poniedziałek, 17 grudnia 2018

BLW - oczekiwania versus rzeczywistość

0
Kiedy pierwszy raz usłyszałam o metodzie BLW (w oryginale oznacza Baby-Led Weaning, czyli odstawienie od piersi sterowane przez dziecko, Polacy i Polki skrót rozwijają do Bobas Lubi Wybór) pomyślałam, że to metoda kompletnie nie dla mnie. Tak jak większość osób, które pierwszy raz o niej słyszą, poczułam przerażenie (zadławi się!), a także myślałam, że będzie to mnóstwo roboty - z przygotowywaniem i sprzątaniem. Jak okazało się naprawdę?

Jeden z posiłków Franka - marchewka gotowana, owsianka i jajko na twardo

BLW - z czym to się je? 

Najpierw pokrótce chcę wam napisać czym w ogóle jest BLW, bo może część z moich czytelników spotyka się z tym terminem po raz pierwszy. Jest to metoda rozszerzania diety, która przede wszystkim zakłada, że dziecko karmi się samo, rodzic tylko proponuje posiłki, zaś bobas decyduje co zjada i ile zjada oraz czy w ogóle coś zjada. Nie podajemy więc papek na łyżeczce tylko normalne kawałki jedzenia wygodne do złapania w dziecięcą rączkę (oczywiście nie podajemy produktów niewskazanych dla niemowląt, ale ich lista jest bardzo krótka - m.in. jest to sól, cukier, miód, grzyby - pełną listę znajdziecie w linkach na końcu tekstu). Przed maluchem powinno się znaleźć kilka różnych produktów (żeby mógł wybrać), nie przeszkadzamy, nie pomagamy, nie namawiamy, karmimy kiedy dziecko jest wypoczęte i najedzone (piersią lub butelką), żeby skupiło się na próbowaniu, a nie irytowało dyskomfortem (pamiętajcie - bobas nie rozumie przecież, że jedzeniem może się najeść, więc jeśli nie podacie mu wcześniej mleka to będzie po prostu zdenerwowany i z prób jedzenia nic nie wyjdzie). Po jakimś czasie takiego rozszerzania dziecko może zacząć samo rezygnować z karmień mlekiem na rzecz jedzenia stałego, ale do roku mleko to podstawa diety, a reszta - uzupełnienie.

Taka metoda to wiele korzyści, przede wszystkim dla dziecka - pomaga mu rozwijać umiejętności samodzielnego jedzenia, poznawać różne faktury, konsystencje i smaki (w papkach jest to prawie niemożliwe), radzić sobie z przeżuwaniem, przemieszczaniem pokarmu w buzi, piciem z kubka, a także wspomaga rozwój mowy i integrację sensoryczną. Przede wszystkim jednak tworzy zdrową relację dziecka z jedzeniem - bez zmuszania, walki, rodzicielskich podstępów i tym podobnych. Zmusza rodzica do tego, żeby zaufał dziecku w kwestii tego, czego ono potrzebuje. A to i tak pewnie nie wszystkie korzyści płynące z takiego rozszerzania diety. 

Kiedy już przekonałam się do metody BLW (po przeczytaniu książki, którą polecam wszystkim rodzicom, których czeka rozszerzanie diety, czyli "Bobas lubi wybór"), miałam bardziej określone obawy, jak również oczekiwania, które oczywiście okazały się słuszne lub zupełnie bezpodstawne w starciu z rzeczywistością.

Do BLW nie jest potrzebny żaden talerzyk (może być nawet problematyczny, bo bywa ciekawszy niż samo jedzenie ;))

Zadławi się! 

To chyba obawa prawie każdej osoby, która słyszy o BLW. Ja też trochę obawiałam się, że młody sobie nie poradzi. Obawy te stały się dużo mniejsze po przeczytaniu wspomnianej książki o metodzie (gdzie wyjaśniono między innymi, że odruch wymiotny u dzieci wywoływany jest dużo płycej w jamie ustnej niż u dorosłych), ale jednak zostały. Aby dziecko się nie zadławiło musi siedzieć w pozycji prostej, np. w krzesełku do karmienia albo na kolanach rodzica. Nasz młody zaczął siadać sam niedługo po ukończeniu 6. miesiąca życia, więc nie było tutaj większego problemu. I wszystko rzeczywiście zadziałało jak należy - kilka razy się krztusił, czasem coś zwrócił, ale nigdy (a dietę rozszerzamy już prawie trzy miesiące) sytuacja nie wymagała interwencji dorosłego. Co więcej - krztusił się mniej niż przy piciu mleka z piersi. A im dalej w las z rozszerzaniem, tym groźnie wyglądających sytuacji było coraz mniej za to wyraźnie zaczęłam zauważać, bez mojego namawiania, zmuszania, czy innych walk znanych rodzicom, którzy karmią łyżeczką, że mój syn po prostu naprawdę zaczyna jeść. Z dnia na dzień posiada też coraz więcej umiejętności - na początku uderzał niezdarnie w rozłożoną przed nim cukinię, teraz precyzyjnie w dwa palce łapie małe kawałki kalafiora. Kiedyś wszystko tylko ssał i memlał, teraz widzę jak świadomie odgryza sobie kawałki jedzenia i je połyka. Jest to naprawdę fascynujące!

Co z tą regularnością posiłków?

Kolejnym moim problemem było to jak zadbać o w miarę regularne posiłki, które przy BLW są zalecane, kiedy rytm drzemek i karmień dziecka to codzienna niespodzianka. Po dwóch miesiącach rozszerzania nadal wychodzi tak sobie. Czasami któryś posiłek trzeba pominąć, czasami któryś się przesunie, ale zawsze są to 2-3 próby podania jedzenia. Teraz myślę już o przejściu na 3-4 posiłki, zobaczymy, jak to wyjdzie. Na szczęście BLW to w ogóle nie są sztywne zasady, więc bardzo się tym brakiem regularności nie przejmuję - tym bardziej, że wciąż karmiąc piersią jestem pewna, że dziecko nie jest głodne.

Banan i chleb z pasztetem warzywnym według przepisu z Alaantkowe (mi też bardzo smakował)

Kto to posprząta?

W moim domu odpowiedź okazała się dość prosta, przynajmniej jeśli chodzi o bałagan na podłodze - pies. Więcej trudności przysporzyło sprzątanie z krzesełka i z dziecka. Po dwóch miesiącach bałaganu jest coraz mniej ze względu na coraz większe umiejętności Franka, ale również coraz lepsze ogarnianie ze strony mojej i męża. Dlatego postanowiłam kilkoma trikami podzielić się również z wami, chociaż pewnie wiele mam je zna.

Jeśli jest ciepło w mieszkaniu, dziecko można rozebrać albo chociaż częściowo zdjąć mu te elementy ubrania, które są najbardziej podatne na zabrudzenia. U nas są to spodnie, na które spadają różne kawałki jedzenia, których nie wyłapie fartuszek, więc Franek zazwyczaj siada do posiłków w bodziaku lub koszulce i wspomnianym fartuszku. Fartuszków przetestowaliśmy kilka i zdecydowanie najlepiej sprawdził nam się nieśmiertelny model w kropki z IKEI. Jest cienki, miły, łatwo się go płucze pod prysznicem (wieszanie fartuszków w kabinie po jedzeniu i płukanie ich prysznicem to kolejny dobry trik na sprzątanie po BLW), a gumki przy rękawach sprawiają, że jedzenie nie wchodzi pod fartuszek jak w innych modelach z długimi rękawami. Najgorzej oceniamy bezrękawniki z grubej folii sprezentowane nam przez rodzinę, które ani odpowiednio nie chronią, ani nie są przyjemne w dotyku, a przede wszystkim Franek z łatwością i chętnie wpychał je sobie do buzi podczas jedzenia jako gryzak. Ogarnianie krzesełka papierowymi ręcznikami sprawiało początkowo trudności, bo w tym czasie Franek szybko się niecierpliwił, ale już coraz częściej akceptuje, że nie zawsze może mieć 100 procent naszej atencji, pomagają w tym też przeróżne zabawki oraz pies sprzątający podłogę, co samo w sobie stanowi dla dziecka niezłą rozrywkę. Na początku sporym problemem było też to, że syn często wylewał na siebie wodę, a potem bardzo szybko denerwował się, ponieważ był mokry (żaden fartuszek w 100 procentach nie zdał testu lamy, czyli plującego na siebie wodą dziecka), ale wtedy pomagało szybkie przebieranie. Dziś ten problem prawie nie istnieje, bo dzięki nauce picia z bidonu oraz otwartego kubka (doidy) od samego początku Franek coraz lepiej to ogarnia i nie musimy przechodzić przez kolejne etapy jak butelka, niekapek i tym podobne cuda.

Pomidor i banan z amarantusem, który ułatwia łapanie śliskiego jedzenia

Co na to dziadkowie?

Wiele mam, w tym ja, przejmuje się tym, co o BLW powie starsze pokolenie - nasi rodzice, nasi dziadkowie. Z początku faktycznie pokolenie naszych rodziców nie było do BLW nastawione za dobrze, ale akceptowali naszą decyzję i słuchali argumentów za. Wyrywały im się różne komentarze ("a może on by wolał łatwiej?", "to chyba metoda dla mam, które mają za dużo wolnego czasu" - tu akurat uważam, że wręcz przeciwnie, bo kiedy dziecko je można samemu zjeść, a nie karmić łyżeczką, można gotować dla dziecka i siebie prawie to samo, a bałagan jest przy każdym rozszerzaniu diety, tradycyjne "zadławi się" albo pytanie skąd mam pewność, że on już może jeść daną rzecz). Widziałam jak z duszą na ramieniu siadali do pierwszych posiłków z wnukiem, na początku pytali czy nie trzeba mu pomóc, kiedy się krztusił, ale spokojnie odpowiadałam, że sobie poradzi. I radził sobie. A potem byli już BLW zachwyceni - chętnie uczestniczyli w posiłkach z młodym, oglądali filmiki z jego zmagań z jedzeniem, chwalili się znajomym. Także moja rada dla rodziców, którzy nie mogą przekonać dziadków do BLW to - po prostu pokażcie im BLW w akcji (najlepiej na początek z jakimś pewniakiem, żeby od razu zobaczyli, jak dziecku świetnie idzie ;)).

Ale ja nie umiem gotować!

W naszym domu gotuje mąż. Ja kiedyś weszłam do kuchni, a potem moja koleżanka z zatruciem pojechała do lekarza. Od tamtej pory ograniczałam się tylko do tego, co mi jako tako wychodziło, czyli do pieczenia. Jednak będąc cały dzień w domu z dzieckiem po rozszerzonej diecie musiałam pogodzić się z faktem, że gotowanie będzie konieczne. I okazało się, że robienie prostych posiłków dla dziecka to nie jest taki dramat. Przede wszystkim zaprzyjaźniłam się z sitkiem do gotowania na parze. Poza tym ustawiłam sobie w kuchni wózek, do którego wsadzałam małego i dawałam mu różne kuchenne (oczywiście bezpieczne) przyrządy do zabawy, żeby znaleźć sobie czas na przygotowanie jedzenia (bo nawet 15 min bez rozrywek i kontaktu z bazą to dla mojego małego człowieka zbyt wiele). Gdyby nie to, że mały tak ciężko znosi to, że robię coś innego niż zajmowanie się nim, to pewnie chętnie przygotowywałabym nawet bardziej skomplikowane rzeczy, bo zaczęło mi to nawet sprawiać radość. Póki co te bardziej skomplikowane rzeczy zostawiam mężowi - przygotowuje je na weekendowe obiady albo wieczorami na następny dzień, jeśli znajdzie trochę czasu.

Jeden z hitów BLW czyli brokuł na parze, a do tego ogórek (super na ząbkowanie) oraz dobre tłuszcze, czyli awokado. No i amarantus, który obecnie sypię właściwie gdzie się da ;)

Zmiany dla siebie

Na końcu najważniejsze - okazało się, że to prawda, że BLW dla dziecka to również ulepszenie nawyków żywieniowych rodziców. Często kiedy Franek je to my jemy razem z nim, więc najłatwiej przygotować to samo. Czyli coś zdrowego. W ten sposób pokochałam wszystkie warzywa, których do tej pory nie byłam fanką, a także znalazłam sposób na dodanie smaku tym, które mi nie odpowiadały (np. nie lubię buraka samego w sobie, ale w muffinach albo naleśnikach jest ekstra, a do tego jest gęsty odżywczo, co jest bardzo ważne przy BLW, bo niemowlaki jedzą mało). Muszę też ograniczyć podjadanie, zwłaszcza niezdrowych rzeczy, bo Franek rozumie już co to jedzenie i kiedy widzi, że jem i nie dzielę się z nim, to się irytuje. A przecież czekoladą albo czipsami się z nim nie podzielę... Poza tym dużo dowiaduję się o bilansowaniu posiłków, a także ich zawartości odżywczej, potrzebach ludzkiego organizmu, dzięki czemu sama poznaję nowe sposoby na ulepszenie swojego jedzenia (odkryciem było dla mnie na przykład istnienie bogatego w ważne dla dzieci żelazo amarantusa). W ten sposób dieta niemowlaka zaczęła wpływać na naszą dietę.

Na koniec nieprzekonanym powiem jeszcze, że naprawdę fascynująca jest obserwacja dziecka w takim procesie rozszerzania diety - jak nabiera nowych umiejętności, jak niespotykanie łączy smaki, je w sposób, jakiego byś nie wymyślił/a, czy też zamienia posiłek w lekcję plastyki (polecam dać dziecku jogurt w kubeczku i po prostu pozwolić działać!). Nie bójcie się i dobrej zabawy!

Sensoplastyka przy jogurcie

POMOCNE PRZY BLW:

Książka "Bobas lubi wybór" Gill Rapley, Tracey Murkett
Blog Szpinak robi bleee
Blog Alaantkowe BLW oraz ich książki z przepisami
Blog Małgorzaty Jackowskiej 
Czytaj dalej »

niedziela, 9 grudnia 2018

10 gadżetów do wyprawki

0
Małe dziecko tak naprawdę nie potrzebuje wiele, żeby przeżyć i mieć się dobrze. Przede wszystkim potrzebuje opiekuna, czegoś do jedzenia (przez pół roku możesz mieć to prawie za darmo jeśli karmisz piersią), zestawu ubranek, kilku kosmetyków, ciepłej wody w kranie, pieluszek, śpiworków lub rożków i miejsca do spania. Jednak rodzice zazwyczaj zwiększają ilość rzeczy w wyprawce. I może zdecydujecie się na bardzo drogi bujaczek albo leżaczek, wózek z siedmioma amortyzatorami, świecącą i grającą karuzelę, kołyskę, szumiącą maskotkę albo coś jeszcze innego. Moim zdaniem wszystkie te wymienione rzeczy są kompletnie niepotrzebne. Poniżej lista tego, co sama poleciłabym innym mamom na początek macierzyństwa, jeżeli koniecznie chcą wydać więcej pieniędzy.

1. Chusta

Jak pisałam w innym wpisie chusta okazała się u nas absolutną koniecznością. Nie każde dziecko ciężko przechodzi tak zwany 4 trymestr, nie każde ma wrodzoną awersję do wózka. Ale każde potrzebuje bliskości rodzica, a rodzic na pewno chętnie odciąży swój kręgosłup. Więc nawet jeśli wasze dziecko będzie odkładalne, to chusta może się przydać do wzmacniania więzi albo na spacery, na które nie chce wam się ciągnąć wózka. Wbrew pozorom jej wiązanie w ogóle nie jest trudne, łatwo ją ze sobą wszędzie zabrać, a także może ją z powodzeniem nosić zarówno mama, jak i tata. Z perspektywy czasu widzę, że nieco trudniejsze pod pewnymi względami jest nosidło, w którym macie dopasowane do swojego wzrostu i rozmiaru klamry, które trzeba przestawiać przy zmianie noszącego. Poza tym nosidła możecie używać dopiero, kiedy dziecko zacznie samo siadać - jeśli ktoś przekonuje was, że jest inaczej, to prawdopodobnie chce z was ściągnąć kasę (ach ten marketing robiony na rodzicach), bo nic nie da tak prawidłowej postawy i odpowiedniego podparcia jak odpowiednio dociągnięta chusta. 

2. Subskrypcja Netflixa. I może jeszcze HBO GO.

Bardzo potrzebne, jeśli chcesz przeżyć maraton karmień w pierwszych miesiącach (u nas trwały nawet po 12 godzin), a potem drzemki dziecka odbywające się na tobie (tak, wiem, są dzieci, które odłożone śpią w swoich łóżeczkach i nie rozpaczają z tego powodu, ale nie znam takich wiele). I w czasie ciąży najlepiej zwalcz pokusę obejrzenia wszystkich seriali. Przydadzą ci się potem (tak, miałam takie momenty, że już nie miałam co oglądać).

3. Czujnik oddechu lub dostawka do łóżka

Prawie wszystkie mamy mają ze sobą coś wspólnego - sprawdzają, czy ich dziecko oddycha. Przez to nawet przez te krótkie momenty, kiedy w nocy śpi w swoim łóżku, one też nie śpią, zamiast odpoczywać. Sama już w ciąży wiedziałam, że będę jedną z tych mam, która stoi nad dzieckiem i trzęsie się ze strachu, czy na pewno wszystko z nim ok. Ponieważ śpimy na kanapie, do której nie można dołączyć dostawki, zainwestowaliśmy w czujnik. Zielona lampeczka informująca mnie, że wszystko jest ok, pozwoliła mi zmrużyć oczy (chociaż i tak zdarzyło mi się kilka razy sprawdzić, czy Franek oddycha!). Nie jest to tani gadżet (zwłaszcza, że najlepiej kupić ten, który ma status produktu medycznego), ale jeśli macie wydać na coś w stylu mamaroo albo inny leżaczek-zabawiaczek, to to, moim zdaniem da wam dużo więcej spokoju. Jednak, jak zawsze, każda mama i dziecko są inne, więc każdy może mieć inne potrzeby. A i nie zapominajmy, że mimo wszystko najlepszym sprzętem jest czujność rodzica - czujnik więc nie zwalnia nas z myślenia, np. o tym, żeby w dziecięcym łóżeczku nie kłaść przytulanek i kocyków, ochraniaczy, czy też innych bajerów. Zamiast czujnika fajnym rozwiązaniem może być wspomniana dostawka - dziecko jest cały czas tuż obok, możemy trzymać na nim dłoń, ułatwia to też karmienie piersią.

Pies to niestety dość zawodny czujnik oddechu

4. Dobry fotelik samochodowy

Nawet jeśli nie masz samochodu, często przemieszczenie się gdzieś samochodem może być konieczne. Nikomu nie życzę źle, ale być skazanym na komunikację miejską, kiedy trzeba pędzić do lekarza, to nic przyjemnego. A niestety nie wszystkie taksówki są wyposażone w foteliki. 

5. Prosta karuzela lub pałąk edukacyjny

Zapewni chwilową rozrywkę, kiedy musisz siku albo zjeść coś na szybko. Co prawda sprawdza się tylko przez kilka pierwszych miesięcy, kiedy dziecko leży, ale przecież wtedy też ludzie robią siku i jedzą. Karuzela nie musi być droga, świecąca, grająca, zabawiająca na milion sposobów. Można ją nawet zrobić samemu, jeśli tylko ma się lekko kreatywne zacięcie. Musi się tylko obracać, nie musi mieć nawet do tego mechanizmu, wystarczy, że nią zakręcisz.

Pałąk z IKEI był u nas w użyciu prawie codziennie

6. Przewijak

Dziecko można przewijać wszędzie - na podłodze, na łóżku, tapczanie (moja znajoma, mam nadzieję, że nie ma mi za złe, że tu o niej wspominam, przewijała raz dziecko na stole w remizie strażackiej). Ale przewijak to troska o twoje plecy, zwłaszcza na początku, kiedy dziecko tylko leży, nie obraca się, ale za to wiele razy wymaga zmiany pieluszki. Potem część dzieci przestaje lubić przewijaki albo wiercą się na nich na tyle, że ich używanie nie ma sensu. Jednak początkowo do zmian pieluszek i pielęgnacji jest to bardzo pomocna inwestycja. 

7. Jeśli nie masz wanny - wanienka ze stojakiem

Ponownie jest to troska o twój kręgosłup, który i tak będzie zmęczony noszeniem, dźwiganiem i schylaniem się na miliard sposobów. Niech więc wanienka stanie na stojaku, a nie np. pod prysznicem, gdzie trzeba się będzie nagimnastykować, aby z niej skorzystać. Dmuchana wanna pod prysznic to lepsze rozwiązanie na podróże.

Mąż, wanna i Radiohead

8. Szeleściaki

Nie byłam przekonana do tej słynnej zabawki, bo nie rozumiałam, czemu tak fascynujące ma być szeleszczenie. Okazuje się, że dzieci to uwielbiają. U nas szeleściak na początku sprawdzał się doskonale na uspokajanie w podróży (chociaż wiadomo, idealnego spokoju osiągnąć się nie dało), a także na przewijaku, kiedy Kartofelek był noworodkiem i irytowała go pielęgnacja. Potem mógł bawić się nim sam - do woli szeleścić, odkrywać, gryźć, przytulać. Jest to jedna z nielicznych zabawek, które naprawdę polecam na pierwsze miesiące. No może jeszcze różne kontrastowe zabawki, które super skupiają wzrok maluszka - ale o pomysłach na zabawy będzie jeszcze w innym wpisie ;).

Tak, mój syn bawi się i autem, i jednorożcem

9. Lustro

Kolejna "zabawka", która jest warta polecenia. Niemowlaki lubią oglądać drugiego dzidziusia po drugiej stronie, a także zadziwiać się faktem, że rodzic jest zarówno obok jak i w lustrze! Oczywiście nie zachęcam do pozostawiania dziecka z lustrem sam na sam (chyba że to bezpieczne lusterko dla dzieci), ale wspólne oglądanie się jest zajmującą zabawą i potrafi też ukoić płacz i starszego niemowlęcia. 

10. Gryzaki

Niektórym dzieciom zęby wychodzą przed rozszerzaniem diety (na przykład mojemu) i wtedy dla ukojenia nie można zastosować zimnego ogórka z lodówki. Wtedy przy ząbkowaniu życie ratują różne gryzaki - u nas sprawdziły się te wodne, jak również gumowe i kauczukowe. Drewniane też dają radę. Jeśli chcesz używać ich podczas spacerów przydadzą się takie, które można przyczepić do ubranka.

Skoro syn nie jest fanem wózka, to mogą w nim jeździć chociaż gryzaki...

Tak wygląda moja lista gadżetów do wyprawki. Każda z mam i każdy z ojców na pewno mogliby napisać własną, która różniłaby się znacznie od tej. Co znalazłoby się na waszej? Co się przydało, a co właściwie moglibyście sprzedać nienaruszone? 
Czytaj dalej »

niedziela, 2 grudnia 2018

10 rzeczy, które zaskoczyły mnie w byciu rodzicem

0
Często jest tak, że zanim czegoś doświadczymy, to wyobrażamy sobie jak to mniej więcej wygląda. Jako dzieci sądzimy, że życie dorosłych to "mogę wszystko", a potem okazuje się, że to raczej "zobaczę na ile mogę sobie pozwolić, żeby nie przymierać głodem i nie stracić przy tym jasności umysłu". Zanim wybierzemy się na wakacje, wyobrażamy sobie jak będzie na miejscu, jak odpoczniemy leżąc plackiem, a już na samym urlopie zapominamy jak się odpoczywa. I tak dalej. Wszyscy też zanim zostaniemy rodzicami (oczywiście mówię tylko o tych, którzy rodzicami chcą zostać) mamy w głowie jakiś obraz rodzicielstwa, który potem ulega drastycznej zmianie. Oto kilka rzeczy, które mnie zaskoczyły (chociaż wiadomo, że każde dziecko, tak samo jak każdy człowiek dorosły, jest kompletnie inne, więc część tych podpunktów albo wszystkie u innych mam mogą wyglądać kompletnie inaczej).


1. Noworodki wcale nie śpią prawie przez cały czas

Mój "spał cały czas" z przerwami na jedzenie przez jakiś tydzień. Potem zrobiło się dużo, dużo trudniej.

2. Przewijanie i kupa nie są obrzydliwe

Serio, mleczne kupy są całkiem spoko (jakkolwiek to brzmi). Nie śmierdzą, łatwo da się nimi "zarządzać". Nie było dla mnie obrzydliwe nawet przyglądanie się im, kiedy działo się coś niedobrego. Zdarzyło mi się nawet ucieszyć na widok kupy, która już nie wyglądała na objaw problemów. Dlatego nie rozumiem tych całych historii o tym, jakie to przewijanie koszmarne, a w dodatku niemęskie ("Już ja widzę jak Adam będzie przewijał dziecko HE HE HE"). Przewijanie to zupełnie normalna czynność, czasem utrudniana przez zainteresowanego wszystkim wokół noworodka i jedna z najłatwiejszych w całym tym rodzicielstwie. I może być wykonywana z powodzeniem zarówno przez jednego, jak i drugiego rodzica.

3. Nie bałam się ciemiączka

Wizja tego, że moje dziecko będzie miało miękki fragment główki, na który trzeba uważać, była dla mnie naprawdę przerażająca. Bałam się, że go uszkodzę, źle złapię, że trzeba będzie wyjątkowo delikatnie się z tym obchodzić, a każdy najdrobniejszy błąd będzie mógł sprawić, że zrobię mojemu dziecku nieodwracalną krzywdę. Okazało się, że owszem, ciemiączko istnieje, ale dotykanie główki malucha nie wiąże się z przerażeniem. Intuicyjnie wiedziałam jak go łapać, a nawet trochę się cieszyłam, że dzięki ciemiączku widać jak dziecku bije serducho.

4. Nie bałam się podnoszenia dziecka

Może to kwestia tego, że mój kartofelek urodził się naprawdę duży (prawie pięć kilo), ale podnoszenie go również okazało się intuicyjne. Przed porodem myślałam, że będę się bała w ogóle wziąć go na ręce, że przypadkiem zrobię mu coś złego. Położne w szkole rodzenia mówiły nam, że o ile nie będziemy chcieli dziecka skrzywdzić celowo, to nic mu się nie stanie. I to prawda. Wystarczy ostrożność i wrodzona intuicja, a podnoszenie szkraba okazuje się sprawą prostą.

5.  Karmienie piersią za to nie jest proste

Z kolei to, co jawiło mi się jako banalnie proste, czyli karmienie piersią, okazało się najtrudniejszą rzeczą. W szkole rodzenia laktacji poświęcono jedne zajęcia i według mnie i tak dostałam więcej informacji niż większość matek w tym kraju, które nie mają pojęcia o tym, jak ten proces wygląda. Nadal jednak wyobrażałam sobie, że przystawię malucha i wszystko właściwie będzie działo się samo, malec będzie zadowolony i nakarmiony, a ja szczęśliwa i piękna niczym kobiety karmiące ze stylizowanych zdjęć na łąkach. Okazało się, że karmienie piersią to mega ciężka praca, która wymaga poświęcenia, czasu, a także nauki - zarówno ze strony matki, jak i dziecka. Na moje szczęście w moim otoczeniu (poza szpitalem) było niewiele głosów, które karmiły mnie mitami o chudym mleku, diecie matki karmiącej, małej ilości pokarmu, karmieniu co trzy godziny, czy innych równie bzdurnych pierdołach. Trafiła mi się dobra pediatra i wyrozumiała rodzina. Nie spodziewałam się, że przez pierwsze miesiące będę właściwie cały czas karmić, ale dzięki wiedzy, wsparciu, a przede wszystkim samozaparciu udało się, a potem zrobiło się ciut łatwiej. Teraz karmię małego co kilka godzin i cieszę się, że pod ręką mam zawsze niezawodny cyc uspokajacz, a moje dziecko dostaje najlepszy pokarm na świecie. Warto było przez te pierwsze dwa-trzy miesiące karmić właściwie non stop, mimo że ciągle np. w internecie, słyszę głosy o tym, że kp "nie warto za wszelką cenę" i mimo że kompletnie nie spodziewałam się, że tak to będzie wyglądało.

6. Wyjścia z domu bez dziecka kiedy karmisz piersią wcale nie są łatwe

Kiedy byłam w ciąży myślałam, że to żadna filozofia - odciągasz mleko, ktoś podaje dziecku jak cię nie ma, proste! Okazało się, że jest, oczywiście, zupełnie inaczej. Po pierwsze samo odciąganie w ogóle nie jest łatwe, zajmuje dużo czasu (przynajmniej mi), a podczas tego czasu mleka zbiera się niewiele. Nie ma szans, żeby tego samego dnia odciągnąć odpowiednią ilość mleka i zostawić je dziecku. Zwłaszcza jeśli cały czas zajmujesz się dzieckiem i nie masz kiedy tego mleka odciągać... Do tego dochodzą problemy z podaniem mleka - butelka zaburza odruch ssania, inne metody są dość skomplikowane albo przerażające dla innych (np. kubeczek), a nawet jeśli pogodzisz się z ryzykiem zaburzenia odruchu to... dziecko może nie chcieć butelki. I w ogóle może nie chcieć pić twojego mleka nie z cycka. Tak było u nas, co sprawiło, że pożegnałam się na długo z wielogodzinnymi wyjściami z domu bez dziecka. Zabierałam go więc ze sobą lub wychodziłam między karmieniami (na szczęście mały zaakceptował zasypianie z tatą i udawało się nawet wymknąć na koncert, byle szybko!).

7. Pieluszkowe zapalenie opon mózgowych dotyka chyba każdego w pewnym stopniu

Czy chcesz, czy nie, jakkolwiek będziesz się zarzekać, zrobisz jedną z tych dziwnych rzeczy, o które siebie samej nie podejrzewałaś. Ja na przykład poryczałam się na koncercie Beyoncé, kiedy na telebimach pokazano jej dzieci, a ja miałam świadomość, że po raz drugi w życiu zostawiłam syna samego z tatą. 

8. Zrzucenie wagi po porodzie to nie jest aż tak gigantyczny problem (chociaż nie uważam, że to było w jakikolwiek sposób istotne)

Po pierwsze codziennie robisz mega cardio - podnoszenie ciężarów, przysiady, nieraz bieganie (np. żeby szybko zrobić siku zanim dziecko się rozpłacze, że zniknęłaś). Po drugie - jeśli karmisz piersią to (chociaż słyszałam, że nie jest tak u absolutnie każdego) zużywasz mnóstwo energii i zarazem chudniesz. Ja zaczęłam ważyć mniej niż ważyłam przed ciążą bardzo, bardzo szybko, a kompletnie nie przywiązywałam do tego wagi (he he he, wagi) - po prostu nie miało to dla mnie żadnego znaczenia.

9. Chusta to nie fajny bliskościowy gadżet, chusta to konieczność

I znowu - oczekiwania versus rzeczywistość. W ciąży myślałam, że chusta będzie takim fajnym gadżetem do pobycia blisko z maluszkiem, wyjścia na fajny spacer oraz zrobienie sobie super profilowego (to jedno się udało!). Okazało się, że chusta to absolutna konieczność, zwłaszcza na samym początku. Nasz kartofelek to egzemplarz nieodkładalny na czas drzemek, a kiedy w okresie noworodkowym spał i jadł na przemian, a potem przeżywał ciężko kolki, chusta ratowała nam życie. Później przydawała się na spacerach, kiedy nie akceptował wózka. No i ostatecznie - to też jest fajny gadżet i przyjemna bliskość!



10. W życiu matki niemowlaka to wcale nie noce są najgorsze

Noce są trudne. Czasem nie śpi się całą noc, czasem pół, nie raz budzisz się po wielokroć. Zwłaszcza na samym początku. Ale nie wiem, czy to przez mój wcześniejszy dziwny tryb życia (praca w bardzo różnych godzinach, również w nocy, późne kładzenie się spać, wczesne pobudki), czy przez to, że bardzo, bardzo źle znosiłam sen w ciąży i nie spałam prawie w ogóle, ale noce z dzieckiem okazały się nie takie złe w porównaniu do snu i aktywności dziecka w dzień, kiedy to wszystko naprawdę jest wymagające. Oczywiście każde dziecko jest inne, ale mimo, że niektórzy szeroko otwierają oczy, kiedy mówię, że moje dziecko nadal budzi się w nocy (ma dopiero osiem miesięcy i nie spodziewam się, że ten stan szybko się skończy, ale ewidentnie niektórzy sugerują się albo własnym doświadczeniem albo bardzo dziwnymi informacjami) to mi jakoś te pobudki nocne nie przeszkadzają tak bardzo jak zdawało się, że będą przeszkadzać (jakbym dostała dolara za każde "wyśpij się" powiedziane mi w ciąży to dziś byłabym multimilionerem).

I BONUS, czyli podpunkt najważniejszy - zaprawdę nie ma tak wielkiej miłości jak ta do własnego dziecka.

Kocham moją rodzinę, kocham mojego męża (i to już od kilkunastu lat), kocham mojego psa. Moich przyjaciół. Ale, chociaż wcześniej myślałam, że to frazes, miłość do dziecka to jest coś zupełnie innego. To uczucie, którego nie doświadczyłam nigdy wcześniej w życiu, oddanie i radość połączone ze strachem, który towarzyszy ci już zawsze. I nawet jeśli zdajesz sobie sprawę, że miłość do dziecka to największa miłość w życiu, wiesz, bo tak mówią ci znajomi, blogi i telewizja, to nic nie przygotuje cię na to, co cię zaleje. I to będzie naprawdę przepiękne uczucie.
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia