Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 listopada 2018

Koncertowy przegląd listopadowy

0

15 listopada - Public Service Broadcasting

Ja i lider PSB - J. Willgoose, Esq. po rozmowie dla musicnow.pl
Gdzie? Hybrydy, Warszawa
Organizator: Go Ahead
Za ile? 75 zł

Public Service Broadcasting ostatnio często odwiedzają Polskę. Ostatni raz widziałam ich około roku temu, zresztą też w Warszawie. Jak pewnie większość fanów formacji poznałam ich dzięki albumowi "The Race for Space", który łączy ze sobą muzykę i sample z misji kosmicznych. Potem odkryłam, że PSB robią też inne fajne rzeczy, ale za każdym razem według podobnego schematu, czyli właśnie łączenia historycznych nagrań z muzyką. Na albumie debiutanckim były to nagrania z początków istnienia telewizji, na trzecim za ich pomocą opowiedzieli historię górników i ich strajków w Walii. Kiedy na koncercie przedstawiali dźwiękami i wizualizacjami misję na księżyc czułam tak silne emocje, jakbym nie wiedziała, jak ta historia się skończy. Chciałabym je poczuć znowu. Poza tym to po prostu bardzo mili goście.



18 listopada - Zeal and Ardor

Gdzie? Proxima, Warszawa
Organizator: Go Ahead
Za ile? 79 zł

Kiedy pierwszy raz usłyszałam Zeal and Ardor, zanim jeszcze wydali swój debiutancki album (taki ze mnie hipster!), byłam oczarowana wykorzystanym przez nich połączeniem pieśni czarnoskórych niewolników z black metalem (jeśli ktoś wpadł na to przed nimi to serdecznie przepraszam, że ten kreatywny pomysł przypisuję właśnie im). Soulowe i mistyczne zaśpiewy oraz szczęk łańcuchów dostały tutaj coś dodatkowego, czego, ma się takie wrażenie słuchając ich, zawsze tam brakowało - wściekłości i mocy. I na żywo te wykonania aż człowiekiem trzęsą. 



21 listopada - MØ

Gdzie? Stodoła, Warszawa
Organizator: Alter Art
Za ile? 125-145 zł

Dunkę MØ zna już chyba każdy kto był w ostatnich latach na jakimkolwiek festiwalu w Polsce. Albo uruchomił najpopularniejsze utwory na Spotify, gdzie nuciła hit "Lean on" razem z Major Lazer (ciekawa historia - dawno temu, kiedy pierwszy raz usłyszałam nazwę "Major Lazer" przeczytałam ją tak, jakbyście to przeczytali po polsku, czyli dosłownie "major laser" i byłam pewna, że to jakiś polski raper i mogę sobie spokojnie odpuścić jego koncert na Open'erze - na późniejszym Open'erze, kiedy już wiedziałam, że to zupełnie coś innego i poszłam zobaczyć projekt na żywo, okazało się, że się nie myliłam przynajmniej częściowo - mogłam sobie odpuścić). MØ, mimo że przyjeżdża z miejsca gdzie jest raczej zimno (a w dodatku nie ma lasów) to na pewno przywiezie za sobą letni, imprezowy powiew. Jeśli popowe tańce i kobieca energia to coś, czego szukacie w listopadzie to koncert dla was. Chociaż przyznam, że kiedyś, kiedyś, kiedy MØ pierwszy raz pojawiła się na Open'erze byłam zachwycona jej siłą, jej dawaniem z siebie wszystkiego, porywaniem tłumu, a obecnie nie jestem przekonana czy na sto procent chcę ją znowu zobaczyć, bo trochę zbytnio, jak dla mnie, złagodniała.


22 listopada - Sevdaliza

Gdzie? Palladium, Warszawa
Organizator: Go Ahead
Za ile? 105 zł

W przeciwieństwie do wyżej wymienionej Dunki, Sevdaliza to pewnik. To osoba, która na pewno da wam niezapomniane wrażenia, która zabierze was w świat, z którego nigdy nie będziecie chcieli wyjść. Wiem, że już nieraz chwaliłam ją na fanpage, czy na innych portalach, na których się udzielam (np. musicNOW!), ale naprawdę, ale to naprawdę warto zobaczyć tę niesamowitą kobietę na żywo. Z pochodzenia Iranka mieszkająca od dość dawna w Holandii, w międzyczasie zawodowa koszykarka i modelka, sensualna tancerka obdarzona głosem, którym śpiewałaby do nas gorąca czekolada albo kawa z chilli, gdyby mogła. W dodatku nie jest to tylko piękna fasada, ale też treść, która czasem drażni, czasem się buntuje, a na pewno nie pozwala o sobie zapomnieć.


27 listopada - Uncle Acid and The Deadbeats

Gdzie? Hybrydy, Warszawa
Organizator: Live Nation
Za ile? 66 zł

Uncle Acid And The Deadbeats to z kolei propozycja "solidna". Na OFF Festivalu całkiem niedawno wykonali zadanie - zagrali dobry, ale nie znakomity koncert, czyli dokładnie to, czego od nich oczekiwałam. Przeniosą was w odurzone LSD lata 70., więc może zakręcić się w głowie. Koniecznie nie trzeba, ale warto sprawdzić.

 

29 listopada - Kero Kero Bonito

Gdzie? Smolna
Organizator: Follow the Step
Za ile? 59 zł

Kero Kero Bonito i ich słodko-kwaśny sos azjatycko-popowo-elektroniczny umieszczam tutaj właściwie z pewnym kredytem zaufania. Nie porwali mnie na OFF Festivalu, ale od czasu ich występu minęło parę dobrych lat, zespół wydał lepsze utwory oraz zebrał wiele pozytywnych recenzji na temat swojej działalności w internecie. Chciałabym więc dać im pod koniec listopada szansę na poprawę swojego wizerunku w moich oczach (a także bardzo bym chciała potańczyć do tej przyjemnej piosenki o krewetkach).

 
Czytaj dalej »

niedziela, 30 września 2018

Koncertowy przegląd październikowy

0
wypatrując jesiennego sezonu koncertowego

1 października - Poppy 

Gdzie? Drukarnia, Warszawa
Organizator: fource.pl
Za ile? 79/90 zł

Muzyka Poppy, nie ukrywajmy, nie jest super (chociaż próbowałam wyrzucić z głowy "Computer Boy", ale dalej nucę "I fell in love with my laptop computer", więc może jednak coś w tym jest). Ale nie o muzykę tu chodzi. Poppy to internetowa kreacja, kobieta z komputera, ekranowa fantazja. Interesująco prezentuje się jako jutubowy projekt, więc warto sprawdzić jak brzmi i wygląda na żywo coś, co jest zaprojektowane, aby istnieć w sieci. Zwłaszcza, że to jej pierwszy koncert w Polsce.



6-10 października - Jack White 

Gdzie? 6.10 - Gdynia Arena, 7.10 - Hala nr 2 Międzynarodowych Targów Poznańskich, 9.10 - warszawski Torwar, 10.10 - Tauron Arena Kraków 
Organizator: Alter Art
Za ile?   6.10.2018 / Gdynia, Gdynia Arena: 198 PLN, 188 PLN; 7.10.2018 / Poznań, Hala nr2 MTP: 198 PLN; 9.10.2018 / Warszawa, Torwar: 198 PLN, 178 PLN; 10.10.2018 / Kraków, Tauron Arena Kraków: 189 PLN, 169 PLN

Czemu Jackowi chce się przyjeżdżać na czterodniową trasę po wielkich arenach właśnie do Polski - nie wiem. Może to duża baza fanów, może jego polskie korzenie, a może siła przekonywania szefa Alter Artu - Mikołaja Ziółkowskiego. Ale to w sumie nieważne - ważne, że cały czas chce odwiedzać nasz kraj, bo to co robi na żywo robi dobrze. Dużo w tym energii, pierwotnego magnetyzmu i całkiem dobrej muzyki połączonej z, po prostu, dobrą zabawą. Ja tam idę się przede wszystkim wyszaleć i to wam też polecam.


19-20 października Mac DeMarco 

Gdzie? Progresja, Warszawa
Organizator: Go Ahead
Za ile?  130 zł

To z kolei zupełne przeciwieństwo tego co robi poważny i zaangażowany White. Mac to wyluzowany chłopak odpalający fajka od fajka, który chce, żeby wszyscy poczuli się wyluzowani. Gitara, delikatny wokal, teksty z którymi możemy się utożsamić i pachnący zieloną pięciolistną rośliną chill to znaki rozpoznawcze. Jeśli chcecie znowu poczuć się jak na wakacyjnej imprezie z dobrym brzmieniem wydobywającym się z głośniczków ustawionych gdzieś na parapecie z podłączonym telefonem - warto.


20 października - George Ezra  

Gdzie? Torwar, Warszawa
Organizator: Go Ahead
Za ile? 149 zł

Ezra to najbardziej easy-listeningowa propozycja na tej liście. Brzmiący jak człowiek po siedemdziesiątce (dlatego tak dobrze wygląda sir Ian McKellen robiący lip sync do jego piosenki w teledysku) młody chłopak ciepło śpiewa nam o miłości, podróżach i innych pierdołach. Jest miło, przyjemnie i można nawet zakręcić bioderkiem. Na koncert możecie zabrać swoją mamę i powinno jej się spodobać.

Czytaj dalej »

środa, 5 września 2018

Matka na festiwalu - Open'er i OFF z niemowlakiem

0
Jak wspomniałam ostatnio w tym roku po raz pierwszy wybrałam się na Open'era z nowym członkiem rodziny, czyli moim pierworodnym. Potem skoczyliśmy jeszcze wspólnie na OFF Festival.

Franek w momencie rozpoczęcia Open'era miał 3 miesiące i właściwie dopiero zaczęliśmy od niedawna ogarniać nasze wspólne życie na zadowalającym poziomie, że tak to ujmę - rozumieć siebie nawzajem dość dobrze. Festiwal jawił się więc jako naprawdę trudne przedsięwzięcie. Przed Open'erem szukałam informacji, relacji, jakichkolwiek śladów w internecie pozostawionych przez matki, które już przez to przeszły. Jednak nie bardzo się udało. Dlatego postanowiłam sama napisać z czym to się je, czyli czego możemy się spodziewać na miejscu, na co uważać, a czego się nie bać i jak wypadają OFF i Open'er w rodzicielskim porównaniu.


1. Jeśli karmisz piersią przygotuj się, że będziesz to robić w bardzo dziwnych sytuacjach

Mi się zdarzyło to czynić na backstage Open'era kiedy mijał mnie techniczny The Bad Seeds (o tym jak się tam znalazłam w poniższych punktach), w drodze na teren festiwalu niosąc młodego na rękach, w taksówce, w pociągu, a także na koncertach - między innymi Noela Gallaghera, Depeche Mode, Bruno Marsa, Arctic Monkeys, Big Freedi, Furii, Mosesa Sumneya, Clap Your Hands Say Yeah i wielu innych. Jednak jeśli się nieco wstydzicie to jest pocieszenie w tej całej sytuacji - na tak wielkiej imprezie ludzi jest dużo, a zdecydowaną większość interesuje głównie scena i muzycy na niej, a nie wy i wasze cycki, więc spoko.

1a. W ogóle a propos przygotowań - dobrze się przygotuj, zabierz co trzeba, żebyś nie musiała wracać z terenu na sygnale bo nie masz pieluch, mokrych chusteczek, kilku ubrań na przebranie w razie czego albo czegoś tam jeszcze. I pamiętajozmianach pogody i o żelu antybakteryjnym, bo na festiwalach trudno o umywalki, a przewijać dziecko będziesz na pewno. I nie zawsze na przewijaku. Nie przejmuj się, że masz tak dużo rzeczy, możesz je wozić w wózku, jest to całkiem wygodne!



2. Zapomnij o szczegółowym przeszukiwaniu przez ochronę i kolejce do wejścia

Zarówno na Open'erze, jak i na OFFie rodzice wchodzą na festiwal osobnym wejściem bez kolejki. Na Open'erze dzieje się to dodatkowo przez backstage, żeby było szybciej (stąd moje karmienie na backstage'u!). Przy takim przejściu zawsze towarzyszy wam wolontariusz. Jeśli ochrona was w ogóle przeszukuje, to jedynie pobieżnie (bo wyobraźcie sobie teraz zaglądanie w każdy zakamarek wózka albo niemowlęcej torby pełnej pieluch i mokrych chusteczek). Na Open'erze poza przejściem bez kolejki macie też wstęp na platformy dla niepełnosprawnych, żeby nie stać w tłumie z wózkiem na koncertach. My co prawda z nich nie skorzystaliśmy, uznając że są inni, którzy ich bardziej potrzebują - po prostu stawaliśmy raczej na tyłach i było spoko.


3. Zabierz WŁASNE ochraniacze słuchu dla dziecka

Po pierwsze jeśli masz własne ochraniacze to możesz najpierw wypróbować je w domu. Czy pasują, czy nie denerwują dziecka, czy da się je założyć na dziecko w chuście itd. Po drugie, mimo że organizatorzy obiecują, że na terenie kupisz ochraniacze dla dzieci, to ochraniacze to nie woda z kranu, której można dolewać do baniaków i mogą się skończyć. Tak zdaje się stało w tym roku na OFF Festivalu, gdzie zagubieni rodzice pytali nas skąd mamy ochraniacze, bo w sklepie festiwalowym ich nie ma. A jeśli w ogóle nie pomyśleliście o tym, żeby w takie ochraniacze zainwestować, bo po co, to uwierzcie mi - po prostu to zróbcie. Głośne dźwięki versus uszy malutkiego dziecka to nie jest równa walka, a jak podrośnie to jeszcze będzie miał okazję posłuchać muzyki na żywo bez większego ryzyka.


4. Pamiętaj - cyc albo chusta działają zawsze w 90 procentach 

 Jeśli będzie się coś działo, dziecku będzie źle, nie będzie mogło się uspokoić albo zasnąć, to te rzeczy zazwyczaj działają. Karmisz, wkładasz do chusty i możesz się spokojnie przemieszczać. Młodszy niemowlak pewnie prędko zaśnie, starszy z zaciekawieniem będzie oglądał otoczenie. A jak ci ciężko to zazwyczaj dziecko ma dwóch rodziców i tata też może chustować (chociaż karmić to nie za bardzo).


5. Strefa dla dzieci - Kids Zone versus Piaskoffnica 

Zarówno Open'er jak i OFF mają strefy dla dzieci (aby do nich wejść trzeba mieć specjalną opaskę, którą uzyskuje się po podpisaniu odpowiednich dokumentów, dodatkowo na OFFie na opasce dziecka znajduje się jego imię, nazwisko i numer telefonu do opiekuna). Strefy różnią się jednak i każda ma swoje plusy i minusy.

Open'er Kids Zone 
+ blisko głównej części festiwalu, z widokiem na main stage i łatwym dojazdem
+ czynna dość długo - do północy
+ przewijak i osobna toaleta (przewijaki są nawet dwa - zarówno w toalecie męskiej jak i damskiej)
+ gry i zabawy dla starszych dzieciaków
- jest w niej głośno ze względu na bliskość sceny
- mocno zatłoczona
- przewijak w blaszanym baraku, w którym może być gorąco i ciasno (ale za to nie pada!)
- osobne miejsce dla matek karmiących według mnie sugeruje, że powinny się schować, podczas kiedy uważam, że mogą spokojnie karmić i oglądać koncerty, ale z drugiej strony to plus, bo jeśli jakaś pani się wstydzi to może się tam schować i nie musi się gnieździć w toalecie

Piaskoffnica 
+ cicha i spokojna
+ nie ma sugerowania, że mama karmiąca powinna się schować, ale jakby chciała to z drugiej strony nie bardzo ma gdzie
+ przewijak pod dachem, ale na świeżym powietrzu
+ gry i zabawy dla starszych dzieciaków, a także lody
+ telefon do opiekuna na opasce
- trudny dojazd, daleko od głównej części festiwalu i droga nie jest ubita przez co przejazd z wózkiem jest karkołomny
- tylko jeden przewijak, ale ludzi jest mniej więc nie jest to duży problem
- czynna krótko - tylko do 20

6. Zacznij od zwiadu

Pamiętaj, aby zostawić sobie zapas czasu na sprawdzenie jak wszystko wygląda na miejscu (np. gdzie jest strefa dla dzieci), na uspokojenie się, rozeznanie, nakarmienie dziecka, wsadzenie do chusty i tak dalej. Poza tym z dzieckiem wszystko idzie wolniej.


7. Nastaw się na to, że nie zobaczysz wszystkiego 

Czasem będzie za gorąco albo będzie padało i na coś nie uda się pójść. Nie uda ci się szybko przebiec między scenami. Nie wytrzymasz z dzieckiem do późnych godzin nocnych na terenie (no ok - ja nie wytrzymywałam dłużej niż do 1 w nocy z kawałkiem, bo potem trzeba wstać około siódmej rano przecież). Wydasz więcej na dojazdy, bo komunikacja miejska ww trybie festiwalowym, czyli zatłoczona maksymalnie i bez klimy to nie będą warunki dla bobasa. Z drugiej strony jednak wydasz mniej na inne rzeczy, bo nie będziesz mieć czasu i rąk wolnych na milion przekąsek i piwo (a jeśli karmisz to w ogóle lepiej odpuść piwo). Ale zobaczysz tyle, ile się uda, zobaczysz to na czym ci najbardziej zależy i ogólnie - będzie dobrze, mimo że będzie trzeba czasem spontanicznie i szybko zmienić plan. Będziesz się stresować bardziej niż dziecko, które będzie miało jedzenie i twoją bliskość i będzie zadowolone, także nie przejmuj się i jedź. Będzie ciężko, ale do przeżycia. Najbardziej stresująco będzie pierwszego dnia, a potem to ogarniesz. Zobaczysz! 
Czytaj dalej »

czwartek, 30 sierpnia 2018

Koncertowy przegląd wrześniowy

0

1 września - Tommy Cash

Gdzie? ISKRA, Warszawa
Organizator: fource.pl
Za ile? w chwili, w której to piszę 99 zł

(oprócz Tommy'ego na nowym festiwalu Hip Hop Waves Warsaw zagra też dwóch innych raperów, ale osobiście interesuje mnie tylko gwiazda główna)

Ja i Tommy na bardzo niewyraźnym zdjęciu



Tommy Cash to częsty gość stolicy, niemniej za każdym razem przynajmniej podejmuję próbę zobaczenia go na żywo. Raper z Estonii jest trochę niczym słowiańskie Die Antwoord - obciachowa stylistyka, mało skomplikowana muzyka i teksty o wanabee gangsterze z blokowiska mieszają się tu z prawdziwą sztuką pokazaną w klipach. Nie do końca wiemy co jest na serio, a co jest ironią i kreacją. Jedno jest pewne - postkomunistyczne sentymenty na pewno rezonują w Polsce lepiej niż zef z townships. A na żywo gwarantują chociaż trochę połączenie umysłów i przede wszystkim dużo potu wytraconego w szaleńczym tańcu.


13 września - Deafheaven

Gdzie? Hybrydy, Warszawa
Organizator: P.W. Events
Za ile? 79/84/89 zł

Deafheaven na OFF Festivalu 2014

Deafheaven widziałam na OFFie 2014 (co widać na załączonym wykonanym przeze mnie obrazku). Poszłam na koncert z ciekawości i spodobało mi się. Nie był to jeden z najlepszych koncertów tamtego OFFa, ale na pewno pozostał mi w pamięci na tyle, żeby przesłuchać kawałek dyskografii szanownych panów później w domu. Muzyka (a właściwie ściana dźwięku) zdecydowanie się broni i słucha jej się naprawdę przyjemnie (jakkolwiek dziwnie może brzmieć ten przymiotnik w tym kontekście). Jedyne co mnie wkurza to wokal, ale na tyle ginie on w strumieniu odgłosów, że da się przeżyć. Zresztą to moja przypadłość - często podoba mi się to, co prezentują muzycznie zespoły black metalowe, ale całe cudowne wrażenie zabija dla mnie wokal. Podobny problem miałam w tym roku na OFF Festivalu z Furią (do której zresztą stojąc w rozsądnej odległości od namiotu usypiałam swoje kilkumiesięczne dziecko - i to z powodzeniem!).

Czytaj dalej »

piątek, 13 lipca 2018

Podsumowanie Open'era 2018

0
A to cudo objawiło się nam przy bramie wyjściowej od strony Kosakowa
Jeśli dobrze liczę, to był mój siódmy Open'er. I zdecydowanie najcięższy ze wszystkich, bo pierwszy raz udałam się na festiwal z dzieckiem. Trzymiesięcznym dzieckiem. O tym na ile ogromne było to wyzwanie i jak ogólnie poradzić sobie z maluchem na takim festiwalu na pewno napiszę coś osobnego. Ten wpis poświęcę tylko podsumowaniu muzycznemu, a wstęp ma służyć jedynie temu, żebyście zrozumieli czemu tak mało udało mi się zobaczyć - nie dość, że z dzieckiem, to w tym roku ze względu na wyprzedane wszystkie karnety i bilety organizacja leżała i kwiczała. Kwiczała tak bardzo, że ostatniego dnia na samym festiwalu byliśmy krócej niż na niego jechaliśmy połączeniem pociąg + taxi.

No ale przejdźmy do muzyki. Koncert po koncercie, dzień po dniu.

DZIEŃ 1

Noel Gallagher's High Flying Birds

Kilka lat temu widziałam Noela na Orange Warsaw Festival i przyznam, że tam podobał mi się dużo bardziej. Nie wiem jednak, czy to kwestia samej muzyki, zebranych po drodze doświadczeń, czy może pogody (w momencie jego koncertu słońce prażyło niemiłosiernie, a cień niewiele pomagał). Do wszystkiego mógł mi się dołożyć stres i kiepskie nagłośnienie. Było nudnawo. Najciekawszym elementem była obserwacja z daleka tłumów, które podnosiły się i podchodziły pod scenę słysząc każdy hit Oasis.



Nick Cave and the Bad Seeds

Nick dla mnie to, jak wiecie, najwyższy poziom umiejętności koncertowych. Widziałam go tym razem po raz piąty i znowu nie zawiódł. Nie było to tak pełne show jak ostatnie na Torwarze, gdzie wszystko było zaplanowane i budowało spójną całość, raczej wymieszanie greatest hits i klasycznych chwytów z kładzeniem się na tłumie oraz wyciąganiem z niego ludzi. Bez miejsca na zbyt wiele sentymentalnych spowolnień. Jednak nie można powiedzieć, że nie została w to włożona najszczersza energia, mimo że Nicka ewidentnie irytowało świecące prosto w jego twarz zachodzące słońce (ostatecznie sprawił, że zaszło całkowicie). Największe wrażenie tym razem zrobiło dla mnie  "From Her to Eternity" przy którym Nick tak wytężał twarz i głos, że zaczęłam się obawiać. Było duuuuużo mocy.



Arctic Monkeys

Nigdy nie rozumiałam fenomenu tego zespołu i nie rozumiem nadal. Oglądałam ich przez chwilę względnie z bliska, aby potem się oddalić i niestety nadal słyszeć Alexa Turnera. Szkoda, że w przeciwieństwie do Open'era pięć lat temu Nick grał przed małpami, a nie po nich. Wtedy może zgromadzone pod sceną nastoletnie fanki pana Alexa nie przeszkadzałyby w odbiorze Nicka, bo wtedy po zakończeniu koncertu swoich idoli grzecznie opuściły teren. 

Fleet Foxes

To mój największy zawód tegorocznej edycji - że na koncercie Fleet Foxes nie mogłam zostać dłużej (no i może jeszcze to, że znowu nie zobaczyłam Massive Attack, zawsze się jakoś mijamy). Tańczyło się przepięknie, muzyka brzmiała jak należy, szkoda mi tylko było jak patrzyłam na ludzi wychodzących z Arctic Monkeys i przechodzących przez Tent tylko po to, żeby udać się do wyjścia z terenu.

DZIEŃ II

Organek

Na Organka poszłam ze względu na mojego tatę, który akurat tego dnia poszedł na Open'era. Poświęciłam się rozmowom ze znajomymi gdzieś za najdalszym telebimem. Chyba nie żałuję.

Young Fathers

Cieszę się, że udało mi się wcześniej zobaczyć Young Fathers na OFFie, bo na Open'erze nie miałam na to zbyt wiele czasu. Nadal jednak, nawet przez te raptem pół godzinki, brzmiało to zupełnie ok. 


Energiczna MØ zawsze daje dobre koncerty, tym razem nie było inaczej.



David Byrne

I tu oto, proszę państwa, mamy gwiazdę tegorocznego Open'era. Na jego koncert nie szłam ze szczególnie wysokimi oczekiwaniami, nie były one też zbyt niskie. Okazało się, że był to zdecydowanie show dnia. Byrne nie tylko świetnie śpiewa, a jego muzycy bezbłędnie grają, ale też cudownie tańczy. Koncert wydawał się zaplanowany, a jednocześnie radosny i nieco spontaniczny. Cała grupa na scenie poruszała się płynnie i wykonywała przedziwne ruchy, które czasem przypominały nowoczesny taniec, innym razem składanie prania albo krojenie chleba. Trudno było nie dać się w to wciągnąć, a najlepiej całość podsumowuje jeden z tekstów Byrne'a: "We dance like this because it feels so damn good".



Depeche Mode

Koncert Depeche Mode już genialnie opisał fanpage "Są na świecie płyty, o których nie śniło się młodym klerykom". Liczyłam na coś więcej po tym ile osób zachwycało się DM na żywo, dostałam lekko totalitarnie śmierdzące show, w którym najlepszym momentem było machanie rękami przez tłum ludzi. Gahanowi na pewno nie można zarzucić słabego głosu, to brzmi jak należy. Ale wszystko jest powtarzalne i ma się brzydkie wrażenie, że ktoś tu odcina kupony i wykorzystuje polskich januszy, którzy łykną dosłownie wszystko co Depeche Mode im poda. Mi nie smakowało za bardzo. 

DZIEŃ III

Gorillaz

Po zobaczeniu ich w Warszawie za legendarne już 2 złote bardzo czekałam na ten występ. Warszawski był naprawdę bezbłędny, więc liczyłam, że na Open'erze będzie podobnie. I Gorillaz idealnie spełnili oczekiwania. Koncert był zupełnie inny niż w stolicy - nie była to zaplanowana całość przygotowana pod promocję albumu, bardziej podróż przez "greatest hits plus", ale nadal uzupełniona niczego sobie wizualizacjami, licznymi gośćmi i przede wszystkim wielkim talentem i charyzmą muzyków. Chciałoby się tylko więcej.



DZIEŃ IV

Sevdaliza

Koncert Sevdalizy podobnie jak w przypadku Gorillaz miał być moim drugim jej koncertem i podobnie miałam dość duże oczekiwania. Jednak w tym przypadku nieco się zawiodłam, ale chyba nie z winy samej artystki. To był ten dzień, kiedy na samego Open'era jechaliśmy dłużej niż na nim byliśmy (zajęło nam to 4,5 godziny). Spóźniliśmy się na koncert zespołu Bomba Estero, poddenerwowani i zestresowani udaliśmy się od razu na Sevdalizę. Jako że cały czas zżerał mnie jeszcze stres i było mi słabo o skupienie było trudno. Dodatkowo staliśmy dość daleko od sceny, a na telebimach zamiast kocio-wężowych ruchów Iranki zobaczyliśmy bardzo nieruchome wizualizacje. Szkoda, bo jej taniec na pewno, jak zawsze, był niesamowity. 

Bruno Mars

Mars to muzycznie zupełnie nie moja bajka, ale mam słabość do laserów i fajerwerków. Dostałam dużo fajerwerków i trochę laserów, które oglądałam ze strefy Kids Zone, gdzie spotkały się one z należytym piskiem i ekscytacją przebywających tam dzieciaków. Bruno też nieźle tańczy, więc miło było popatrzeć. Jednak nie na tyle miło, żeby zostać do końca.

***

Ogólnie Open'er jak zwykle zastosował swoją taktykę zapraszania artystów z zupełnie różnych grup stylistycznych z zupełnie różnymi grupami fanów. I rozbijaniem ich tak, żeby wiele osób musiało przyjść na wszystkie dni, aby zobaczyć wszystko to, co ich interesuje. W tym roku tej ogromnej ilości osób kompletnie nie udźwignęli logistycznie, a w całej imprezie coraz mniej pomysłu na ciekawy content, a coraz więcej komercjalizacji. Z jednej strony trochę szkoda, z drugiej - fajnie, że Polska ma swoją Coachellę. Na takie festiwale w końcu też musi być miejsce.

No i jeszcze dwie istotne zmiany w stosunku do lat ubiegłych - toi toie stały się różowe, a telebimy czarno-białe. 
Czytaj dalej »

środa, 18 października 2017

Jak dobrze grać na złomie, czyli wrażenia z koncertu Einstürzende Neubauten

0
Kiedy powiesz ludziom, że słuchasz takiego zespołu, co gra na złomie, to większość prawdopodobnie wyobrazi sobie kilka rzeczy. Tym wyobrażeniem może być koleś na patelni, który gra na krześle. Może też być licealny występ kumpli, którzy myślą, że jako pierwsi wpadli na pomysł grania na śmietnikach (oczywiście zazwyczaj w ogóle nie trzyma się to rytmu, a cały zespół to tylko sekcja perkusyjna). W najgorszym wypadku ktoś pomyśli, że chodzi o ten sceniczny, wielki stomp.

Źródło: neubauten.org
Tymczasem Einstürzende Neubauten nie brzmią jak żadna z powyższych rzeczy. Momentami brzmią nawet zupełnie konwencjonalnie, tak, że słuchając ich w ogóle nie masz pojęcia, że właśnie słuchasz złomu.


Niedawno niemiecka grupa lidera Blixy Bargelda zagrała po raz pierwszy w Krakowie, na jednym z najlepszych polskich festiwali, jakim jest Unsound. Byli tam główną gwiazdą, co może dać wam pewne pojęcie na temat artystów tam grających. I jest to jak najbardziej pozytywna rzecz - karnety na Unsound co roku znikają w kilka minut od rozpoczęcia sprzedaży, a na festiwal przyjeżdżają ludzie z całego świata.

Oczywiście tradycyjnie na scenie towarzyszyło im bardzo dużo metalu i plastiku, który kiedyś zbierali ze śmietników i przerabiali, obecnie, jak podejrzewam, po prostu chodzą do Praktikera. Tak więc instrumentami są tu rury, rurki, przełączki, kolanka, wielkie metalowe płyty, sztućce, plastikowe beczki, płyty winylowe, skomplikowane konstrukcje (co do których nie jestem pewna, z czego są zrobione), a nawet słynne czerwone kubeczki - nieodłączny element amerykańskich imprez. Niemcy używają tych kubeczków do tworzenia dźwięków jak widać.




Koncert był, jak zawsze w ich przypadku, przygotowany perfekcyjnie. Chociaż setlista była dość podobna do zagranej kilka lat temu na ich koncercie w Lublinie (na który można było zresztą przyjść za darmo), to nie zabrakło elementu spontaniczności. Blixa był ciut bardziej rozgadany, co chyba niektórym, niestety, przeszkadzało - zrobiło mi się wręcz przykro, kiedy przytaczał historię jednego z utworów i na wyrażenie "old Blixa" ktoś wrzasnął "yeah!". - Cóż, dziękuję za to - odparł Bargeld, a po kolejnym krzyku (tym razem po wyrażeniu "young Blixa") nie dokończył już swojej historyjki.

Podczas przemawiania między utworami Blixa opowiedział też co nieco o tym, jak wygląda praca z nietypowymi instrumentami na przykładzie konstrukcji złożonej z plastikowych rur (możecie ją zobaczyć na filmiku poniżej). Opowiedział, że konkretna rura o konkretnych wymiarach (które opisał, ale nie zapamiętałam) daje "niemal idealne 'e'". - Ci w Wielkiej Brytanii, co będą chcieli teraz wrócić do imperialnego systemu miar... mają przesrane (they're fucked - red.) - stwierdził. Dodał, że aby uzyskać w instrumencie inne dźwięki, do pozostałych rur połączonych w jedną konstrukcję dodano różne końcówki.



I ta opowieść w sumie oddaje to, co chcę przekazać, pisząc o graniu na złomie. Na złomie możecie grać tak, że będzie po prostu brzmiał jak kupa złomu, która nie ma rytmu i słychać, że tak naprawdę nie macie pomysłu na utwór, tylko pomysł na granie na czymś "nietypowym". Ale możecie też, mając ogromną wiedzę muzyczną, zrobić ze śmieci prawdziwe instrumenty. Odpowiednie dostosowanie ich, aranżacja i połączenie to ciężka praca i nie każdy to potrafi. Einstürzende Neubauten potrafią. Ich muzyka nadal jest eksperymentalna, ale eksperyment ten ma ewidentny sens i nawet w kakofonii dźwięków (jak w "Let's Do It a Dada") słychać, że wszystko tam jest zaplanowane i zrobione z wiedzą. Tak jak wtedy, kiedy Blixa nagrał partie gitar w malutkim pomieszczeniu, w którym musiał pozostawać w pochylonej pozycji, bo miało ciekawą akustykę. Albo kiedy jego gitarzysta zamiast kostki używał wibratora, wprowadzając struny świadomie w nietypowe drżenie. Taka ciekawość świata dźwięków to zdecydowanie coś, czego w muzyce poszukuję.



Oprócz klipu do "Nagorny Karabach" wszystkie filmiki zostały zarejestrowane przeze mnie na koncercie w Krakowie.
Czytaj dalej »

sobota, 23 września 2017

Nowy sposób Swift na bilety i dlaczego to zło - opinia w musicNOW

0
zdjęcie: „IMG_0735_edited„, aut. Makaiyla Willis @ flickr, CC BY-SA 2.0

W musicNOW możecie przeczytać mój tekst o Taylor Tix, które uważam za fatalny i w dodatku bezczelny pomysł. Jeśli chcecie się dowiedzieć czemu -> odsyłam tutaj.


Czytaj dalej »

piątek, 22 września 2017

Sześciu Nicków na 60te urodziny

0

Moja przygoda z Nickiem Cavem zaczęła się tak jak większości ludzi, którzy urodzili się w latach 90. i przegapili moment, kiedy Mikołaj Pieczara nie mył swoich naturalnych jeszcze czarnych włosów i szokował australijską i brytyjską publiczność. My poznaliśmy Nicka Cave'a słuchając odpalonego przez rodziców Radia Zet, czy innego RMF FM, gdzie po prostu towarzyszył tej znanej pani, jaką była Kylie Minogue i śpiewał z nią jakiś bliżej nieokreślony romantyczny utwór.



Mój ojciec przez prawie całe moje dzieciństwo kupował "Gazetę Wyborczą", do której dodatkiem był "Duży Format", a w nim - Monday Manniak i tłumaczenia piosenek od Wojciecha Manna. Możecie się domyślać, że dla dziecka, które wyrażało nadzwyczajne wręcz zainteresowanie muzyką ta pozycja była obowiązkowa. A właściwie przez długi czas jedyna, którą w ogóle czytałam w jakiejkolwiek prasie "dla ojców". Któregoś dnia Mann wziął na warsztat "Where the Wild Roses Grow" i otworzyły się przede mną nowe horyzonty. To nie jest jakiś tam romantyczny utwór, to jest po prostu ballada o mordzie, w dodatku cynicznie opowiedzianym z dwóch stron - ofiary i mordercy, kobiety i mężczyzny. Do dziś zadziwia mnie porównanie do siebie wrażeń mordowanej, która śpiewa o usłyszanych "wymruczanych słowach" i zbliżającym się do jej twarzy kamieniu i wrażeń mordującego, który sytuację widzi zupełnie inaczej - "pocałowałem ją na pożegnanie, powiedziałem, że wszystko co piękne musi umrzeć i włożyłem różę w jej usta". I to było to, co wtedy przyciągnęło moją uwagę (może byłam trochę innym dzieckiem niż wszystkie, a może mi się tylko wydaje).

(Po latach połączenie Nicka i Kylie powróciło, jednak tym razem w postaci dziwacznych erotycznych fantazji, które snuł bohater książki Cave'a "Śmierć Bunny'ego Munro")

Tak czy inaczej poświęciłam się odkrywaniu Nicka i jego twórczości, który do dziś jest w moim top trzy najulubieńszych artystów, jacy chodzili bądź chodzą po tej planecie. A na jego sześćdziesiąte urodziny postanowiłam wybrać sześć klipów, które akurat dziś wydają mi się interesujące. Kolejność, jak zawsze, nie ma znaczenia.

1. Babe, I'm On Fire



Mam zawsze nieodparte wrażenie, że jestem w nielicznej grupie ludzi, którzy kochają ten powtarzalny utwór i ten klip. Nick Cave jest mistrzem w sztuce wyznawania miłości, jednak w "Babe I'm On Fire" robi to chyba najprościej - śpiewając ukochanej, jak wszystkie stworzenia i przedmioty na ziemi mówią o tym, że dla niej płonie. Nick, Warren, Blixa i reszta ziaren mieli chyba wyjątkowo dobry dzień na planie przebierając się za wszystkie pojawiające się w teledysku postaci. Tylko tu zobaczycie The Bad Seeds w roli australijskich zwierząt. I tylko tu zobaczycie Nicka przebranego za własną żonę przenoszącą meble (co zresztą jest odniesieniem do prawdziwych, życiowych sytuacji - Susie ma ponoć tendencję do zmieniania ustawienia szpargałów tak bardzo, że Cave zasypia w sypialni, ale budzi się w salonie, nie zmieniając przy tym miejsca).

2. Straight To You



Znowu jest romantycznie, ale w bardziej tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Mamy teatr, zmianę scenografii, zmiany strojów (Nick zmienia krawat!), tancerkę brzucha, kuglarza, połykacza ognia, tancerkę egzotyczną. Jest kolorowo, a Nick nie ma jeszcze na swojej twarzy ani jednej zmarszczki. Nie wiem w sumie, co jest w tym teledysku takiego magnetycznego, ale oglądałam go wielokrotnie i nie mam zamiaru przestać.

3. Henry Lee



Zanim Nick spotkał wspomnianą już tutaj Susie, przez jakiś czas spotykał się z inną legendą - PJ Harvey. Wieść gminna niesie, że poznali się na planie "Henry Lee" właśnie, a sam teledysk jest niczym innym jak zapisem tego, jak się w sobie zakochali. Seksualne napięcie leje się z ekranu mimo braku twerkujących pośladków, a dodatkowo głosy Cave'a i Harvey tworzą przyjemną harmonię. Nie jest to może najlepszy utwór The Bad Seeds, ani Nicka w ogóle, ale urokowi temu momentowi odmówić nie można. No i znowu (nie dziwne w sumie) mamy mord. Tylko tym razem to ona morduje jego. I ma za co.

4. The Weeping Song



Oprócz romansów i dłuższych związków z kobietami Nick znany jest też ze swojego słynnego bromance ze współpracownikiem i wokalistą Einsturzende Neubauten, Blixą Bargeldem. Nie ma lepszego teledysku, który pokazywałby tą niezwykłą (i trudną) przyjaźń niż właśnie "The Weeping Song". Wszystko wygląda tak, jakby panowie przyszli do studia i oświadczyli radośnie "w sumie to nie mamy pomysłu", a na planie zastali tylko stroje księży, łódkę i worki na śmieci. Z tego połączenia wyszedł dość dziwny klip, który "z powodzeniem" łączy umiejętności taneczne oraz aktorskie obu muzyków. Na zmianę płyną łodzią jako dwaj zaniepokojeni księża zagubieni na foliowym morzu oraz tańczą niczym studenci o czwartej nad ranem, kiedy skończyło im się wszystko poza dobrym humorem.

5. Fifteen Feet Of Pure White Snow


Z trochę mało skoordynowanego "układu" tanecznego przechodzimy do dancing routine z prawdziwego zdarzenia (jak widać - lata praktyki robią swoje). Rosja, piętnaście stóp śniegu, ale zespół rozgrzewa imprezę gdzieś głęboko pod tymi warstwami. Impreza wydaje się jednak dość ponura, a tańczący obłąkani. Brzmi to w sumie jak dobra metafora twórczości Cave'a, który prezentował nam się już ze wszystkim tych stron - ponurego tekściarza, obłąkanego pastora, ale też pełne energii sceniczne zwierzę.

6. More News From Nowhere



Na koniec musiałam dodać Nicka z jego "wąsatej" fazy. Fazy, która śni się po nocach wszystkim fanom i o której chyba wolelibyśmy zapomnieć. Nick ubrany w koszulkę z jakiegoś kurortu, lekko przygarbiony i na twarzy już naznaczony czasem, a na czole swoją zmorą, z którą walczy, czyli postępującą łysiną wygląda jak czyjś nieco obciachowy ojciec na wakacjach (ten wąs!). W takim imidżu śpiewa dla gości klubu nocnego. Jak w piosenkach Nicka każdy ma tutaj swoją rozbudowaną historię, czujemy to, chociaż nie poznajemy tych życiorysów w szczegółach - tancerki erotyczne, starsi panowie, szatniarze. Ktoś płacze w kiblu, ktoś dyskutuje przy barze. Więcej wiadomości znikąd.
Czytaj dalej »

wtorek, 20 czerwca 2017

Gorillaz w Warszawie - relacja

0
Wszystko odszczekuję. To, że mówiłam, że zamiast prawdziwego koncertu Gorillaz zobaczymy tylko wizualizacje, to, że będzie to krótki, biedny showcase niepodobny do pełnego show prezentowanego przez Goryle na ich światowej trasie. Odszczekuję, bo w Warszawie, i z tego co wiem również w Katowicach, było zdecydowanie na bogato.



Czekaliśmy na Gorillaz trochę niepewnie - bilety wstępu kosztowały raptem 1,23,  a koncerty nie znalazły się nawet na trasie podanej na oficjalnej stronie zespołu. Wtedy pojawiła się pierwsza wątpliwość, że możemy zobaczyć jedynie wizualizacje z muzyką w tle. T-mobile jednak szybko rozwiało te dumania tłumacząc, że na koncercie pojawią się Gorillaz z krwi i kości (o ironio). Potem pojawił się strach, że koncert będzie dużo bardziej ubogi niż te na oficjalnej trasie zespołu. Ta wątpliwość towarzyszyła mi aż do samego koncertu.





Trzeba przyznać, że event był przygotowany z niezłym rozmachem. Na dziedzińcu grał DJ, wszędzie było mnóstwo magentowych gadżetów i elementów dekoracji. Wnętrze Nowego Teatru było zaaranżowane podobnie do wirtualnego studia Gorillaz. Pracownicy T-mobile rozdawali gorylowo-t-mobilowe gadżety, można było też zrobić sobie "zdjęcie z zespołem" na ściance za pomocą techniki rozszerzonej rzeczywistości.
Post udostępniony przez Martyna Nowosielska (@tinex90)




Właściwie od razu po pojawieniu się Damona Albarna i reszty jego ekipy na scenie było wiadomo, że koncert zostanie nam zaserwowany na grubym cieście, z sosami i dodatkami. Gorillaz zaczęli na poziomie maksymalnej energii i tak też było do końca, w sumie bez żadnego spadku formy.





Oprócz niesamowitych wizualizacji, muzycznej perfekcji i tańczącego dziko Albarna (trzeba przyznać, że nietrudno mieć siłę na takie szaleństwa, jeśli prawie w ogóle się nie śpiewa) na scenie pojawili się również goście, którzy brali udział w stworzeniu albumu "Humanz". Albarn przepraszał też za Brexit i Theresę May. W występie nie zabrakło właściwie niczego.





Większość repertuaru, oprócz kilku końcowych utworów, wypełnił album "Humanz" właśnie. Nie byłam do tej pory do niego zupełnie przekonana, jednak na koncercie elektronika ustąpiła trochę miejsca gitarom i w utwory wstąpiła zupełnie nowa energia.





Dodatkowo na koniec Damon dał nam prawdziwą wisienkę na torcie. Zapytał tłum, kto jest raperem. Zgłosiła się skromnie wyglądająca dziewczyna z długimi włosami w sukience. "Can you do 'Clint Eastwood'?" - zapytał Albarn wyciągając ją na scenę. Chociaż dziewczyna była zupełnie sparaliżowana z wrażenia (wokalista też stwierdził, że jest ona dość "frozen") to nie zawiodła i zaserwowała nam wersy z "Clinta Eastwooda" prawie jak w oryginale. Potem trochę się pogubiła, ale nikt nie miał jej tego za złe. Zachwycony tłum okazywał jej tylko ciepło, wsparcie i entuzjazm.



Czytaj dalej »

wtorek, 6 czerwca 2017

Islam Chipsy - wywiad dla musicNOW.pl

0
Kilka miesięcy temu rozmawiałam z jednym z muzyków należących do EEK, czyli trio, w którego skład wchodzi słynny już w Polsce Islam Chipsy. Podchodzący z Egiptu muzycy z powodzeniem łączą tradycyjną muzykę chaabi (znaną z tamtejszych wesel) z elektroniką.


 W zeszłym roku pojawili się jako jedna z egzotycznych niespodzianek na OFF Festivalu w Katowicach, potem zagrali jeszcze kilka koncertów w Polsce. Ostatni z nich miał miejsce w Gdańsku w sobotę.

Mahmoud Refat, jeden z perkusistów EEK i jednocześnie jedyny muzyk ze składu, który umie komunikatywnie posługiwać się językiem angielskim, opowiedział mi między innymi o muzyce, podróżach, weselach, nietypowym sposobie grania na klawiszach, ale też swoich odczuciach związanych z ksenofobią.

Całą rozmowę możecie przeczytać tutaj.
Czytaj dalej »

niedziela, 14 maja 2017

Słów kilka do corocznych krytyków Conchity Wurst

0
żródło: conchitawurst.com
"Rodzimy się nago, a reszta to drag" - tych znanych słów RuPaula, prowadzącego amerykański program "RuPaul's Drag Race" nie znają chyba "specjaliści", którzy podnoszą głowy co roku na Konkurs Piosenki Eurowizji tylko po to, żeby powiedzieć, że to konkurs dla "dewiantów" jak Conchita Wurst. Wczoraj znowu działo się to samo. "Wreszcie wygrała muzyka, a nie Conchita Wurst!". 

Po pierwsze - po Conchicie było miejsce jeszcze na Jamalę, ukraińską wokalistkę, która nie tylko świetnie śpiewała, ale wykonywała też bardzo emocjonalną piosenkę z ważnym przekazem politycznym. Jamala wygrała konkurs w zeszłym roku, dwa lata temu wygrana przypadła Månsowi Zelmerlöw, który zaśpiewał popowy hiciorek "Heroes". 



Po drugie, kiedy trzy lata temu konkurs wygrała Conchita Wurst, też wygrała muzyka - piosenka była dobra jak na pompatyczny pop, a wokal Wurst opiewa na ponad dwie oktawy, co wcale nie zdarza się tak często. Owszem, osobowość wokalistki też na pewno miała znaczenie, a wiele głosów było "politycznych", ale co by nie mówić - muzyka nadal była wygrana (chociaż wiadomo, Eurowizja to nie jest miejsce do szukania ambitnej muzyki, raczej dobrych wokalistów i niezłego popu, a do wszystkiego trzeba podejść z dystansem). 

Po trzecie - naprawdę nie rozumiem wszystkich tych słów oburzenia, które słyszałam chociażby na imprezie eurowizyjnej, na którą wybrałam się w sobotę. "Przecież to facet, który chciał być babką!" - no i? Co to zmienia w życiu osób, które tak głośno krzyczą, że każdy ma być tym, kim się urodzi? Jak to na nich wpływa? A już ostatecznie - skąd ta pewność, że każdego dobrze identyfikują? Widzą tylko to, kim się przedstawia i jak dla mnie każdy może się przedstawiać tak, jak tego chce (Conchita Wurst dla swojej osobowości scenicznej używa żeńskich zaimków, w życiu prywatnym - męskich, jak wiele drag queens). Tylko dana osoba może stwierdzić, jak mamy się do niej zwracać i jak chce być widziana (tym bardziej, że większość ludzi rodzi się nie spełniając wszystkich cech danej płci). Nie wiem, czemu tę decyzję miałby podejmować ktokolwiek inny i czemu miałby czuć dyskomfort z tego powodu. 

Pomijam już to, że Conchita Wurst to nie pierwszy drag na Eurowizji. Warto przypomnieć chociażby Verkę Serduchkę, reprezentantkę Ukrainy z 2007 roku, która w tym roku również pojawiła się na wielkim finale. 


W 2002 roku zaś Słowenię reprezentowała cała grupa w dragu - Sestre. 



Na koniec jeszcze gratulacje dla zwycięzcy, Portugalczyka Salvadora Sobrala, który wyglądał jak Hozier, ale śpiewał znacznie lepiej od niego, inspirując się chyba nieco, jak ktoś słusznie zauważył, Devendrą Banhartem. Wygrana zasłużona i do zobaczenia za rok - w Lizbonie.
Czytaj dalej »

wtorek, 18 kwietnia 2017

Tommy Cash - relacja w musicnow.pl

0
fot. Michał Wagner/Impression
W musicnow.pl w zeszłym tygodniu ukazała się moja relacja z koncertu Tommy'ego Casha w warszawskiej Hydrozagadce 7 kwietnia.

Możecie ją przeczytać tu.
Czytaj dalej »

wtorek, 28 marca 2017

Blonde Redhead - wywiad w musicnow.pl i garść koncertowych wrażeń

0
W marcu na łamach musicnow.pl ukazał się mój wywiad z Amedeo Pace, gitarzystą Blonde Redhead, którzy dali koncert w warszawskim klubie Proxima 16 marca, dokładnie w moje urodziny. Rozmowa do przeczytania tutaj.



Sam koncert był naprawdę zaskakującym doświadczeniem. Przyzwyczaiłam się do tego, że nagłośnienie w Proximie pozostawia wiele do życzenia, więc szłam na niego z nastawieniem, że raczej nie uda mi się wychwycić delikatnych melodii ze ściany hałasu, która powstanie po zderzeniu Blonde Redhead z bezlitosnym sprzętem tego klubu.

Okazało się jednak, że Blonde Redhead są w stanie poradzić sobie w każdych warunkach. Dream-popowe w większości kompozycje brzmiały bajkowo, zabierając mnie urodzinowo w trochę inny, zawieszony na jakiejś chmurce świat.

Niejeden zespół może pozazdrościć tej trójce profesjonalizmu, którzy okazali, kiedy okazało się, że choroba Kazu daje się we znaki. Wokalistka i gitarzystka grupy momentami słaniała się na nogach, ale nie zeszła ze sceny i po krótkich przeprosinach kontynuowała występ. Co z tego, że czasami zdarzało jej się nie trafić dokładnie w dźwięk - pokazała, że ma moc.

W wywiadzie Pace wspominał, że ma nadzieję, iż tym razem grupie uda się przekazać na scenie wszystko to, co by chcieli (inaczej niż na ich poprzednim występie w Polsce na OFF Festivalu gdzie, jak stwierdził, to się nie udało). Ja uważam, że się udało.
Czytaj dalej »

poniedziałek, 27 marca 2017

Godny powrót Gorillaz

0
Gorillaz po kilku latach w końcu powrócili z nowymi utworami, klipem i zbliżającym się albumem. Tym razem chciałabym się skupić na klipie właśnie, w którym "goryle" zdecydowały się na skorzystanie z nowinki technologicznej jaką jest wideo 360.


Część artystów zdaje się celowo unikać nowości technologii, ale wideo 360 nie przestraszyli się już tacy muzycy jak Bjórk, czy polski Baasch.

W przypadku Gorillaz użycie tej technologii wydaje się naturalne co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze zespół ten nigdy nie bał się tworzyć gigantycznej rzeczywistości wirtualnej wokół swoich albumów i stosować nowych metod marketingowych. Wideo 360 wydaje się tylko naturalnym przedłużeniem ich wirtualnego studia, które można było zwiedzać jak w grze na stronie internetowej. Po drugie rzeczywistość wirtualna to idealne rozwiązanie dla zespołu, który jest wirtualny. 2D, Murdoc, Russel i Noodle żyją w świecie kreskówki, do którego za pomocą wirtualnej albo rozszerzonej rzeczywistości możemy spróbować wejść. Czekam tylko na moment, w którym Gorillaz zainwestują również właśnie w augumented reality bądź VR.

 Sam klip, który bardzo przyjemnie się ogląda, przywodzi trochę na myśl "Clinta Eastwooda" z goszczącymi w kawałkach raperami pojawiającymi się jako demony dręczące zespół. Można narzekać, że grafika 3D wygląda tutaj dość topornie, ale wydaje się to też odpowiednie w połączeniu z prostotą samych postaci.

Jak pisałam już na swoim Facebooku, klip ten uznaje za godny powrót. I liczę na więcej zabaw technologią w wykonaniu Gorillaz, bo nie od dziś wiemy, że jest im to bliskie, a jednocześnie zdziwiłabym się, gdyby taki pomysł jak rysunkowy zespół nie ewoluował właśnie w tę stronę.
Czytaj dalej »

piątek, 24 marca 2017

Michael Gira - wywiad w musicnow.pl

0
Jakiś czas temu na łamach musicnow.pl ukazał się mój wywiad z Michaelem Girą, który przy okazji jest liderem mojej ulubionej kapeli - Swans.



Część pierwsza

Część druga

W tym miejscu warto przypomnieć, że Swans to tegoroczny headliner OFF Festivalu, a Michael Gira będzie tam kuratorem Sceny Eksperymentalnej.
Czytaj dalej »

wtorek, 25 listopada 2014

Niezłe Sztuki: Z otwartą przyłbicą

1
Niezłe Sztuki: Z otwartą przyłbicą: Relacja z koncertu Mykki Blanco w BASENie, 11.11.2014 r. 11 listopada.

Zachęcam do lektury mojego tekstu :)

Czytaj dalej »

czwartek, 6 listopada 2014

Swans, "To Be Kind" - recenzja

0
W "Wiadomościach Sąsiedzkich Wesoła" pojawiła się (jak co miesiąc) moja recenzja - tym razem najnowszego wydawnictwa Swans - "To Be Kind". Poniżej, jak zwykle, zamieszczam początek tekstu, a do całości odsyłam tu (nr 163, str. 24). W numerze 162 znajdziecie też mają recenzję filmu "Zniewolony. 12 Years a Slave".

Następny krok geniuszy
Swans, "To Be Kind"

Ja i Michael Gira po koncercie Swans na festiwalu Unsound w Krakowie

Swans kontynuują swoją karierę najlepszego zespołu na tej planecie. Ich przedostatni album, o którym kiedyś pisałam, „The Seer” osiągał we wszystkich najważniejszych zestawieniach status ówczesnej płyty roku. Podobnie dzieje się z ich kolejnym krążkiem, „To Be Kind”. Od razu po wydaniu, w połowie tego roku (w maju), został nazwany przez krytyków objawieniem i najlepszą płytą w 2014. Pokazał też, że Swans nie jadą utartym torem i potrafią poszukiwać w nieco innych stylach.

„To Be Kind”, podobnie jak „The Seer” jest albumem potężnym (trwa 120 minut, znajduje się na nim 10 utworów). Jednak nieco mniej tu majestatycznych i mrocznych kompozycji, a więcej dziwacznych i pokręconych, zapadających w pamięć utworów. Michael Gira, lider kapeli, wciąż buduje skomplikowane dźwięki, tworząc swój własny muzyczny epos, jednak tym razem podąża nieco innym ścieżkami. Album wydaje się przez to szybszy, bardziej energiczny, ale nie pozbawiony wrażenia z obcowaniem z misternie uplecionym geniuszem.

Główną rolę odgrywa tym razem bas. Nadaje rytm, który jest najważniejszym punktem na albumie. To do niego dodawane są kolejne elementy, podążające wyznaczoną przez niego ścieżką. Słychać to wyraźnie w otwierającym album „Screen Shot”, czy też w utworach takich jak singlowe „Oxygen”. Drugim bohaterem jest tu niewątpliwie budująca pokręcony klimat gitara. Nie brakuje tu jednak niskiego, tajemniczego, momentami zwierzęcego i dzikiego wokalu Giry, wybijającej zabójczy rytm perkusji, czy też innych instrumentów dodających dziwaczności takich jak gongi, syntezatory, dzwonki i inne.

Jak wspomniałam na „To Be Kind” Swans szukają nowych rozwiązań. Jeśli chcemy na albumie znaleźć typowo swansowe, majestatyczne kompozycje, to oczywiście znajdziemy je pod postacią utworów takich jak chociażby „Bring The Sun/Toussaint L'Ouverture”. Jednak dużo tutaj tego, co na „The Seer” dopiero się przebijało – wspomnianych przeze mnie nieco mocniejszych, bardziej energicznych, szybszych, ale za to dużo bardziej pokręconych utworów. Takimi kawałkami są chociażby „A Little God In My Hands”, „Oxygen”, „Screen Shot”. Momentami jest też melancholijne, jak w „Just A Little Boy (For Chester Burnett)”. Mamy więc mieszankę klimatów, która jednak układa się w spójną całość, w której nie brakuje znanym fanom rozciągniętych kompozycji, narastającego klimatu i powtarzających się, budujących utwory sekwencji.

Teksty nie są tutaj prawie w ogóle istotne. Chociaż płyta jest dużo mniej instrumentalna niż „The Seer”, to wokal Giry jest tu raczej kolejnym instrumentem (zwłaszcza w utworach, w których po prostu bełkocze), niż nośnikiem treści. Mamy tu bardziej metafizyczne tematy, takie jak sens życia („Screent Shot”, „Some Things We Do”), czy też bardziej nietypowe dla takiej muzyki - astma w „Oxygen”, czy też film „Melancholia” von Triera w „Kirsten Supine” (według mnie trudno o lepsze połączenie – film o apokalipsie i apokaliptyczna muzyka Swans zdają się do siebie pasować jak ulał). Wszystkie treści są jednak przekazane za pomocą dość minimalistycznej poezji.

Całość do przeczytania w "Wiadomościach Sąsiedzkich Wesoła"!  

Ja i Michael Gira po koncercie Swans na festiwalu Unsound w Krakowie

Czytaj dalej »

poniedziałek, 22 września 2014

Goat, "World Music" - recenzja

0
W "Wiadomościach Sąsiedzkich Wesoła" pojawiła się (jak co miesiąc) moja recenzja - tym razem albumu "World Music" zespołu Goat. Poniżej, jak zwykle, zamieszczam początek tekstu, a do całości odsyłam tu (nr 161, str. 13). W numerze 159 znajdziecie też mają recenzję albumu "Składam się z ciągłych powtórzeń" Artura Rojka.



Szamani XXI wieku
„World Music”, Goat 

Kiedy pierwszy raz spotykamy się z zespołem Goat, możemy mieć kilka myśli. Np. że to zespół pochodzenia afrykańskiego, który z dumą czerpie z szamańskich zwyczajów przodków. W końcu ich muzyka brzmi jak czary, a swoje koncerty sami nazywają „rytuałami”, na których tańczą jak opętani przebrani w kolorowe stroje i podobne do zwierząt maski. I wyraźnie jest to skuteczne, bo nie tylko hipnotyzują tysiące fanów, ale na koncercie na OFF Festivalu w zeszłym roku zdołali przywołać pierwszy deszcz (a było naprawdę gorąco). Jednak nasze pierwsze założenie było błędne. Goat to grupa z mroźnej Szwecji. Ale klimat suchych pustyń i sawann oddają doskonale.

Zainteresowania zespołu klimatami vodoo znajdują jednak swoje uzasadnienie. Mimo, że większość jego członków pochodzi z Göteborga, swoich korzeni dopatrują się w Korpilombolo na północy Szwecji. Miasto to ma mieć tradycję związaną z kultem voodoo, po tym jak kiedyś przybył do niego szaman i w nim zamieszkał. Goat sądzą również, że po zniszczeniu miasta przez uczestników krucjaty, mieszkańcy uciekli i nałożyli na nie klątwę. Zainspirowani tymi historiami łączą zatem dawne instrumenty i motywy muzyczne ze współczesnym graniem gitarowym na naprawdę wysokim poziomie. Gatunek? W sumie trudno go określić. Niektórzy dopatrują się w nim afrobeatu, inni fusion, ale najłatwiej pozostać przy dość szerokiej, acz trafnej etykietce – alternatywie.

Album „World Music” to debiut zespołu. Muzycznie wyraźnie czerpie nie tylko z szamańskich rytuałów, ale też z rocka (mocne gitary chociażby w „Goatman”), jazzu (chociażby w jazzowej solówce „Let it bleed”), czy też reggae (znowu gitary, tym razem jednak te bardziej rytmiczne i bujające sekwencje). Przesterowany wokal jest celowo niezrozumiały, krzyki i wycie oraz powtarzanie słów brzmią niczym odprawianie czarów nad wielkim ogniskiem, wokół którego tańczą członkowie plemienia. Czasami brzmi to mrocznie, niczym przywoływanie bądź odpędzanie złych sił, czy też ceremonia pogrzebowa (melancholijne „Goatlord”) ale przez większość czasu podczas słuchania „World Music” mamy ochotę poderwać się do dzikiego tańca (spróbujcie usiedzieć przy hicie „Run To Your Mama”). Mamy wrażenie obcowania z szamanami dwudziestego pierwszego wieku, którzy do swojego arsenału instrumentów magicznych zaprzęgli gitary elektryczne oraz perkusję i czerpią z tradycji gigantów rock and rolla – w końcu trzeba przemówić nowym językiem do nowych wyznawców. Utwory zaskakują zmianami rytmu, nietypowymi połączeniami stylistycznymi, ale jednocześnie doskonałymi umiejętnościami muzycznymi. Płyty słucha się tak dobrze, że nie zauważa się, kiedy się skończyła. Dajemy się ponieść rytmicznym bębnom i pragniemy, aby ta dziwaczna ceremonia jeszcze się ciągnęła.

Całość do przeczytania w "Wiadomościach Sąsiedzkich Wesoła"! 
Czytaj dalej »

sobota, 17 maja 2014

Spokojnie, ale nadal niepokojąco - Michael Gira w Pardon, To Tu

0
Jako, że kilka dni temu w sprzedaży pojawił się najnowszy album Swans, "To Be Kind", postanowiłam przypomnieć swoje spisane jakiś czas temu wspomnienia z koncertów lidera, Michaela Giry, w Warszawie, które odbyły się w marcu tego roku.

Michael Gira zawitał do Warszawy aż na dwa koncerty. Oba odbyły się w tym samym miejscu – klubie Pardon, To Tu. Już kilka miesięcy temu rozegrała się wojna o bardzo ograniczoną ilość biletów – bo jak się okazało wiele osób (w tym ja) postanowiło się wybrać na oba koncerty.

W oczekiwaniu na koncert

Dwa wieczory, mimo prawie takiego samego zestawu utworów (uwzględniając to, że duża część osób przyszła na koncert dwa razy, podczas drugiego dnia Gira dodał do setu dodatkowy utwór „Blind”) nieco różniły się od siebie. Podczas pierwszego Gira znacznie więcej rozmawiał z publicznością, podczas drugiego mniej, ale za to wchodził w ciekawsze interakcje – chociażby takie jak rozdawanie miętówek. Oba koncerty były zagrane bardzo poprawnie, jednak drugi wydał mi się być dużo bardziej emocjonalny – prawdopodobnie przez większą ekspresję okazywaną przez Girę mimiką oraz ciałem. Niestety, trzeba przyznać, że bez zespołu Swans Michael Gira nie robi aż tak ogromnego wrażenia. Owszem, było również głośno (mimo, że sam artysta w pewnym momencie stwierdził, że jest „too loud” i delikatnie ściszył swój jedyny wzmacniacz, co wywołało salwy śmiechu), mrocznie i eksperymentalnie, ale tym razem nie apokaliptycznie i epicko – raczej intymnie, spokojnie. Na pewno wpływało na to także miejsce – malutki klub, w którym ludzie cisnęli się niczym sardynki w puszce (krążą legendy, że niektórzy na tyłach omdleli).

W solowych występach Gira jako głównego instrumentu używa własnego głosu, stawiając przede wszystkim na przekaz tekstowy, mniej zaś na warstwę muzyczną, która momentami była wręcz banalnie prosta w porównaniu do bardzo rozbudowanych kompozycji Swans. Jednak tak ja wspomniałam – zdawać się może, że to o tekst tu głównie chodziło. Jak sam Gira zaznaczył, jest w końcu poetą. I trochę jak nieco zwariowany wieczorek poetycki to wyglądało. Przy czym naprawdę bezbłędny, ekspresywny i hipnotyczny – wątpię, aby ktokolwiek opuścił klub zawiedziony. Tym bardziej, że po każdym z koncertów Gira poświęcił każdemu zainteresowanemu rozmową i wymianą poglądów kilka minut.

Ja i Michael Gira po pierwszym koncercie w Warszawie

W setliście znalazły się zarówno covery Swans jak i utwory z albumów solowych bądź stworzonych przy okazji innych projektów. Było trochę nowszych kawałków jak „Jim” oraz starszych jak „Love Will Save You”. Wszystko ładnie się komponowało i nie sposób było oderwać oczu (i uszu) od sceny bądź choć przez moment się nudzić. Dlatego też na sali dało się wyczuć naprawdę duże skupienie – poza pewnym momentem wieczoru pierwszego, kiedy jedna ze słuchaczek odebrała telefon i podczas ciszy między utworami wszyscy usłyszeliśmy głośne „TAK, MOGĘ”. Aż dziwne, że nie została poraniona uzbrojonymi w lasery spojrzeniami całego tłumu. Przed kolejnym koncertem organizatorzy wystosowali ogłoszenie, aby telefony bezwzględnie wyłączyć.

Podsumowując – było zadowalająco, interesująco i inaczej niż zwykle. Muzyka Giry tak jak i Swans jest trudna, dlatego na pewno byli tacy, dla których wysiedzenie tej półtorej godziny mogło okazać się wyzwaniem. Jednak wierni fani talentu muzyka na pewno są zachwyceni. Pozostaje jedynie czekać na koncert całego zespołu w naszym kraju, który już w październiku na festiwalu Unsound w Krakowie.

Ja i Michael Gira po drugim koncercie w Warszawie
Czytaj dalej »

poniedziałek, 5 maja 2014

"The Dresden Dolls" - recenzja

0
W "Wiadomościach Sąsiedzkich Wesoła" pojawiła się (jak co miesiąc) moja recenzja - tym razem albumu "The Dresden Dolls" zespołu The Dresden Dolls. Poniżej zamieszczam początek tekstu, a do całości odsyłam tu (nr 157, str. 10).



Punk + kabaret? Można!
The Dresden Dolls, „The Dresden Dolls”

    Przyzwyczailiśmy się już, że wielu artystów po prostu wymyka się szufladkom. Łączą ze sobą gatunki, zlewają to, co zdawało się do siebie nie pasujące i tworzą nową jakość, którą trudno nazwać. Jednak są też takie zespoły, o których trudno powiedzieć, żeby czerpały z jakiegokolwiek gatunku. Jednym z nich jest The Dresden Dolls. Amanda Palmer i Brian Viglione, pianino w roli głównej, wokal, gitara, perkusja i mnóstwo dziwnych dźwięków. Sami mówią, że ich nazwa ma się kojarzyć z tragedią zbombardowanego miasta i filigranowymi, kruchymi lalkami porcelanowymi – chaos plus delikatność. I to chyba najlepiej oddaje to, co chociażby na ich debiutanckiej płycie o zaskakującym tytule „The Dresden Dolls” można usłyszeć.

    Niektórzy znajdują tu porównania do rocka i kabaretu. I chyba słusznie. Muzyka jest dość ciężka, drapieżna, można powiedzieć punkowa, a przy tym nieco groteskowa. Mamy tu delikatne przejścia, które niespodziewanie zmieniają się w pianinowe szaleństwo („Missed Me”) jak i w całości utwory kabaretowe, które gdzieś pod spodem kryją pazur („Coin-Operated Boy”), który ujawnia się czasami w postaci wspomnianych wyżej dziwnych dźwięków – darcia kartek papieru, uderzeń przedmiotami, drapania i tym podobnych. Całą tą szaloną orkiestrę prowadzi swoim niesamowitym, momentami dzikim („Girl Anachronism”) , a momentami lirycznym („Perfect Fit”), wokalem Amanda Palmer. Jej zadanie można porównać niemalże do aktorskiego, kiedy głosem doskonale wyraża zawarte w tekście emocje, moduluje, zamiast tylko odśpiewać to, co ma napisane. Właściwie prawie każdy utwór można porównać do małej teatralnej etiudy, w której nastrój się zmienia, a kolejne kroki mogą zaskoczyć widza. Wszystko to razem przypomina nieco cyrk, nieco, jak wspomniałam, konwencję kabaretu z lat dwudziestych, ale przerobionego na modłę Tima Burtona. Wiele wyjaśnia to, że twórcy zespołu spotkali się ze sobą po raz pierwszy w święto Halloween. Klimat podsycają ich związki z teatrem (współtworzenie sztuk) i liczne inspiracje literaturą, jak również wydawanie własnych książek.

    Tekstowo mamy tu przede wszystkim miłość, a raczej problemy z miłością. Amanda Palmer cierpi po rozstaniu w „Missed Me”, ironicznie raduje się nakręcamym chłopcem, który zastępuje jej prawdziwego mężczyznę w „Coin-Operated Boy”, oskarża o złe traktowanie w otwierającym album „Good Day” i tak dalej. Każdy znajdzie tu sytuację damsko-męską dla siebie. I wszystko to to nie ckliwe, znane z popowych hitów, rozpaczanie nad tym, że ktoś nas opuścił czy że nam źle, ale raczej próba nieco szalonego przeciwstawienia się rzeczywistości i agresywnego wykrzyczenia tego, co boli. W końcu Amanda Palmer śpiewa wyraźnie „I'd rather be a bitch than be an ordinary broken heart” („Wolę być suką niż zwyczajnym złamanym sercem”).

Całość do przeczytania w "Wiadomościach Sąsiedzkich Wesoła"! 
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia