej), nie wymaga dużego planowania, nigdy w nim nie byliśmy, jest atrakcyjne w marcu, kiedy nie jest jeszcze zbyt ciepło. W ten sposób wybraliśmy Rzym (blisko, bezpiecznie, bez planowania można nawet przypadkiem mnóstwo zobaczyć, w marcu kilkanaście stopni to dobra temperatura do zwiedzania miasta, a nadal nieco przyjemniej niż w tym samym czasie w Polsce). Był jeszcze dodatkowy atut - uczę się włoskiego, więc byłaby okazja poćwiczyć. No i Kartofelek ma na imię tak samo jak papież (wiem, że papież nie ma na imię Kartofelek, chodziło oczywiście o Franka).

Lot 

Oczywiście bardzo bałam się samego lotu - miał to być pierwszy lot samolotem Kartofelka, z którym przejazdy samochodem przypominały mniej więcej tortury. Bałam się, że zdecydowanie wygra konkurs na najbardziej denerwujące dziecko w samolocie, a przede wszystkim, że będzie mu z tym lataniem źle. Okazało się, że było dokładnie odwrotnie. Oba loty był spokojny, bawił się i sam zgłaszał się po cycka przy starcie i lądowaniu, żeby pomóc sobie ze zmianą ciśnień. Doszłam do wniosku, że powinnam latać samolotem codziennie.

Zakwaterowanie

 Tu wydaje mi się, że popełniłam błąd. Kiedy rezerwowałam miejscówkę w Rzymie (jak zawsze przez Airbnb) nie spodziewałam się, iż Franek mając 11 miesięcy będzie już chodził i miał bardzo silną potrzebę eksploracji przestrzeni na dwóch nogach. Nie pomyślałam więc, że apartament, w którym na podłodze wszędzie są twarde płyty nie będzie najlepszym rozwiązaniem. Miał on za to inne plusy - udogodnienia w postaci łóżeczka, wanny, wysokiego krzesełka, gospodarz proponował nam też zabawki (ale zabraliśmy i tak własne). Poza tym był blisko wszystkich atrakcji (na Zatybrzu), a na tej samej ulicy znajdował się szpital dziecięcy, co dawało mi spokój w razie gdyby coś złego się stało. Na szczęście poza chwilową chorobą młodego, którą zwalczyliśmy domowymi sposobami i cycem, nic niedobrego się nie wydarzyło.

Atrakcje - co było spoko

Najlepsze atrakcje to były te, gdzie było mało ludzi i mało bodźców. Sprawdziły się wiec spacery po mieście, ogrody botaniczne, parki, mało zatłoczone place (np. plac św. Piotra rano przed Aniołem Pańskim z papieżem), okolice Largo di Torre Argentina (obserwowanie kotków bardzo absorbowało uwagę Kartofelka), bazylika św. Jana na Lateranie, a także Muzea Kapitolińskie.

Ogród botaniczny


Dzień w Muzeach Kapitolińskich był w ogóle chyba naszym najlepszym dniem. Nie wiem czemu, ale turystów wielu tam nie ma, a sztuka pokazywana jest oszczędnie (nie tak jak w Gallerii Borghese, gdzie jest rzeźba na rzeźbie, a ze ścian kapie złoto). W dodatku głównie jest to sztuka antyczna, więc kolory są neutralne. Franek zwłaszcza upodobał sobie oglądanie popiersi, ponieważ, jak wiadomo, niemowlaki kochają twarze. Na każdą kolejną wskazywał dłonią i wydawał dźwięki zachwytu. Mieliśmy też okazję do chwili relaksu w restauracji oraz zaczerpnięcia świeżego powietrza na muzealnym tarasie. Kartofelek mógł też eksplorować na terenie muzeum w większych salach ;).

Muzea Kapitolińskie

Muzea Kapitolińskie

Muzea Kapitolińskie

Atrakcje - co nie było zbyt spoko

I dla mnie i dla Kartofelka zdecydowanie najgorszą atrakcją Rzymu była Galleria Borghese (aczkolwiek park wokół niej był bardzo przyjemny!). Zatłoczona mała przestrzeń, gdzie zdobienia i złoto pokrywały podłogę, ściany, sufit i jeszcze trochę przestrzeni pomiędzy. Franek bardzo szybko uległ przebodźcowaniu i wpadł w histerię, ja również czułam się zmęczona. Miłym akcentem było to, że pani pilnująca eksponatów użyczyła mi swojego krzesła, abym mogła nakarmić płaczące dziecko (myślicie, że w Polsce byłoby podobnie?).

Galleria Borghese


W Watykanie w ogrodach podobało się nam wszystkim (znowu - spokój, cisza, świeże powietrze), gorzej zaczęło się robić we wnętrzach. Po tym jak Kartofelek narobił swojego BLW-bałaganu w watykańskiej knajpie ruszyliśmy na zwiedzanie i prawie od razu bodźców zrobiło się za dużo, a histeria osiągnęła taki poziom, że czekałam tylko aż przyjdzie do nas sam papież, aby uspokajać dziecko. Niestety nie przyszedł, a my po długiej walce zdołaliśmy uspokoić Franka i położyć go spać w nosidle. Wtedy na spokojnie obejrzeliśmy watykańskie wnętrza, które na nas, dorosłych, zrobiły spore wrażenie (poza Kaplicą Sykstyńską, która nie jest w ogóle takim przeżyciem, jakiego można by się spodziewać). Mnie, jako świeżą matkę, najbardziej poruszyła oczywiście Pieta. Jednak w Bazylice świętego Piotra Franek się przebudził i szybko zaczęła się kolejna histeria, którą starałam się ratować karmiąc na marmurowej podłodze kaplicy. Cóż, nie był to najlepszy dzień.

Ogrody watykańskie i przerwa na mleko

Muzea watykańskie

Bazylika św. Piotra i cyce w bazylice


Do takich trudnych atrakcji jak powyższe zalicza się też Panteon.

No i zostają jeszcze atrakcje, które były po prostu takie sobie - nie wpłynęły jakoś negatywnie na Franka, ale jednocześnie nie zachwyciły jego rodziców. Na tę listę wpisuję np. Koloseum (chociaż Forum Romanum było super), schody hiszpańskie oraz Fontannę Di Trevi.

Karmienie w Koloseum
Karmienie na schodach hiszpańskich

Jedzenie, czyli BLW po włosku

Jak wiecie z moich innych wpisów rozszerzamy Kartofelkowi dietę metodą BLW. Myślałam, że sprawi to, iż żywienie na wakacjach będzie bardzo łatwe - nie trzeba zabierać słoiczków albo robić przecierów ani tachać ich ze sobą na zwiedzanie, wystarczy poprosić o coś dogodnego dla dziecka z menu w restauracji i lecimy. Nie było tak pięknie jak to sobie wyobrażałam, bo do roku należy unikać soli i cukru, a takie rzeczy w knajpach wcale nie były takie łatwe do znalezienia. Jednak zazwyczaj udawało się znaleźć chociaż chlebek albo warzywa bądź owoce, nosiłam też ze sobą różne przekąski, kilka razy gotowaliśmy w domu, żebym miała pewność, że chociaż czasem Franek zjadł coś pełnowartościowego. Uspokajałam się tym, że do roku głównym pokarmem dziecka jest mleko i nawet jeśli czegoś nie doje w ramach stałych posiłków, to nie jest to problemem, póki zgłasza się i zjada dużo mleka. Z powodu choroby, a także tzw. kryzysu ostatniego miesiąca, kiedy to dzieci mogą żyć prawie tylko na mleku mamy, cycek i tak królował.

Musy w saszetkach stanowiły łatwą do wzięcia ze sobą przekąskę

Do jedzenia dochodzi jeszcze oczywiście kwestia tego jak na dziecko reagowano we włoskich knajpach. Włosi uwielbiają dzieci i nie przeszkadza im to, że np. wyrażają one emocje albo zachowują się głośno (są w końcu dziećmi!). Kelnerzy sami z siebie zabawiają bobasy, do Franka zwracano się ciągle "szefie" albo "mistrzu". Nie było z reguły problemu z wysokimi krzesełkami, gorzej z przewijakami, których nie uświadczyliśmy prawie nigdzie (rozumiem, że to przez ograniczone możliwości przestrzenne). Nikt tutaj nie pomstuje na dzieci w knajpie tak jak w naszym kochanym kraju nad Wisłą, gdzie na matkę w niedzieciolubnej knajpie spada grad spojrzeń, na fejsie toczą się dyskusje o zakazie wprowadzania "bachorów" do knajp, mądre blogerki wygłaszają tyrady jak to dziecko musi się zachowywać (tak, zwłaszcza niemowlę, które pierwszy raz w życiu widzi restaurację), a matki karmiące muszą bić się w sądach o swoje prawo do nakarmienia własnego dziecka.

Dodam, że Franek w knajpach był z reguły spokojny, czasem trochę narzekał, jeśli zaczynała się histeria to wychodziliśmy z nim na chwilę na zewnątrz, ale do takich sytuacji raczej nie dochodziło. Myślę, że między innymi dlatego, że był on traktowany z szacunkiem (w końcu to też człowiek), przyjaźnią i uśmiechem przez wszystkich wokół, a jego mama była spokojna wiedząc, że nie jest we wrogo nastawionym towarzystwie.

Knajpa Sette Oche

Miejsca z jedzeniem i piciem, które wam serdecznie polecam to:

- Sette Oche na Zatybrzu - nietypowa (a przy okazji przepyszna) kuchnia włoska i fajny klimat
- Trattoria Luzzi przy Koloseum - autentyczna włoska trattoria, gdzie włoska mamma jak ci sypnie ser na makaron, to się spod tego sera nie wygrzebiesz
- Osteria de'Memmo niedaleko Piazza Navona - nieco bardziej eleganckie miejsce, ale nadal kelnerzy byli bardzo otwarci jeśli chodzi o obecność malucha, przywitał go nawet sam szef kuchni. Wokół siedzieli sami lokalsi, a porcje były naprawdę spore
- no i oczywiście Caffe Greco obok schodów hiszpańskich na szybką kawę/czekoladę na stojąco przy barze

Z tego miejsca chcę serdecznie podziękować moim znajomym, którzy część z tych miejsc mi polecili!

Transport, czyli po co ja brałam wózek?

Wzięliśmy ze sobą lekką spacerówkę i nosidło ergonomiczne, ale spacerówka przydała się realnie kilka razy, a głównie służyła do wożenia rzeczy. Franek nigdy nie lubił za bardzo wózka, również we Włoszech wytrzymywał w nim tylko jakiś czas i prędzej czy później lądował w nosidle. Dodatkowo rzymskie drogi nie są za bardzo przystosowane do wózków (bruk, wyboje), więc z wózkiem łatwo nie jest. Jeśli wasze dziecko lubi wózek to weźcie wózek lekki, jeśli lubi tylko czasem - moim zdaniem lepiej odpuścić. Z nosidłem (bądź chustą jeśli wasz maluch jeszcze nie siada) jest całkiem wygodnie, zwłaszcza z takim, w którym można zarzucić dziecko na plecy ;). Ułatwia ono też zwiedzanie w tłumie, a dziecku pomaga się wyciszyć i uspokoić.

Jeśli chodzi o przemieszczanie się ogólnie to Rzym najlepiej (zwłaszcza z dzieckiem) zwiedzać na piechotę. Z metra skorzystaliśmy tylko jadąc do Koloseum i do Bazyliki św. Jana na Lateranie. Zwiedzanie w ten sposób ułatwiał też dobrze wybrany miesiąc, czyli marzec - było już ciepło (codziennie kilkanaście stopni), ale nie za gorąco, a tłumy turystów jeszcze się nie pojawiły (no, tylko trochę).

Nie jest różowo, ale tragedii też nie ma

Na koniec nie będę wam ściemniać, że nasze wakacje były dokładnie takie, jak wcześniej z tą tylko różnicą, że z dzieckiem. Nie nazwałabym ich wypoczynkiem, ale na pewno miłym oderwaniem od codzienności. Może to nasza specyfika, bo zawsze lubiliśmy dużo zwiedzać od rana do nocy i może dlatego wydaje mi się, że teraz wakacje były inne, bo zobaczyliśmy mniej, podczas kiedy inni ludzie nie zauważą różnicy, bo już wcześniej wrzucali na luz. My nadal zobaczyliśmy sporo - codziennie właściwie jakieś duże atrakcje, czasami kilka dziennie, prawie codziennie stołowaliśmy się w jakiejś włoskiej knajpie. Nie było to tyle co zwykle, a dodatkowo byliśmy po prostu zmęczeni - noszeniem, zabawianiem, uspokajaniem i tak dalej. Dlatego nawet nie było nam szczególnie przykro, że wieczory spędzaliśmy w domu, zamiast na mieście (bo o 19 Kartofelek się kąpie i idzie spać, a w Rzymie swoją drogą spał super, bo okiennice sprawiały, że w pokoju panowała idealna ciemność).

Także według mnie wakacje z dzieckiem to nie jest sielanka, którą próbują wam sprzedać niektórzy blogerzy (chociaż może mają dzieci aniołki, a moje po prostu jest wymagające), ale tragedii też nie ma. Nawet powiedziałabym, że jest przyjemnie i interesująco, także nie warto się zrażać i mówić, że nie dacie rady, tylko po prostu przygotować się na różne niedogodności i na to, że nie będzie tak jak zawsze. Ale ta inność niesie też mnóstwo plusów - możliwość odkrywania razem z dzieckiem, pokazywania mu świata, włączania go w swoje życie i zwyczaje.

Podsumowując, kilka porad:

- dajcie sobie czas na prawdziwy odpoczynek - nie każdego dnia trzeba zwiedzać, czasem można po prostu połazić albo nic nie robić
- odpuśćcie czasem - planowaliście na ten dzień coś, ale to coś nie wyjdzie - trudno, posiedźcie w domu, ugotujcie sobie smaczny obiad
- zaakceptujcie, że urlop z dzieckiem nie będzie taki sam jak urlopy przed dzieckiem
- bądźcie elastyczni - czyli gotowi na zmienianie planów w ostatniej chwili, dostosowywanie się do potrzeb dziecka, zatrzymanie się na dłużej bo np. konieczne jest wyciągnięcie cycka, wyskoczenie do domu, żeby dziecko przebrać, bo nigdzie nie ma przewijaka i tak dalej
- ułatwiajcie sobie wszystko jak tylko możecie - za dopłatą można ominąć gigakolejkę? Zróbcie to. Kupując bilety przez internet nie będziecie musieli czekać? Zróbcie to. Możecie mieć ze sobą pomoc? Weźcie ją (my zabraliśmy ze sobą moich rodziców, nie powiedziałabym, że to mocno ułatwiło sprawy, bo nadal większość rzeczy wokół dziecka robiliśmy sami - w końcu to my jesteśmy jego rodzicami, ale to zawsze dodatkowe pary rąk, żeby np. coś ponieść, chwilę spojrzeć na dziecko jak idziecie do łazienki, cokolwiek)

Pozostaje tylko jedno pytanie - kiedy ta Australia? Ktoś kto ma dzieci może polecić jaki wiek jest najlepszy na w miarę bezstresową wycieczkę objazdową w 30 stopniach Celsjusza ;)?


Zdjęcia w tekście: Tomasz Nowosielski
Czytaj dalej »

poniedziałek, 17 grudnia 2018

BLW - oczekiwania versus rzeczywistość

0
Kiedy pierwszy raz usłyszałam o metodzie BLW (w oryginale oznacza Baby-Led Weaning, czyli odstawienie od piersi sterowane przez dziecko, Polacy i Polki skrót rozwijają do Bobas Lubi Wybór) pomyślałam, że to metoda kompletnie nie dla mnie. Tak jak większość osób, które pierwszy raz o niej słyszą, poczułam przerażenie (zadławi się!), a także myślałam, że będzie to mnóstwo roboty - z przygotowywaniem i sprzątaniem. Jak okazało się naprawdę?

Jeden z posiłków Franka - marchewka gotowana, owsianka i jajko na twardo

BLW - z czym to się je? 

Najpierw pokrótce chcę wam napisać czym w ogóle jest BLW, bo może część z moich czytelników spotyka się z tym terminem po raz pierwszy. Jest to metoda rozszerzania diety, która przede wszystkim zakłada, że dziecko karmi się samo, rodzic tylko proponuje posiłki, zaś bobas decyduje co zjada i ile zjada oraz czy w ogóle coś zjada. Nie podajemy więc papek na łyżeczce tylko normalne kawałki jedzenia wygodne do złapania w dziecięcą rączkę (oczywiście nie podajemy produktów niewskazanych dla niemowląt, ale ich lista jest bardzo krótka - m.in. jest to sól, cukier, miód, grzyby - pełną listę znajdziecie w linkach na końcu tekstu). Przed maluchem powinno się znaleźć kilka różnych produktów (żeby mógł wybrać), nie przeszkadzamy, nie pomagamy, nie namawiamy, karmimy kiedy dziecko jest wypoczęte i najedzone (piersią lub butelką), żeby skupiło się na próbowaniu, a nie irytowało dyskomfortem (pamiętajcie - bobas nie rozumie przecież, że jedzeniem może się najeść, więc jeśli nie podacie mu wcześniej mleka to będzie po prostu zdenerwowany i z prób jedzenia nic nie wyjdzie). Po jakimś czasie takiego rozszerzania dziecko może zacząć samo rezygnować z karmień mlekiem na rzecz jedzenia stałego, ale do roku mleko to podstawa diety, a reszta - uzupełnienie.

Taka metoda to wiele korzyści, przede wszystkim dla dziecka - pomaga mu rozwijać umiejętności samodzielnego jedzenia, poznawać różne faktury, konsystencje i smaki (w papkach jest to prawie niemożliwe), radzić sobie z przeżuwaniem, przemieszczaniem pokarmu w buzi, piciem z kubka, a także wspomaga rozwój mowy i integrację sensoryczną. Przede wszystkim jednak tworzy zdrową relację dziecka z jedzeniem - bez zmuszania, walki, rodzicielskich podstępów i tym podobnych. Zmusza rodzica do tego, żeby zaufał dziecku w kwestii tego, czego ono potrzebuje. A to i tak pewnie nie wszystkie korzyści płynące z takiego rozszerzania diety. 

Kiedy już przekonałam się do metody BLW (po przeczytaniu książki, którą polecam wszystkim rodzicom, których czeka rozszerzanie diety, czyli "Bobas lubi wybór"), miałam bardziej określone obawy, jak również oczekiwania, które oczywiście okazały się słuszne lub zupełnie bezpodstawne w starciu z rzeczywistością.

Do BLW nie jest potrzebny żaden talerzyk (może być nawet problematyczny, bo bywa ciekawszy niż samo jedzenie ;))

Zadławi się! 

To chyba obawa prawie każdej osoby, która słyszy o BLW. Ja też trochę obawiałam się, że młody sobie nie poradzi. Obawy te stały się dużo mniejsze po przeczytaniu wspomnianej książki o metodzie (gdzie wyjaśniono między innymi, że odruch wymiotny u dzieci wywoływany jest dużo płycej w jamie ustnej niż u dorosłych), ale jednak zostały. Aby dziecko się nie zadławiło musi siedzieć w pozycji prostej, np. w krzesełku do karmienia albo na kolanach rodzica. Nasz młody zaczął siadać sam niedługo po ukończeniu 6. miesiąca życia, więc nie było tutaj większego problemu. I wszystko rzeczywiście zadziałało jak należy - kilka razy się krztusił, czasem coś zwrócił, ale nigdy (a dietę rozszerzamy już prawie trzy miesiące) sytuacja nie wymagała interwencji dorosłego. Co więcej - krztusił się mniej niż przy piciu mleka z piersi. A im dalej w las z rozszerzaniem, tym groźnie wyglądających sytuacji było coraz mniej za to wyraźnie zaczęłam zauważać, bez mojego namawiania, zmuszania, czy innych walk znanych rodzicom, którzy karmią łyżeczką, że mój syn po prostu naprawdę zaczyna jeść. Z dnia na dzień posiada też coraz więcej umiejętności - na początku uderzał niezdarnie w rozłożoną przed nim cukinię, teraz precyzyjnie w dwa palce łapie małe kawałki kalafiora. Kiedyś wszystko tylko ssał i memlał, teraz widzę jak świadomie odgryza sobie kawałki jedzenia i je połyka. Jest to naprawdę fascynujące!

Co z tą regularnością posiłków?

Kolejnym moim problemem było to jak zadbać o w miarę regularne posiłki, które przy BLW są zalecane, kiedy rytm drzemek i karmień dziecka to codzienna niespodzianka. Po dwóch miesiącach rozszerzania nadal wychodzi tak sobie. Czasami któryś posiłek trzeba pominąć, czasami któryś się przesunie, ale zawsze są to 2-3 próby podania jedzenia. Teraz myślę już o przejściu na 3-4 posiłki, zobaczymy, jak to wyjdzie. Na szczęście BLW to w ogóle nie są sztywne zasady, więc bardzo się tym brakiem regularności nie przejmuję - tym bardziej, że wciąż karmiąc piersią jestem pewna, że dziecko nie jest głodne.

Banan i chleb z pasztetem warzywnym według przepisu z Alaantkowe (mi też bardzo smakował)

Kto to posprząta?

W moim domu odpowiedź okazała się dość prosta, przynajmniej jeśli chodzi o bałagan na podłodze - pies. Więcej trudności przysporzyło sprzątanie z krzesełka i z dziecka. Po dwóch miesiącach bałaganu jest coraz mniej ze względu na coraz większe umiejętności Franka, ale również coraz lepsze ogarnianie ze strony mojej i męża. Dlatego postanowiłam kilkoma trikami podzielić się również z wami, chociaż pewnie wiele mam je zna.

Jeśli jest ciepło w mieszkaniu, dziecko można rozebrać albo chociaż częściowo zdjąć mu te elementy ubrania, które są najbardziej podatne na zabrudzenia. U nas są to spodnie, na które spadają różne kawałki jedzenia, których nie wyłapie fartuszek, więc Franek zazwyczaj siada do posiłków w bodziaku lub koszulce i wspomnianym fartuszku. Fartuszków przetestowaliśmy kilka i zdecydowanie najlepiej sprawdził nam się nieśmiertelny model w kropki z IKEI. Jest cienki, miły, łatwo się go płucze pod prysznicem (wieszanie fartuszków w kabinie po jedzeniu i płukanie ich prysznicem to kolejny dobry trik na sprzątanie po BLW), a gumki przy rękawach sprawiają, że jedzenie nie wchodzi pod fartuszek jak w innych modelach z długimi rękawami. Najgorzej oceniamy bezrękawniki z grubej folii sprezentowane nam przez rodzinę, które ani odpowiednio nie chronią, ani nie są przyjemne w dotyku, a przede wszystkim Franek z łatwością i chętnie wpychał je sobie do buzi podczas jedzenia jako gryzak. Ogarnianie krzesełka papierowymi ręcznikami sprawiało początkowo trudności, bo w tym czasie Franek szybko się niecierpliwił, ale już coraz częściej akceptuje, że nie zawsze może mieć 100 procent naszej atencji, pomagają w tym też przeróżne zabawki oraz pies sprzątający podłogę, co samo w sobie stanowi dla dziecka niezłą rozrywkę. Na początku sporym problemem było też to, że syn często wylewał na siebie wodę, a potem bardzo szybko denerwował się, ponieważ był mokry (żaden fartuszek w 100 procentach nie zdał testu lamy, czyli plującego na siebie wodą dziecka), ale wtedy pomagało szybkie przebieranie. Dziś ten problem prawie nie istnieje, bo dzięki nauce picia z bidonu oraz otwartego kubka (doidy) od samego początku Franek coraz lepiej to ogarnia i nie musimy przechodzić przez kolejne etapy jak butelka, niekapek i tym podobne cuda.

Pomidor i banan z amarantusem, który ułatwia łapanie śliskiego jedzenia

Co na to dziadkowie?

Wiele mam, w tym ja, przejmuje się tym, co o BLW powie starsze pokolenie - nasi rodzice, nasi dziadkowie. Z początku faktycznie pokolenie naszych rodziców nie było do BLW nastawione za dobrze, ale akceptowali naszą decyzję i słuchali argumentów za. Wyrywały im się różne komentarze ("a może on by wolał łatwiej?", "to chyba metoda dla mam, które mają za dużo wolnego czasu" - tu akurat uważam, że wręcz przeciwnie, bo kiedy dziecko je można samemu zjeść, a nie karmić łyżeczką, można gotować dla dziecka i siebie prawie to samo, a bałagan jest przy każdym rozszerzaniu diety, tradycyjne "zadławi się" albo pytanie skąd mam pewność, że on już może jeść daną rzecz). Widziałam jak z duszą na ramieniu siadali do pierwszych posiłków z wnukiem, na początku pytali czy nie trzeba mu pomóc, kiedy się krztusił, ale spokojnie odpowiadałam, że sobie poradzi. I radził sobie. A potem byli już BLW zachwyceni - chętnie uczestniczyli w posiłkach z młodym, oglądali filmiki z jego zmagań z jedzeniem, chwalili się znajomym. Także moja rada dla rodziców, którzy nie mogą przekonać dziadków do BLW to - po prostu pokażcie im BLW w akcji (najlepiej na początek z jakimś pewniakiem, żeby od razu zobaczyli, jak dziecku świetnie idzie ;)).

Ale ja nie umiem gotować!

W naszym domu gotuje mąż. Ja kiedyś weszłam do kuchni, a potem moja koleżanka z zatruciem pojechała do lekarza. Od tamtej pory ograniczałam się tylko do tego, co mi jako tako wychodziło, czyli do pieczenia. Jednak będąc cały dzień w domu z dzieckiem po rozszerzonej diecie musiałam pogodzić się z faktem, że gotowanie będzie konieczne. I okazało się, że robienie prostych posiłków dla dziecka to nie jest taki dramat. Przede wszystkim zaprzyjaźniłam się z sitkiem do gotowania na parze. Poza tym ustawiłam sobie w kuchni wózek, do którego wsadzałam małego i dawałam mu różne kuchenne (oczywiście bezpieczne) przyrządy do zabawy, żeby znaleźć sobie czas na przygotowanie jedzenia (bo nawet 15 min bez rozrywek i kontaktu z bazą to dla mojego małego człowieka zbyt wiele). Gdyby nie to, że mały tak ciężko znosi to, że robię coś innego niż zajmowanie się nim, to pewnie chętnie przygotowywałabym nawet bardziej skomplikowane rzeczy, bo zaczęło mi to nawet sprawiać radość. Póki co te bardziej skomplikowane rzeczy zostawiam mężowi - przygotowuje je na weekendowe obiady albo wieczorami na następny dzień, jeśli znajdzie trochę czasu.

Jeden z hitów BLW czyli brokuł na parze, a do tego ogórek (super na ząbkowanie) oraz dobre tłuszcze, czyli awokado. No i amarantus, który obecnie sypię właściwie gdzie się da ;)

Zmiany dla siebie

Na końcu najważniejsze - okazało się, że to prawda, że BLW dla dziecka to również ulepszenie nawyków żywieniowych rodziców. Często kiedy Franek je to my jemy razem z nim, więc najłatwiej przygotować to samo. Czyli coś zdrowego. W ten sposób pokochałam wszystkie warzywa, których do tej pory nie byłam fanką, a także znalazłam sposób na dodanie smaku tym, które mi nie odpowiadały (np. nie lubię buraka samego w sobie, ale w muffinach albo naleśnikach jest ekstra, a do tego jest gęsty odżywczo, co jest bardzo ważne przy BLW, bo niemowlaki jedzą mało). Muszę też ograniczyć podjadanie, zwłaszcza niezdrowych rzeczy, bo Franek rozumie już co to jedzenie i kiedy widzi, że jem i nie dzielę się z nim, to się irytuje. A przecież czekoladą albo czipsami się z nim nie podzielę... Poza tym dużo dowiaduję się o bilansowaniu posiłków, a także ich zawartości odżywczej, potrzebach ludzkiego organizmu, dzięki czemu sama poznaję nowe sposoby na ulepszenie swojego jedzenia (odkryciem było dla mnie na przykład istnienie bogatego w ważne dla dzieci żelazo amarantusa). W ten sposób dieta niemowlaka zaczęła wpływać na naszą dietę.

Na koniec nieprzekonanym powiem jeszcze, że naprawdę fascynująca jest obserwacja dziecka w takim procesie rozszerzania diety - jak nabiera nowych umiejętności, jak niespotykanie łączy smaki, je w sposób, jakiego byś nie wymyślił/a, czy też zamienia posiłek w lekcję plastyki (polecam dać dziecku jogurt w kubeczku i po prostu pozwolić działać!). Nie bójcie się i dobrej zabawy!

Sensoplastyka przy jogurcie

POMOCNE PRZY BLW:

Książka "Bobas lubi wybór" Gill Rapley, Tracey Murkett
Blog Szpinak robi bleee
Blog Alaantkowe BLW oraz ich książki z przepisami
Blog Małgorzaty Jackowskiej 
Czytaj dalej »

niedziela, 2 grudnia 2018

10 rzeczy, które zaskoczyły mnie w byciu rodzicem

0
Często jest tak, że zanim czegoś doświadczymy, to wyobrażamy sobie jak to mniej więcej wygląda. Jako dzieci sądzimy, że życie dorosłych to "mogę wszystko", a potem okazuje się, że to raczej "zobaczę na ile mogę sobie pozwolić, żeby nie przymierać głodem i nie stracić przy tym jasności umysłu". Zanim wybierzemy się na wakacje, wyobrażamy sobie jak będzie na miejscu, jak odpoczniemy leżąc plackiem, a już na samym urlopie zapominamy jak się odpoczywa. I tak dalej. Wszyscy też zanim zostaniemy rodzicami (oczywiście mówię tylko o tych, którzy rodzicami chcą zostać) mamy w głowie jakiś obraz rodzicielstwa, który potem ulega drastycznej zmianie. Oto kilka rzeczy, które mnie zaskoczyły (chociaż wiadomo, że każde dziecko, tak samo jak każdy człowiek dorosły, jest kompletnie inne, więc część tych podpunktów albo wszystkie u innych mam mogą wyglądać kompletnie inaczej).


1. Noworodki wcale nie śpią prawie przez cały czas

Mój "spał cały czas" z przerwami na jedzenie przez jakiś tydzień. Potem zrobiło się dużo, dużo trudniej.

2. Przewijanie i kupa nie są obrzydliwe

Serio, mleczne kupy są całkiem spoko (jakkolwiek to brzmi). Nie śmierdzą, łatwo da się nimi "zarządzać". Nie było dla mnie obrzydliwe nawet przyglądanie się im, kiedy działo się coś niedobrego. Zdarzyło mi się nawet ucieszyć na widok kupy, która już nie wyglądała na objaw problemów. Dlatego nie rozumiem tych całych historii o tym, jakie to przewijanie koszmarne, a w dodatku niemęskie ("Już ja widzę jak Adam będzie przewijał dziecko HE HE HE"). Przewijanie to zupełnie normalna czynność, czasem utrudniana przez zainteresowanego wszystkim wokół noworodka i jedna z najłatwiejszych w całym tym rodzicielstwie. I może być wykonywana z powodzeniem zarówno przez jednego, jak i drugiego rodzica.

3. Nie bałam się ciemiączka

Wizja tego, że moje dziecko będzie miało miękki fragment główki, na który trzeba uważać, była dla mnie naprawdę przerażająca. Bałam się, że go uszkodzę, źle złapię, że trzeba będzie wyjątkowo delikatnie się z tym obchodzić, a każdy najdrobniejszy błąd będzie mógł sprawić, że zrobię mojemu dziecku nieodwracalną krzywdę. Okazało się, że owszem, ciemiączko istnieje, ale dotykanie główki malucha nie wiąże się z przerażeniem. Intuicyjnie wiedziałam jak go łapać, a nawet trochę się cieszyłam, że dzięki ciemiączku widać jak dziecku bije serducho.

4. Nie bałam się podnoszenia dziecka

Może to kwestia tego, że mój kartofelek urodził się naprawdę duży (prawie pięć kilo), ale podnoszenie go również okazało się intuicyjne. Przed porodem myślałam, że będę się bała w ogóle wziąć go na ręce, że przypadkiem zrobię mu coś złego. Położne w szkole rodzenia mówiły nam, że o ile nie będziemy chcieli dziecka skrzywdzić celowo, to nic mu się nie stanie. I to prawda. Wystarczy ostrożność i wrodzona intuicja, a podnoszenie szkraba okazuje się sprawą prostą.

5.  Karmienie piersią za to nie jest proste

Z kolei to, co jawiło mi się jako banalnie proste, czyli karmienie piersią, okazało się najtrudniejszą rzeczą. W szkole rodzenia laktacji poświęcono jedne zajęcia i według mnie i tak dostałam więcej informacji niż większość matek w tym kraju, które nie mają pojęcia o tym, jak ten proces wygląda. Nadal jednak wyobrażałam sobie, że przystawię malucha i wszystko właściwie będzie działo się samo, malec będzie zadowolony i nakarmiony, a ja szczęśliwa i piękna niczym kobiety karmiące ze stylizowanych zdjęć na łąkach. Okazało się, że karmienie piersią to mega ciężka praca, która wymaga poświęcenia, czasu, a także nauki - zarówno ze strony matki, jak i dziecka. Na moje szczęście w moim otoczeniu (poza szpitalem) było niewiele głosów, które karmiły mnie mitami o chudym mleku, diecie matki karmiącej, małej ilości pokarmu, karmieniu co trzy godziny, czy innych równie bzdurnych pierdołach. Trafiła mi się dobra pediatra i wyrozumiała rodzina. Nie spodziewałam się, że przez pierwsze miesiące będę właściwie cały czas karmić, ale dzięki wiedzy, wsparciu, a przede wszystkim samozaparciu udało się, a potem zrobiło się ciut łatwiej. Teraz karmię małego co kilka godzin i cieszę się, że pod ręką mam zawsze niezawodny cyc uspokajacz, a moje dziecko dostaje najlepszy pokarm na świecie. Warto było przez te pierwsze dwa-trzy miesiące karmić właściwie non stop, mimo że ciągle np. w internecie, słyszę głosy o tym, że kp "nie warto za wszelką cenę" i mimo że kompletnie nie spodziewałam się, że tak to będzie wyglądało.

6. Wyjścia z domu bez dziecka kiedy karmisz piersią wcale nie są łatwe

Kiedy byłam w ciąży myślałam, że to żadna filozofia - odciągasz mleko, ktoś podaje dziecku jak cię nie ma, proste! Okazało się, że jest, oczywiście, zupełnie inaczej. Po pierwsze samo odciąganie w ogóle nie jest łatwe, zajmuje dużo czasu (przynajmniej mi), a podczas tego czasu mleka zbiera się niewiele. Nie ma szans, żeby tego samego dnia odciągnąć odpowiednią ilość mleka i zostawić je dziecku. Zwłaszcza jeśli cały czas zajmujesz się dzieckiem i nie masz kiedy tego mleka odciągać... Do tego dochodzą problemy z podaniem mleka - butelka zaburza odruch ssania, inne metody są dość skomplikowane albo przerażające dla innych (np. kubeczek), a nawet jeśli pogodzisz się z ryzykiem zaburzenia odruchu to... dziecko może nie chcieć butelki. I w ogóle może nie chcieć pić twojego mleka nie z cycka. Tak było u nas, co sprawiło, że pożegnałam się na długo z wielogodzinnymi wyjściami z domu bez dziecka. Zabierałam go więc ze sobą lub wychodziłam między karmieniami (na szczęście mały zaakceptował zasypianie z tatą i udawało się nawet wymknąć na koncert, byle szybko!).

7. Pieluszkowe zapalenie opon mózgowych dotyka chyba każdego w pewnym stopniu

Czy chcesz, czy nie, jakkolwiek będziesz się zarzekać, zrobisz jedną z tych dziwnych rzeczy, o które siebie samej nie podejrzewałaś. Ja na przykład poryczałam się na koncercie Beyoncé, kiedy na telebimach pokazano jej dzieci, a ja miałam świadomość, że po raz drugi w życiu zostawiłam syna samego z tatą. 

8. Zrzucenie wagi po porodzie to nie jest aż tak gigantyczny problem (chociaż nie uważam, że to było w jakikolwiek sposób istotne)

Po pierwsze codziennie robisz mega cardio - podnoszenie ciężarów, przysiady, nieraz bieganie (np. żeby szybko zrobić siku zanim dziecko się rozpłacze, że zniknęłaś). Po drugie - jeśli karmisz piersią to (chociaż słyszałam, że nie jest tak u absolutnie każdego) zużywasz mnóstwo energii i zarazem chudniesz. Ja zaczęłam ważyć mniej niż ważyłam przed ciążą bardzo, bardzo szybko, a kompletnie nie przywiązywałam do tego wagi (he he he, wagi) - po prostu nie miało to dla mnie żadnego znaczenia.

9. Chusta to nie fajny bliskościowy gadżet, chusta to konieczność

I znowu - oczekiwania versus rzeczywistość. W ciąży myślałam, że chusta będzie takim fajnym gadżetem do pobycia blisko z maluszkiem, wyjścia na fajny spacer oraz zrobienie sobie super profilowego (to jedno się udało!). Okazało się, że chusta to absolutna konieczność, zwłaszcza na samym początku. Nasz kartofelek to egzemplarz nieodkładalny na czas drzemek, a kiedy w okresie noworodkowym spał i jadł na przemian, a potem przeżywał ciężko kolki, chusta ratowała nam życie. Później przydawała się na spacerach, kiedy nie akceptował wózka. No i ostatecznie - to też jest fajny gadżet i przyjemna bliskość!



10. W życiu matki niemowlaka to wcale nie noce są najgorsze

Noce są trudne. Czasem nie śpi się całą noc, czasem pół, nie raz budzisz się po wielokroć. Zwłaszcza na samym początku. Ale nie wiem, czy to przez mój wcześniejszy dziwny tryb życia (praca w bardzo różnych godzinach, również w nocy, późne kładzenie się spać, wczesne pobudki), czy przez to, że bardzo, bardzo źle znosiłam sen w ciąży i nie spałam prawie w ogóle, ale noce z dzieckiem okazały się nie takie złe w porównaniu do snu i aktywności dziecka w dzień, kiedy to wszystko naprawdę jest wymagające. Oczywiście każde dziecko jest inne, ale mimo, że niektórzy szeroko otwierają oczy, kiedy mówię, że moje dziecko nadal budzi się w nocy (ma dopiero osiem miesięcy i nie spodziewam się, że ten stan szybko się skończy, ale ewidentnie niektórzy sugerują się albo własnym doświadczeniem albo bardzo dziwnymi informacjami) to mi jakoś te pobudki nocne nie przeszkadzają tak bardzo jak zdawało się, że będą przeszkadzać (jakbym dostała dolara za każde "wyśpij się" powiedziane mi w ciąży to dziś byłabym multimilionerem).

I BONUS, czyli podpunkt najważniejszy - zaprawdę nie ma tak wielkiej miłości jak ta do własnego dziecka.

Kocham moją rodzinę, kocham mojego męża (i to już od kilkunastu lat), kocham mojego psa. Moich przyjaciół. Ale, chociaż wcześniej myślałam, że to frazes, miłość do dziecka to jest coś zupełnie innego. To uczucie, którego nie doświadczyłam nigdy wcześniej w życiu, oddanie i radość połączone ze strachem, który towarzyszy ci już zawsze. I nawet jeśli zdajesz sobie sprawę, że miłość do dziecka to największa miłość w życiu, wiesz, bo tak mówią ci znajomi, blogi i telewizja, to nic nie przygotuje cię na to, co cię zaleje. I to będzie naprawdę przepiękne uczucie.
Czytaj dalej »

środa, 5 września 2018

Matka na festiwalu - Open'er i OFF z niemowlakiem

0
Jak wspomniałam ostatnio w tym roku po raz pierwszy wybrałam się na Open'era z nowym członkiem rodziny, czyli moim pierworodnym. Potem skoczyliśmy jeszcze wspólnie na OFF Festival.

Franek w momencie rozpoczęcia Open'era miał 3 miesiące i właściwie dopiero zaczęliśmy od niedawna ogarniać nasze wspólne życie na zadowalającym poziomie, że tak to ujmę - rozumieć siebie nawzajem dość dobrze. Festiwal jawił się więc jako naprawdę trudne przedsięwzięcie. Przed Open'erem szukałam informacji, relacji, jakichkolwiek śladów w internecie pozostawionych przez matki, które już przez to przeszły. Jednak nie bardzo się udało. Dlatego postanowiłam sama napisać z czym to się je, czyli czego możemy się spodziewać na miejscu, na co uważać, a czego się nie bać i jak wypadają OFF i Open'er w rodzicielskim porównaniu.


1. Jeśli karmisz piersią przygotuj się, że będziesz to robić w bardzo dziwnych sytuacjach

Mi się zdarzyło to czynić na backstage Open'era kiedy mijał mnie techniczny The Bad Seeds (o tym jak się tam znalazłam w poniższych punktach), w drodze na teren festiwalu niosąc młodego na rękach, w taksówce, w pociągu, a także na koncertach - między innymi Noela Gallaghera, Depeche Mode, Bruno Marsa, Arctic Monkeys, Big Freedi, Furii, Mosesa Sumneya, Clap Your Hands Say Yeah i wielu innych. Jednak jeśli się nieco wstydzicie to jest pocieszenie w tej całej sytuacji - na tak wielkiej imprezie ludzi jest dużo, a zdecydowaną większość interesuje głównie scena i muzycy na niej, a nie wy i wasze cycki, więc spoko.

1a. W ogóle a propos przygotowań - dobrze się przygotuj, zabierz co trzeba, żebyś nie musiała wracać z terenu na sygnale bo nie masz pieluch, mokrych chusteczek, kilku ubrań na przebranie w razie czego albo czegoś tam jeszcze. I pamiętajozmianach pogody i o żelu antybakteryjnym, bo na festiwalach trudno o umywalki, a przewijać dziecko będziesz na pewno. I nie zawsze na przewijaku. Nie przejmuj się, że masz tak dużo rzeczy, możesz je wozić w wózku, jest to całkiem wygodne!



2. Zapomnij o szczegółowym przeszukiwaniu przez ochronę i kolejce do wejścia

Zarówno na Open'erze, jak i na OFFie rodzice wchodzą na festiwal osobnym wejściem bez kolejki. Na Open'erze dzieje się to dodatkowo przez backstage, żeby było szybciej (stąd moje karmienie na backstage'u!). Przy takim przejściu zawsze towarzyszy wam wolontariusz. Jeśli ochrona was w ogóle przeszukuje, to jedynie pobieżnie (bo wyobraźcie sobie teraz zaglądanie w każdy zakamarek wózka albo niemowlęcej torby pełnej pieluch i mokrych chusteczek). Na Open'erze poza przejściem bez kolejki macie też wstęp na platformy dla niepełnosprawnych, żeby nie stać w tłumie z wózkiem na koncertach. My co prawda z nich nie skorzystaliśmy, uznając że są inni, którzy ich bardziej potrzebują - po prostu stawaliśmy raczej na tyłach i było spoko.


3. Zabierz WŁASNE ochraniacze słuchu dla dziecka

Po pierwsze jeśli masz własne ochraniacze to możesz najpierw wypróbować je w domu. Czy pasują, czy nie denerwują dziecka, czy da się je założyć na dziecko w chuście itd. Po drugie, mimo że organizatorzy obiecują, że na terenie kupisz ochraniacze dla dzieci, to ochraniacze to nie woda z kranu, której można dolewać do baniaków i mogą się skończyć. Tak zdaje się stało w tym roku na OFF Festivalu, gdzie zagubieni rodzice pytali nas skąd mamy ochraniacze, bo w sklepie festiwalowym ich nie ma. A jeśli w ogóle nie pomyśleliście o tym, żeby w takie ochraniacze zainwestować, bo po co, to uwierzcie mi - po prostu to zróbcie. Głośne dźwięki versus uszy malutkiego dziecka to nie jest równa walka, a jak podrośnie to jeszcze będzie miał okazję posłuchać muzyki na żywo bez większego ryzyka.


4. Pamiętaj - cyc albo chusta działają zawsze w 90 procentach 

 Jeśli będzie się coś działo, dziecku będzie źle, nie będzie mogło się uspokoić albo zasnąć, to te rzeczy zazwyczaj działają. Karmisz, wkładasz do chusty i możesz się spokojnie przemieszczać. Młodszy niemowlak pewnie prędko zaśnie, starszy z zaciekawieniem będzie oglądał otoczenie. A jak ci ciężko to zazwyczaj dziecko ma dwóch rodziców i tata też może chustować (chociaż karmić to nie za bardzo).


5. Strefa dla dzieci - Kids Zone versus Piaskoffnica 

Zarówno Open'er jak i OFF mają strefy dla dzieci (aby do nich wejść trzeba mieć specjalną opaskę, którą uzyskuje się po podpisaniu odpowiednich dokumentów, dodatkowo na OFFie na opasce dziecka znajduje się jego imię, nazwisko i numer telefonu do opiekuna). Strefy różnią się jednak i każda ma swoje plusy i minusy.

Open'er Kids Zone 
+ blisko głównej części festiwalu, z widokiem na main stage i łatwym dojazdem
+ czynna dość długo - do północy
+ przewijak i osobna toaleta (przewijaki są nawet dwa - zarówno w toalecie męskiej jak i damskiej)
+ gry i zabawy dla starszych dzieciaków
- jest w niej głośno ze względu na bliskość sceny
- mocno zatłoczona
- przewijak w blaszanym baraku, w którym może być gorąco i ciasno (ale za to nie pada!)
- osobne miejsce dla matek karmiących według mnie sugeruje, że powinny się schować, podczas kiedy uważam, że mogą spokojnie karmić i oglądać koncerty, ale z drugiej strony to plus, bo jeśli jakaś pani się wstydzi to może się tam schować i nie musi się gnieździć w toalecie

Piaskoffnica 
+ cicha i spokojna
+ nie ma sugerowania, że mama karmiąca powinna się schować, ale jakby chciała to z drugiej strony nie bardzo ma gdzie
+ przewijak pod dachem, ale na świeżym powietrzu
+ gry i zabawy dla starszych dzieciaków, a także lody
+ telefon do opiekuna na opasce
- trudny dojazd, daleko od głównej części festiwalu i droga nie jest ubita przez co przejazd z wózkiem jest karkołomny
- tylko jeden przewijak, ale ludzi jest mniej więc nie jest to duży problem
- czynna krótko - tylko do 20

6. Zacznij od zwiadu

Pamiętaj, aby zostawić sobie zapas czasu na sprawdzenie jak wszystko wygląda na miejscu (np. gdzie jest strefa dla dzieci), na uspokojenie się, rozeznanie, nakarmienie dziecka, wsadzenie do chusty i tak dalej. Poza tym z dzieckiem wszystko idzie wolniej.


7. Nastaw się na to, że nie zobaczysz wszystkiego 

Czasem będzie za gorąco albo będzie padało i na coś nie uda się pójść. Nie uda ci się szybko przebiec między scenami. Nie wytrzymasz z dzieckiem do późnych godzin nocnych na terenie (no ok - ja nie wytrzymywałam dłużej niż do 1 w nocy z kawałkiem, bo potem trzeba wstać około siódmej rano przecież). Wydasz więcej na dojazdy, bo komunikacja miejska ww trybie festiwalowym, czyli zatłoczona maksymalnie i bez klimy to nie będą warunki dla bobasa. Z drugiej strony jednak wydasz mniej na inne rzeczy, bo nie będziesz mieć czasu i rąk wolnych na milion przekąsek i piwo (a jeśli karmisz to w ogóle lepiej odpuść piwo). Ale zobaczysz tyle, ile się uda, zobaczysz to na czym ci najbardziej zależy i ogólnie - będzie dobrze, mimo że będzie trzeba czasem spontanicznie i szybko zmienić plan. Będziesz się stresować bardziej niż dziecko, które będzie miało jedzenie i twoją bliskość i będzie zadowolone, także nie przejmuj się i jedź. Będzie ciężko, ale do przeżycia. Najbardziej stresująco będzie pierwszego dnia, a potem to ogarniesz. Zobaczysz! 
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia