Pokazywanie postów oznaczonych etykietą feminizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą feminizm. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 lipca 2021

Wykluczenie w ciąży - historia Marysi

3

Dziś po raz pierwszy na blogu tekst gościnny. Kiedy przyjaciółka poprosiła mnie o uwzględnienie jej perspektywy wykluczenia spowodowanego ciążą i umieszczenia jej tekstu o tym na blogu, zgodziłam się od razu, bo chętnie pokazuję tu różne perspektywy na doświadczenia takie jak macierzyństwo, czy ciąża. A więc, bez zbędnych zapowiedzi, tekst dla was: 


Siedzę na korytarzu przed gabinetem ginekolożki i czekam na swoją kolej. Po policzkach płyną mi łzy. Nie wiem czy to dlatego, że jestem obecnie bardziej wrażliwa, wydaje mi się, że zawsze miałam cienką membranę, teraz nie jest inaczej.

Jestem w dziewiątym miesiącu ciąży i szczerze powiedziawszy, choć koleżanki ostrzegały, nie wierzyłam w to ile spotka mnie nowych sytuacji, jak często będę się czuła wykluczona, pominięta, niewidzialna, lub odwrotnie – traktowana jakbym była niezdolna myśleć za siebie.

Córeczko… jak Cię ochronić przed tym bagnem…

Czytam post firmy farmaceutycznej, w którym lek przeciwbólowy reklamowany jest słowami: „Każdy dzień to dla mamy seria nowych wyzwań, które będą trwać od świtu do nocy. Zawsze jest coś ciekawego do zrobienia! Trzeba zamówić ubranka dla dziecka, zrobić pranie, uprasować piramidę rzeczy i zrobić rano bliskiej osobie kanapki do pracy. Mama nigdy się nie nudzi, dlatego stojąc po Waszej stronie mówimy głośno: «jesteśmy dumni spoglądając, jak dbacie o rodzinę i domowe obowiązki!»”. Myślę sobie – kim jest ta „mama”? O co tutaj chodzi? Co to znaczy być mamą? Czy teraz mam się stać również sprzątaczką i niańczyć swojego partnera, z którym na co dzień dzielimy obowiązki domowe? Dlaczego producent leku przeciwbólowego uważa, że tyrada o roli kobiety w społeczeństwie jest idealną reklamą tego specyfiku? Czy mam się zacząć nim odurzać, aby zniknęło uczucie totalnej dehumanizacji mnie jako osoby?

Jestem kulturoznawczynią i doskonalę zdaję sobie sprawę z tego jak urządzony jest świat Zachodu. Do momentu zajścia w ciążę nie doświadczałam jednak tak nasilonej dyskryminacji. Spotykałam się oczywiście z seksizmem, od lat odczuwam także „impostor syndrome” mając poczucie, że muszę 1) pracować ciężej niż wszyscy, bo jestem niewystarczająca, 2) w znacznym stopniu kontrolować swoje uczucia, aby nie być posądzoną o „bycie zbyt emocjonalną”. Mój były szef kiedyś wezwał mnie do siebie i długo gratulował, że udało mi się odrzucić tę część mnie. Do tej pory mam mieszane uczucia dotyczące tego spotkania.

Jednak doświadczenie ciąży osadzone jest w zupełnie nowym świecie wykluczenia, restrykcji i zasad.  Ja dowiedziałam się, że będę mamą mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej uznał, że kobiety nie mogą zdecydować czy chcą urodzić dziecko, które nie przeżyje. Olbrzymi stres i strach o małą spadł na mnie jak grom z jasnego nieba. A jeśli coś z tą ciążą będzie nie tak? Jeśli mała będzie miała ciężkie wady niepozwalające jej na przeżycie? Co jeśli rozkażą mi być żywą trumną dla mojego ukochanego dziecka, które umrze w trakcie lub tuż po porodzie? Jak ja to udźwignę psychicznie? Jak nasza rodzina coś takiego przeżyje? Wyjazd za granicę – to jest jakaś opcja, ale jak w momencie żałoby, w doświadczeniu tragedii tak bardzo dojmującej, bo dotykającej naszego dziecka, zebrać siły i załatwiać jakieś wyjazdy? Pilnie zrobiłam badania prenatalne, prywatnie, bo mój wiek nie kwalifikuje mnie do tych badań refundowanych przez NFZ. Wyniki były dobre, to mnie uspokoiło. Wydałam kupę kasy, ale żadne pieniądze nie były wtedy warte więcej niż ta informacja – „wszystko jest ok”. Mam szczęście, bo było mnie na nie stać.

Wydawać by się mogło, że kolejne miesiące będą łatwiejsze. Wszystko jest dobrze, wszystko jest w normie. Ale czym ta „norma” właściwie jest? Z perspektywy dziecka łatwo ją zdefiniować jako prawidłowe rozwijanie się płodu. A z perspektywy matki? No cóż…

Na początku drugiego trymestru jadę z przyjaciółką na wyjazd jogowy. W pracy dużo stresu, więc chcę się na chwilę urwać. W dodatku to jedyne małe okienko podczas pandemii, kiedy hotele są otwarte. Wyjazd jest cudowny, odprężam się. Po stresach pierwszego trymestru (okraszonych trwającymi całe dnie nudnościami oraz totalnym brakiem energii) cieszę się z tej chwili spokoju i radości. Hotel, w którym przebywamy jest bardzo nowoczesny i wydaje się dostosowany do potrzeb każdego gościa. Jak się szybko okazuje nie dotyczy to jednak kobiet w ciąży. Kiedy pytamy o wykonywane masaże i maseczki dostaję obcesową informację, że „kobiet w ciąży się nie masuje”. Maseczka na twarz też nie wchodzi w grę. Pytam dlaczego – jakie to ma ugruntowanie w wiedzy naukowej? Dostaję informację, że tak wygląda ich wewnętrzny regulamin. To znaczy bez absolutnie żadnych przesłanek medycznych właściciele hotelu mogą zapisać w regulaminie, że wykluczają daną grupę społeczną ze świadczenia im konkretnych usług. To tak, jakby tam wpisali, że nie masują łysych. To nie ma żadnego sensu, ale mogą, więc tak robią. Gadam o tym z dziewczynami. „To pewnie dlatego, że hotel się boi, że jak coś się stanie dziecku to będą pociągnięci do odpowiedzialności”. Równocześnie sauna i jacuzzi są otwarte, mimo, że niezalecane w ciąży. Gdybym chciała mogłabym swobodnie z nich skorzystać. Zaczynam się zastanawiać o co tu właściwie chodzi… czy ja nie mogę sama podjąć decyzji dotyczącej mnie i mojego nienarodzonego dziecka po zapoznaniu się ze wszystkimi informacjami dotyczącymi potencjalnych komplikacji? Kiedy dziecko się już urodzi, jako rodzic mogę decydować czy pójdzie do takiej czy innej szkoły, ba! mogę nawet podjąć decyzję dotyczącą tego czy przyjmie ono szczepionkę na COVID-19, ale kiedy jestem w ciąży nie mogę zadecydować o tym czy chcę aby nałożono mi nawilżającą maseczkę na twarz?

Pandemia to z resztą kolejna, bardzo ważna, część mojego doświadczenia bycia w ciąży. Najpierw olbrzymi strach i potężny research dotyczący tego jakie jest zagrożenie w przypadku zakażenia wirusem i co może dać mi szczepienie. Szybko dowiaduję się, że kobiety w ciąży nie uczestniczyły w badaniach klinicznych żadnej z dostępnych szczepionek, ale kilka z nich w ich trakcie zaszło w ciążę. Zgłębiam temat coraz bardziej, dowiaduję się czym jest mRNA i białko Spike, że szczepionki nie zawierają w sobie wirusa, że często występuje po nich gorączka, co jest potencjalnie problematyczne, ponieważ podwyższona temperatura ciała w ciąży nie sprzyja. Z drugiej jednak strony kobiety w ciąży są w grupie ryzyka, częściej niż inne chorujące trafiają pod tlen. Rozważam za i przeciw, podejmuję decyzję, że chcę się zaszczepić. Mówię o tym swoim bliskim. Moja rodzina jest bardzo wspierająca. Mama – pielęgniarka mówi: „cieszę się, że się zdecydowałaś. Od razu mniej się o Was denerwuję”. Mimo tego, że muszę jeszcze chwilę poczekać na swoją kolej czuję się dobrze wiedząc, że w końcu jest jakieś inne wyjście z tej sytuacji niż izolacja w domu. Swoją drogą rozmawiam na ten temat z koleżanką, która mówi: „ludzie tak bardzo narzekają na zamknięcie w domach z powodu pandemii nie zdając sobie sprawy z tego, że dokładnie to samo przeżywają kobiety w ciąży (kiedy np. muszą leżeć) i po porodzie, w niepandemicznym świecie. Kiedy dziecko jest już przez wszystkich odwiedzone i obcałowane, wszyscy rozeszli się do swoich obowiązków, a Ty zostajesz z małą osóbką, swoimi skłębionymi myślami, będąc jeszcze w połogu, co utrudnia Ci poruszanie się – zostajesz na domowej «kwarantannie», która jest dla innych zupełnie niewidoczna”.

Jestem nauczycielką akademicką, więc mam możliwość skorzystania ze szczepienia wcześniej niż reszta mojego rocznika. Czuję się uprzywilejowana i jestem wdzięczna za to, że mogę zaszczepić się wcześniej. Nie mam jednak możliwości wyboru ani miejsca, ani daty i godziny, ani preparatu. Zostaję wpisana na listę i zgłaszam się do punktu szczepień na Stadionie Narodowym. Po pierwszej dawce jestem zachwycona organizacją całego przedsięwzięcia. Wszystko idzie bardzo sprawnie, szybciutko, nie ma długich godzin oczekiwania, czego się obawiałam. Druga dawka nie idzie jednak tak gładko. Lekarka, która mnie konsultuje przed podaniem zastrzyku pyta czy mam zgodę od lekarza prowadzącego na szczepienie. Patrzę na nią z niedowierzaniem. Jak to? Pierwsze słyszę aby ktokolwiek potrzebował takiej zgody. I właściwie co ma zawierać taka opinia lekarska? Cóż ten lekarz wie więcej niż ja? O czym ma zaświadczyć? Przecież, zgodnie z zasadami prowadzenia ciąży ja bez przerwy robię badania krwi i moczu, jestem na bieżąco ze wszystkimi wynikami, a tu za mną w kolejce są ludzie, którzy ostatni raz robili morfologię 10 lat temu… oni żadnego zaświadczenia nie potrzebują…

Opowiadam o tej sytuacji znajomym. Reagują podobnie jak w przypadku tej kuriozalnej sytuacji w SPA. „Pewnie się boją, że jakby coś się stało dziecku to zostaną pociągnięci do odpowiedzialności”. A nie boją się tego w przypadku dorosłych osób? Poza tym, przecież ja nie zostałam ubezwłasnowolniona, nie odebrano mi praw, jestem taką samą obywatelką jak wtedy, kiedy nie byłam w ciąży. Skoro Szpital Narodowy się obawia pozwów to czy nie powinien ewentualnie żądać ode mnie pisemnego oświadczenia, że rozumiem ryzyko i się na nie zgadzam? Dlaczego znając swoje wyniki i będąc po rozmowie z lekarzem nie mogę sama za siebie zaświadczyć? Czemu lekarz ma zaświadczać? Nie rozumiem…

Wrzucam do internetu post pełen żalu na tę sytuację, okazuje się, że dosłownie dzień wcześniej w mediach ten temat był poruszony w jednym z dzienników informacyjnych. Dziennikarz omawiający sytuację także nie rozumiał o co tu chodzi. Okazuje się, że punkt na Stadionie Narodowym jako jedyny odmawia szczepień kobietom w ciąży. Jakim prawem? Piszę maila do działu HR swojego Uniwersytetu, dając im znać, że zmuszają nas do szczepień w punkcie, który odmawia ich wykonania. Dział HR dziękuje za informacje i temat całkowicie umiera. Odzywa się do mnie dziewczyna, która została wygoniona ze szpitala na Stadionie, kiedy chciała przyjąć pierwszą dawkę. Porażająca sytuacja, w której podbiega do niej jakaś kobieta, dosłownie tuż przed wykonaniem szczepienia i mówi, że nie wolno jej zaszczepić – takie są instrukcje od Ministra. Żadnej podstawy prawnej, uchwały, rozporządzenia nie ma. Ktoś od Ministra wysłał do nich maila i to wystarcza, aby wyprosić kobietę w ciąży ze szczepienia. Dziewczyna wyszła – oczywiście cała w nerwach. Po powrocie do domu zapisała się do innego punktu, wzięła ze sobą męża i miała plan dzwonienia na policję, gdyby znowu odmówiono jej wykonania szczepienia. Na szczęście w innym punkcie zaszczepiono ją bez problemu.

Stres z powodu wykluczenia w różnej formie, którego doświadczam właściwie bez przerwy, towarzyszy mi prawie każdego dnia. Do opisanych wyżej sytuacji dochodzi jeszcze rodzina, która daje wiele porad. Podczas rodzinnego święta słyszę bez przerwy „nie wstawaj”, „usiądź”, „nie rób tego, nie rób tamtego” i tak dalej. Decyduje się za mnie gdzie mam siedzieć, z kim jechać samochodem, że mam nie iść ze wszystkimi pomóc w organizacji tylko odpoczywać. Wiem, że to wszystko z troski, ale ta troska doprowadza mnie do szału. Nagle stałam się dzieckiem, za które się myśli, za które się decyduje. Dojście do siebie zajmuje mi kilka dni, zbiega się to z sesją terapeutyczną. Dowiaduję się na niej, że siła tego przeżycia, siła tego stresu nie płynie tylko z tej jednej sytuacji, ale ze wszystkich podobnych wydarzeń, które miały miejsce w całym moim życiu. Za każdym razem kiedy byłam niewidzialna, bagatelizowana, pomijana, kiedy odbierano mi sprawczość – budowało się we mnie poczucie wykluczenia, które teraz wypływa w każdej najdrobniejszej sytuacji, kiedy ktoś chce coś zrobić za mnie. Dużo o tym myślę. Pamiętam odcinek serialu „New Amsterdam”, w którym psychiatra próbuje wpisać stres wywołany rasizmem (rodzaj PTSD) na listę chorób psychicznych. Czuję, że ja też mam rodzaj pourazowego stresu związany tylko i wyłącznie z byciem kobietą w patriarchalnym społeczeństwie. Oczywiście oba te doświadczenia (rasizm i seksizm) są zupełnie inne, zwłaszcza jeśli chodzi o seksizm wobec kobiety w uprzywilejowanej pozycji, którą na pewno jestem, ale dojmujące uczucie bycie skreślanym zanim zacznie się coś mówić czy robić wydają się być zbieżne w obu przypadkach. To boli.

Jeszcze przed rozwiązaniem postanawiamy wyjechać na tydzień za granicę. Mamy już paszporty COVIDowe, także nic nie stoi na przeszkodzie… oczywiście poza moją ciążą. Podczas planowania wyjazdu czytam jakie są zagrożenia podróżowania samolotem w ciąży. Zagrożeń nie ma, poza tym, że na samej końcówce ciąży można przyspieszyć poród. Ja mam jeszcze dużo czasu do tego wydarzenia, więc się nie martwię. Tuż przed wejściem na pokład samolotu pada pytanie od obsługi czy jestem w ciąży i w którym tygodniu. Dowiaduję się, że jeszcze kilka dni i powinnam mieć ze sobą zaświadczenie od lekarza, że mogę latać. Nic z tego nie rozumiem. Ludzie z ciężkimi chorobami kardiologicznymi nie muszą mieć żadnych zaświadczeń, a ja znowu muszę? Czy wszyscy na świecie zakładają, że ja nie rozumiem swoich wyników badań? Że nie rozmawiam z lekarzem, do którego bez przerwy chodzę na kontrole? Że jeśli z ciążą jest cokolwiek nie tak to ryzykowałabym jej utratę? Dlaczego ma za mnie zaświadczać lekarz? Czy ja nie potrafię za siebie zaświadczyć? Czuję się jakbym się cofnęła w czasie i musiała mieć zgodę męża na wszystko, co robię. Zamieniliśmy tylko figurę męża na figurę lekarza (w domyśle, jak rozumiem – mężczyznę).

Po przylocie spędzam kilka godzin w internecie, co mi nie pomaga. Dowiaduję się kolejnych rzeczy w stylu: „kobiety w ciąży nie powinny pić piwa 0% ponieważ czasem takie piwa jednak zawierają alkohol” (a najwidoczniej jak się jest w ciąży to traci się umiejętność czytania etykiet ze zrozumieniem). „Kobiety w ciąży nie powinny farbować włosów, bo trujące opary mogą wpłynąć negatywnie na rozwój płodu” (zamiast podać jaki składnik farby może być potencjalnie niebezpieczny abym mogła spytać fryzjera jakiej farby używa i upewnić się, że tej bezpiecznej) i tak dalej i tak dalej. Miliony bzdurnych porad, które właściwie sprowadzają się do: „po prostu niczego nie rób, leż i odpoczywaj”. A to wszystko nie na jakichś dziwnych stronach tylko na ogólnopolskich portalach z milionami czytelników. Psychika znowu mi wysiada. Zgłaszam te artykuły do Googla. Nigdy wcześniej tego nie robiłam, ale obecnie wydaje mi się to jedyny sposób na odzyskanie sprawczości.

Wydaje mi się to ważne szczególnie teraz, kiedy „nic nie rób, tylko leż” stało się kolejnym powodem do stygmatyzacji kobiet w ciąży. Szpital w Oleśnicy postanowił dołożyć się do dyskryminowania kobiet w tym „odmiennym” stanie, skupiając się na ich ewentualnej nadwadze. Czytam wpis na profilu „babki babkom” i nie mogę uwierzyć. Od miesięcy bez przerwy słyszę: rób to, nie rób tego, idź tam, tam nie chodź, nie noś, nie szczep się, nie nadwyrężaj, a teraz jeszcze… nie tyj. I to wszystko w świecie, który o przybieraniu przeze mnie kilogramów ma tyle do powiedzenia właściwie od momentu moich narodzin. Nie znam dziewczyny, która nie katowałaby się przynajmniej raz w życiu jakąś idiotyczną dietą, która nie czułaby lekkiej paniki, kiedy staje na wadze. Olbrzymia presja na zunifikowany kobiecy wygląd towarzyszy mi przez całe moje życie. A tu nagle lekarki, jakby o niczym nie wiedziały, jakby urwały się z innej rzeczywistości, nazywają kobiety w ciąży wielorybami. W komentarzach wrze. „Żrą bez umiaru!”, „Tyją bez opanowania”. Nie mogę uwierzyć, że można tak myśleć. Wydaje mi się, że jeśli ktoś je bez umiaru, to zazwyczaj dlatego, że ma jakiś rodzaj zaburzenia odżywiania, dlatego, że zmaga się z jakimiś problemami. W kulturze tak mocno promującej chudość, tak restrykcyjnie kontrolującej wagę (szczególnie kobiet), nikt nie „żre bez umiaru” z własnej woli. Bycie grubym oznacza bycie wykluczonym, a nikt wykluczony być nie chce. W ciąży tyje się przecież z różnych powodów – zmienia się w ciele gospodarka hormonalna, można mieć cukrzycę ciążową i inne problemy. Nie do uwierzenia, że lekarze są na to ślepi i uważają, że kobiety celowo tyją w ciąży. Dyrektor tego szpitala w oświadczeniu, które ma być niby przeprosinami pisze, że otyłość kobiet w ciąży to istotny problem społeczny. Doprawdy? Otyłość kobiet w ciąży to istotny problem społeczny? W jaki sposób to jest problem społeczny? Co społeczeństwo ma do tego czy ktoś jest otyły? Bo jak kobieta jest gruba to co to znaczy? Że nieatrakcyjna? Że mąż z nią nie spłodzi więcej dzieci? Wydaje mi się, że jeśli ktoś jest otyły i ma z tego powodu problemy zdrowotne, to jest to coś, co musi rozwiązać. Nie jest to problem społeczny – taki jak bezrobocie czy wykluczenie komunikacyjne.

Myślę o narracjach wokół kobiecego ciała i przypomina mi się jak na zajęciach w mojej szkole rodzenia (w jednym z najlepszych szpitali w stolicy) położna poinformowała nas, że najlepiej jest spać w staniku podczas nawału pokarmu w piersiach, bo inaczej będą one obwisłe i nie będą się podobały naszym partnerom. Nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam. Zainterweniowałam, a położna przeprosiła. Odtwarzała tylko pewną kalkę kulturową, może chciała jakoś odnieść swój wywód do codziennego życia, zbliżyć się do nas. Ale zamiast stworzyć atmosferę intymności i porozumienia, pokazała, że kobiece ciała nie są tylko kobiece. To są ciała uwikłane w kulturę wraz z jej opresjami. Ciała, o których będąc w ciąży, my – kobiety decydujemy tylko teoretycznie.

Pisząc ten tekst uświadamiam sobie ile nerwów i stresu towarzyszyło mi podczas tych dziewięciu miesięcy. A przecież wszyscy dookoła powtarzają mi, żebym się nie denerwowała. Równocześnie jednak rodzina, instytucje, media i popkultura – cały nasz świat społeczny wzrasta na wykluczeniu i dyskryminacji wycelowanych między innymi w kobiety w ciąży. Nie stresować się oznaczałoby zatem odrzucić kulturę, w której jestem zanurzona, a to raczej niemożliwe.

Wracam myślami do tego momentu kilka dni temu, kiedy płakałam przed drzwiami gabinetu ginekologicznego myśląc o tym, że wydaję na świat dziewczynkę, która od razu będzie szufladkowana, od razu oblepi ją sieć nakazów i zakazów zarówno dotyczących tego jak ma wyglądać, jak i tego ja ma się zachowywać. Powtarzam w głowie te słowa: Córeczko, jak Cię od tego uchronić? Ale nie znajduję żadnej odpowiedzi na to pytanie.

Autorka: Maria Barwińska

Czytaj dalej »

czwartek, 29 października 2020

Nie wszystko jest czarno-białe, czyli historia Andrei Yates

0

Przy wszystkim co się dzieje w kraju, czego nie mam sił komentować (zresztą mnóstwo osób już to zrobiło bardzo celnie), chciałabym wam tylko opowiedzieć pewną historię, która mi się przypomniała. 

Historię Andrei Yates. 

"bathtub" © 2009 Quek Tengwan, CC BY-SA 2.0 https://flic.kr/p/6DG5y6

Amerykanka Andrea Kennedy jako nastolatka, chociaż odnosiła ogromne sukcesy w nauce i w sporcie, jak to bywa przy tak ogromnej presji, cierpiała również na depresję oraz bulimię, będąc zaledwie 17-latką mówiła już o tym, że myśli o samobójstwie. 


Potem, już jako pracująca pielęgniarka, spotkała mężczyznę swojego życia. Z Russellem Yatesem po kilku latach związku, w 1993 roku, wzięła ślub. Na prawo i lewo rozpowiadali, a właściwie głównie Russell jako dość radykalnie wierzący, że chcą spłodzić tyle dzieci, na ile pozwoli im natura. Plan wdrożyli szybko i intensywnie w życie, bo Andrea rodziła jedno dziecko po drugim. 


Po czwartym dziecku, a może wcześniej, ale o tym wiemy, problemy psychiczne ponownie dały o sobie znać. Andrea trzęsła się, gryzła palce i podjęła próbę samobójczą - przedawkowała tabletki. W szpitalu przepisano jej antydepresanty i wypuszczono do domu, gdzie od razu błagała męża, aby dał jej umrzeć przykładając sobie nóż do szyi. Trafiła więc do szpitala ponownie, tym razem zapewniono jej potężną dawkę leków - wydawało się, że chwilowo udało się ją ustabilizować. 


Jednak już miesiąc później miała ponowne załamanie nerwowe - zakończyło się ono dwiema próbami samobójczymi i kolejnymi wizytami w szpitalu. W końcu udało się postawić diagnozę - cierpiała z powodu psychozy poporodowej. Psychoza poporodowa to nie to samo co depresja poporodowa, a na pewno nie to samo co baby blues. To bardzo ostra odmiana zaburzeń psychicznych związanych z porodem, które mogą powodować między innymi halucynacje, czy też katatonię. 


Jak możecie się domyślać, psychiatra wyraźnie zaleciła, aby Andrea nie rodziła więcej dzieci, ponieważ może to znacznie pogłębić jej problemy psychiczne. Jednak fundamentalista, jakim był Russell, miał na ten temat inne zdanie. Siedem tygodni po wyjściu ze szpitala po namowach męża (między innymi komplementował ją jako świetną matkę) para poczęła piąte dziecko, pierwszą córkę, która urodziła się nieco ponad rok po jej próbach samobójczych. Przez kilka miesięcy wydawało się, że Andrea radzi sobie całkiem nieźle. Jednak w marcu 2001 roku zmarł jej ojciec, a Andrei znacznie się pogorszyło. 


Kobieta przestała przyjmować leki. Zamiast tego zaczęła się samookaleczać, a także z zapałem studiować Biblię (co akurat samo w sobie nie jest niczym złym). Przestała jednak także karmić swoje własne, najmłodsze, kilkumiesięczne dziecko, a raz niemal je udusiła próbując dziewczynce podać na siłę pokarmy stałe. W końcu była tak niezdolna do funkcjonowania, że wymagała kolejnej hospitalizacji. Ponownie rozegrała się ta sama historia - wyleczona, wypuszczona. Po miesiącu w stanie bliskim katatonii napełniła w ciągu dnia wannę po brzegi. Psychiatra, do którego wtedy trafiła, ocenił, że chciała się utopić. Zalecił też rodzinie, aby obserwowała Andreę non stop, nie spuszczała jej nigdy z oka, ze względu na ryzyko skrzywdzenia siebie lub dzieci. 


Początkowo obowiązkami dzielili się mąż i jego matka. Jednak Russell nie uważał, że matka może zarzucać swoje “matczyne obowiązki” i polegać na innych. Opowiadał więc rodzinie, że chce spróbować zostawiać swoją własną żonę, będącą w fatalnym stanie psychicznym, po kilku próbach samobójczych i z wyraźnym zaleceniem, aby tego nie robić, na godzinę lub dwie dziennie. Próbować zostawiać na trochę można psa, który przyzwyczaja się do nieobecności właściciela, a nie człowieka, który potrzebuje pomocy. Russell był jednak innego zdania. Chciał wspierać “niezależność” małżonki. Poza tym twierdził, że ludziom z depresją potrzebny jest po prostu “kop w dupę”.


I tak też wyszedł z domu w czerwcu 2001 roku, miesiąc po ostatniej hospitalizacji żony zostawił ją samą na godzinę. W tym czasie Andrea ponownie w stanie niepoczytalności (co potem udowodniono w sądzie i z więzienia przeniesiono ją do szpitala psychiatrycznego) napełniła do pełna wannę. Tym razem jednak wypełniła swój plan do końca. W czasie tego krótkiego okienka zdążyła utopić wszystkie swoje dzieci, a potem ułożyć obok siebie na łóżku. Najmłodsze umieściła w ramionach starszego. Sama zadzwoniła na policję, chociaż nie potrafiła powiedzieć dlaczego. Potem zadzwoniła do męża prosząc, aby wrócił do domu. Później, już w więzieniu, wyjaśniała psychiatrom, że czuła, że nie sprawdza się jako matka, przez co jej dzieci nie rozwijają się prawidłowo. - To był siódmy grzech śmiertelny. Moje dzieci nie były prawe. Popełniały błędy, ponieważ byłam zła. Przez sposób, w jaki je wychowywałam, nigdy nie miały szans na zbawienie. Były skazane na śmierć w ogniu piekielnym - mówiła. 


Russell upierał się w trakcie trwania procesu, że żona zostanie uznana za niewinną. Fantazjował o tym, że jak tylko się wyleczy, będą mieli więcej dzieci - jeśli Andrea sama ich nie urodzi to skorzystają z usług surogatki albo adoptują. Kiedy w końcu pogodził się z rzeczywistością wystąpił o rozwód (w końcu żona pozostawała w zamknięciu), ponownie wziął ślub i zrobił dziecko kolejnej kobiecie.


Wynoszę z tego przede wszystkim kilka lekcji - radykalizm i narzucanie innym swojego zdania czy sposobu życia do niczego dobrego nie prowadzi. A historie ludzkie nigdy nie są czarno-białe. Aborcja to też nie zawsze jest prosty wybór między życiem a śmiercią. Czy w przypadku Andrei, jeśli chciałaby przerwać piątą ciążę, możemy mówić o przesłance dotyczącej zagrożenia życia? Czy ktoś zauważyłby, że w tej sytuacji doszło gwałtu - w końcu mowa o namowie do seksu kobiety, która nie była do końca poczytalna?


Poza tym - jeśli kobiety mają rodzić dzieci i chcieć to robić (i robić to bezpiecznie dla siebie i tych potencjalnych dzieci), potrzebują od państwa opieki. Nie tylko finansowej. Potrzebują też dobrej opieki okołoporodowej, ochrony zdrowia (również psychicznego), godnych urlopów rodzicielskich (również dla ojców, bo dwa tygodnie to jednak trochę kpina), a także porządnej edukacji seksualnej. Bo to między innymi dzięki niej można się dowiedzieć nie tylko jak zrobić dziecko, z czym się wiąże posiadanie dziecka, jak potem zadbać o siebie po jego urodzeniu (fajnie by było jakby w szkołach mówiło się także o tym, że organizm kobiety potrzebuje czasu na regenerację fizyczną i psychiczną po porodzie i to nie jest kilka miesięcy) czy odwrotnie - dobrze się zabezpieczyć, ale również, że nie musisz spełniać cudzych zachcianek. Możesz powiedzieć nie. Możesz opuścić układ, który ci nie pasuje albo próbować ratować z niego swoją siostrę, czy córkę. W historii Andrei przewija się, że jej rodzina była zszokowana tym, że Russel chce mieć więcej dzieci, jak również tym, że chce zostawiać ją z nimi samą po kolejnych próbach samobójczych. Ale nikt jej stamtąd nie zabrał, nie pomógł. Nie wiem dlaczego. Ale chcę wierzyć, że większa świadomość i wiedza mogłyby jej pomóc. 


Ja sama nigdy nie byłam i mam nadzieję, że nigdy nie będę w sytuacji, w której muszę wybierać. Mogę sobie tylko deklarować, co bym wtedy zrobiła, ale to wszystko pozostaje pustą deklaracją. Wiem jedno - nie mogę nikomu narzucać tego, co ma zrobić. 


Czytaj dalej »

poniedziałek, 26 listopada 2018

Feminizm na nie? A na pewno wiesz czym jest?

5


Gdzieś w internecie trafiłam na film z kanału Mama Lama, na którym dwie dziewczyny (Ola i Anna) wyjaśniają czemu nie po drodze im z feminizmem. Nie wiem, czy to masochizm, ale ciągle szukam i znajduję takie rzeczy, czytam, słucham, a potem chce mi się dyskutować. Stąd ten post, który może do autorek filmiku dotrze. A jeśli nie, to chociaż może do kogoś, kto ma podobne poglądy.

Pomijam w swoim wpisie celowo kwestie dotyczące błędów jakie dziewczyny popełniają w wypowiedziach (np. obrzezywanie), bo to coś czego pewnie najłatwiej się uczepić, a jednocześnie w tej sprawie nie ma to kompletnego znaczenia. Poza tym - niech pierwszy rzuci kamień ten, kto nigdy się nie pomylił. Zwłaszcza mówiąc, a nie pisząc, kiedy nie masz okazji tego i owego poprawić (no chyba, że chcesz się godzinami bawić z montażem).


Co właściwie znaczy feminizm

Na początku autorki filmiku mówią o różnych znaczeniach słowa feminizm. Dla mnie jest tylko jedno znaczenie słowa feminizm, nie jakieś dawne i współczesne. I to właśnie dzięki feministkom Ania może robić wszystko to, o czym wspomina w filmie - mieć pracę, nosić spodnie i ściąć włosy na krótko (chociaż Ola faktycznie później zauważa, że dzięki feministkom np. możemy się uczyć, czy też posiadać własne pieniądze lub głosować). I nie wiem jaką Ania ma babcię (bo wspomina, że dla babci jest w związku z robieniem tych wszystkich rzeczy mega feministką), bo te wszystkie elementy były już obecne w pokoleniu naszych babć i nie były wtedy niczym dziwnym…

Szkoda, że zdaniem pań feministyczne małżeństwo polega na tym, że “nie gotujesz, bo nie, bo masz prawo”. Zaskoczę was - feministyczne małżeństwo polega wyłącznie na tym, że ustalamy partnerskie zasady i nikt nie jest do niczego zmuszany. Np. w moim domu wiemy, że mój mąż lepiej gotuje, a ja mogłabym spalić kuchnię, więc to on przygotowuje większość posiłków, a ja robię to wtedy, kiedy sytuacja tego wymaga - np. teraz, kiedy jestem całe dnie sama z dzieckiem, które już nie może przeżyć na samej piersi (czasami chciałoby się powiedzieć - szkoda), więc ogarnęłam wrzucanie warzyw na parę, robię owsianki i kilka innych podstawowych rzeczy. Poza tym całkiem nieźle robię ciasta i ciastka, więc też czasem sobie pozwalam. Podsumowując - żona feministka, to nie taka osoba, która nie gotuje z zasady, to taka osoba, która rozumie, że w domu każdy ma równe prawa i równe obowiązki, a ich podział zależy od partnerów, a nie od społecznie narzuconych nam ról. Gdybym potrafiła lepiej gotować pewnie byłabym w kuchni częściej, ale cóż - Najwyższy jak widać rozdaje talenty niezbyt po równo.

I ponownie - Ania mówi, że nie jest “feministką w tym współczesnym świecie, bo to by oznaczało szereg rzeczy, z którymi się nie zgadza”. Bycie feministką oznacza bycie zwolenniczką równości praw mężczyzn i kobiet. Jak brzmi słynne zdanie - to radykalne założenie, że kobiety to też ludzie. Powiedz mi proszę, z którą częścią tych naprawdę niecodziennych stwierdzeń się nie zgadzasz?

Gdzie ta dyskryminacja?

Ola stwierdza, że nie zgadza się z feminizmem, bo zakłada on, że kobiety są i były dyskryminowane. Zauważa, że owszem kobiety są nadal dyskryminowane, bo np. są oblewane kwasem, ale to “na Bliskim Wschodzie, albo gdzieś tam dalej”. Podobnie obrzezanie - nas to przecież nie dotyczy. Owszem, dotyczy. To się dzieje również w Europie, w Stanach. Poza tym, to nie są jedyne objawy wciąż istniejącej dyskryminacji wobec kobiet, chociaż te należą do najbardziej ekstremalnych.

Potem rezolutnie dodaje, że w Polsce nie ma dyskryminacji, no ale “zależy z kim się zadajesz, bo są faceci seksiści”. No to jest ten seksizm, czy go nie ma, bo się pogubiłam?

Zdaniem pań społeczeństwo w Polsce nie dyskryminuje kobiet. Otóż społeczeństwo to nie jest jednorodny twór, który zachowuje się w całości tak samo. A w tym społeczeństwie nadal dyskryminuje się kobiety i wcale nie jest to margines, wcale nie trzeba daleko szukać. Wystarczy zajrzeć do dużych mediów, obejrzeć reklamy, wyjść na ulicę, cokolwiek. I nawet jeśli w literze prawa (choć też nie całkiem) wydaje się, że jesteśmy równe mężczyznom, to w życiu wcale tak nie jest - a życie to nie tylko spisane prawo, więc nadal jest o co walczyć.

Panie dyskutują też o różnicy płac, słusznie zauważając, że kobieta i mężczyzna na tym stanowisku powinni zarabiać tyle samo. Co do liczby kobiet w rządzie, o czym wspominają, - nie, nie zależy to tylko od motywacji i kompetencji, bo listy wyborcze tworzą mężczyźni i umieszczają na nich mężczyzn. Częściowy parytet bądź całkowity parytet w wielu krajach (również w Polsce) pozwolił na zmianę tej sytuacji bez utraty kompetencji i zdolności pracowników. W części krajów, gdzie kiedyś pomagano wprowadzić równość parytetem przestało być to po jakimś czasie konieczne, bo kobiety w polityce stały się normą. Zresztą - kobiety to połowa społeczeństwa, wypadałoby, żeby chociaż trochę kobiet reprezentowało interesy tej połowy społeczeństwa. Podobnie w firmach, właściciele sami powinni chcieć, aby uwzględniano wszystkie perspektywy - różnorodność wpływa tylko pozytywnie na wyniki i to akurat nie raz sprawdzono.

Kolejny postulat dziewczyn z filmu to to, że nie można wsadzić wszystkich kobiet do jednego wora, bo nie wszystkie kobiety mają takie same potrzeby - i tu się zgadzam! I na przykład - nie każda kobieta chce założyć rodzinę, nie każda kobieta chce pracować, nie każda chce być w związku z mężczyzną i tak dalej. I to właśnie feminizm dąży do tego, żeby kobiety mogły wybierać bez konsekwencji np. w postaci ostracyzmu społecznego.


Ja czy my   

Zdaniem autorek filmu feministki same ze sobą by się nie we wszystkim zgodziły - i to według Oli i Ani jest problem feminizmu. Moim zdaniem to nie jest żaden problem. Feministki to ludzie i mają różne poglądy na wiele spraw, nie we wszystkim muszą być zgodne, ważne, że zgadzamy się co do jednego - mężczyźni i kobiety powinni być równi. Jak widać jest to pojęcie dość ogólne, więc tak, istnieją różne feminizmy i czasem walczymy o różne sprawy, ale najczęściej idziemy wspólnie w marszach, bo wciąż walczymy o rzeczy, zdawałoby się, podstawowe, które nas łączą.

Jak twierdzi Ola, feminizm ma w swoim założeniu “ja” w centrum - tu chciałabym po prostu wiedzieć, skąd ten wniosek. Źródło poproszę. Bo mi się jednak wydaje, że to ruch dość mocno ukierunkowany na pomoc innym i kolektywistyczny. Potoczne stwierdzenie, że to robienie z siebie ofiar nie poparte w sumie żadnymi dowodami mnie nie urządza (czy robieniem z siebie ofiar jest np. umacnianie pozycji dziewczynek?). A co jest złego w tym, żeby walczyć o więcej praw, o czym też wspominają w negatywnym sensie, to już kompletnie nie rozumiem. O ile nikomu one nie szkodzą to tak, walczmy o więcej praw. Więcej praw dla kobiet, dla mężczyzn, dla dzieci, dla osób LGBT, dla wszystkich. Żeby wszystkim żyło się lepiej.

Po prostu “prove them wrong” - przekonuje nas Ola i Ania. Tak, zgadzam się, ale czasami to nie wystarczy. Kobiety, również w Polsce, wciąż słyszą na rozmowach o pracę pytania o rodzinę i dzieci. Wciąż są zwalniane z powodu zajścia w ciążę. Lekceważone w sądach i na policji, kiedy zgłaszają gwałt. Traktowane jak kawał mięsa przy porodach. Molestowane w miejscu pracy, w szkole. I tak dalej, i tak dalej. Tu nie wystarczy swoją pracą i talentem udowodnić, że ktoś nie ma racji. Tu potrzeba zmiany mentalności i systemu, czasem prawa. I to nie jest biadolenie, że jesteśmy ofiarami i szukanie winnych. Kobiety po prostu bardzo często są traktowane gorzej niezależnie od tego jak mocno się starają albo są ofiarami i najczęściej w tych sytuacjach jest jakiś winny, któremu niejednokrotnie uchodzi to na sucho. Nawet jeśli walczą, nawet jeśli próbują udowodnić, że ktoś się myli. Ale dziewczyna z filmiku strzela lepiej niż faceci, więc wszystko jest ok.

Na problem noszenia szafy naprawdę nie ma co strzępić języka. Jeśli dla kogoś feminizm i walka o prawa kobiet sprowadza się do tego, kto gdzie wnosi szafę to chyba nie ma o czym rozmawiać.

To nie jest coś złego, że w czymś jesteśmy gorsi - oczywiście, że tak. Warto mieć świadomość swoich słabości i prosić o pomoc. Tylko, że one nie mają nic wspólnego z płcią. To, że jestem kobietą nie sprawia, że z automatu jestem gorsza z matmy. A to, że ktoś jest facetem, nie oznacza, że nie maluje paznokci albo że jest silny fizycznie.

“Nie do końca wiem o co współczesny feminizm tak do końca walczy” - mówi Ania. Właśnie. I to chyba zamyka dyskusję o tym filmie. A na pewno powinno zamknąć usta komuś, kto chce zrobić filmik o feminizmie.

I znowu - “osobiście nie czułam się dyskryminowana” - ogłaszają dziewczyny. Ale wy, to nie wszyscy. I kto tu jest zorientowany na “ja”?

Ola radzi też nam, że jeśli facet ci przerywa, to możesz go upomnieć, ale “z pełnią pokory” i przepraszając. Bo rozumiem, że inaczej to by się obraził? A to podobno feministki tak się strasznie obrażają. Żeby była jasność - jak ktoś mi przerywa, jest dla mnie chamski, czy w jakikolwiek sposób zachowuje się źle to odpowiadam stosownie do sytuacji - kulturalnie, ostro, zależy co się dzieje. Ale na pewno nie “z pełnią pokory”.   

Ja, matka feministka   

A wiecie co dla mnie jest w tym filmie najbardziej przykre? Że stworzyły go mamy. Na kanale dla mam. Sama jestem matką i chociaż byłam feministką jeszcze przed porodem to poród, ciąża, opieka nad dzieckiem, laktacja tylko umocniły mój feminizm - może kiedyś napiszę w jaki sposób. I jako mamy powinnyśmy też walczyć o lepszą przyszłość dla naszych dzieci. A przez taką rozumiem przyszłość wyzwoloną od stereotypów i narzucanych na siłę ról. Przyszłość, w której jesteśmy równi i empatyczni.
Czytaj dalej »

czwartek, 8 lutego 2018

Akcja #niejestemfeministką. A może tak naprawdę jesteś?

0
"Women in love" © 2006 gaelx, CC BY-SA 2.0 https://www.flickr.com/photos/gaelx/2318189897/

W internecie od kilku dni krąży filmik "Dlaczego nie jestem feministką? cz. 1" opublikowany przez "Idź Pod Prąd". Zazwyczaj nie zajmuję się takimi rzeczami, bo nieraz to tak jak gadać do obrazu, chociaż bardzo często zagłębiam się w świat przeciwników feminizmu, żeby ich zrozumieć. Uważam, że każdy zasługuje chociaż na wysłuchanie, często na dialog, jeśli jest możliwy. Ten filmik urzekł mnie jednak wyjątkowo. Przeanalizowałam go więc zdanie po zdaniu. Może nawet przeczytają to występujące w nim panie?



"Bo feminizm jest głupi" - uzupełniłabym to jeszcze o jakieś inne zdanie na podobnym poziomie, np. "jesteś u pani".

"Feminizm jest przeciwko rozumowi" - chciałabym wiedzieć co konkretnie w feminizmie jest przeciwko rozumowi, bo niestety pani w filmiku tej myśli nie rozwija. Czy podstawowe stwierdzenie, że ludzie są równi jest takie nierozumne?

"Nie muszę brać sztandaru do ręki i chodzić na manifestacje, żeby czuć się wolną kobietą" - owszem, nie musisz, i nawet w feminizmie nikt ci tego robić nie każe. Może precyzyjniej byłoby powiedzieć jednak - już nie musisz. Bo to, że jesteś wolna, możesz głosować, wybrać męża, mieć konto w banku, uczyć się, itp. itd. zawdzięczasz nikomu innemu jak feministkom właśnie. Tym, które chodziły na te manifestacje. Poza tym zastanawiam się, jak można się czuć wolną jednocześnie twierdząc, że bycie wolną to cały szereg zasad według których należy żyć "po kobiecemu", które panie zaraz wyłożą. Dla mnie bycie wolną to wybór.

"Ponieważ feminizm jest niekobiecy" - ruch złożony w dużej mierze z kobiet, walczący o równe prawa kobiet. O to, żeby mogły być kim chcą, jak chcą i nie narażać się na ostracyzm. Niekobiecy. Nie no, logiczne.

"Bo czuję się wspaniale mogąc prosić mojego męża o to, żeby mi w czymś pomógł, o to, że zawsze mogę na niego liczyć" - No i ok! Super! A co tu się, przepraszam, nie zgadza z feminizmem? W ruchu jest miejsce dla kobiet, które chcą pomocy męża w domu i równego podziału obowiązków, jak i dla takich co np. wolą zostać w domu i zrobić wszystko same. Dla tych, które nie chcą mieć męża też. Ważne tylko, żeby wybór był wyłącznie ich, nikt im go nie narzucał i nie mówił, że muszą żyć według konkretnego wzoru.

"Lubię, kiedy mężczyzna okazuje mi szacunek, kiedy przepuszcza mnie w drzwiach, kiedy mogę się czuć przy nim bezpieczna" - feministkom też zależy na szacunku i poczuciu bezpieczeństwa (przepuszczanie w drzwiach to jednak sprawa marginalna, ale nikt ci nie powie, że masz tego nie lubić i to jest piękne). Jest taka akcja #metoo, może nie słyszałyście. W całości opiera się właśnie na tym, żeby mężczyźni szanowali kobiety, nie traktowali ich jak rzeczy, które mają ich zaspokoić, nie wykorzystywali swojej władzy do klepania po tyłkach. I żeby kobiety mogły się czuć przy nich bezpiecznie, nie bojąc się np. zgwałcenia, kiedy stracą przytomność albo zbyt mało agresywnie krzykną "nie", a potem przegrają w przepychance z kimś silniejszym. 

"Nie wyobrażam sobie, że to ja mogłabym bronić i dawać bezpieczeństwo mojemu mężowi" - no i ok. I znowu odsyłam do podpunktu z "czuję się wspaniale mogąc prosić męża o...". Co tu się nie zgadza z feminizmem? Feminizm zabroni?

"Feminizm okrada też mężczyznę z takiego prawa do bycia silnym, do bycia przewodnikiem, do bycia opiekunem" - poprawię - feminizm pozwala mężczyźnie zarówno być silnym opiekunem, jak i wrażliwym człowiekiem. Feminizm nie zmusza mężczyzny, żeby zawsze był silny, nie zmusza go też do tego, żeby był słaby. Ogólnie zakłada, że mężczyzna też człowiek i podobnie jak kobieta może realizować się na wiele różnych sposobów. Niekoniecznie jako przewodnik i obrońca, ale też nie przymusowo jako zostający w domu tata. Każda rola ma wartość, każdy może wybrać jaką chce, byle nie krzywdzić innych. Żadna z ról nie jest też przypisana do płci. I to jest piękne.

"Odziera kobietę z jej naturalnych cech jak wdzięk, piękno, wrażliwość, prawo do bycia słabszą. Zmusza do udowadniania, że mogę być taka jak mężczyzna" - podobnie jak w punkcie wyżej feminizm z niczego nie odziera, ani do niczego nie zmusza. Przede wszystkim zakłada jednak, że nie ma czegoś takiego jak "natura" jeśli chodzi o role płciowe. Nie każda kobieta jest wrażliwa, nie każda chce się czuć słabsza. Co nie znaczy, że żadna nie może. Feminizm właśnie pozwala ci niczego nie udowadniać. Nie musisz udowadniać, że jesteś jak mężczyzna. Nie musisz też udowadniać, że jesteś kobieca. Swoją drogą, czy to nie przeciwnicy ruchu ciągle stwierdzają, że feministki opierają się na mentalności ofiar? A jednocześnie niby zabieramy prawo do bycia słabszą? To jak w końcu?

"Myślę, że dzisiejsze kobiety zatracają swoją kobiecość przez to, że próbują przejąć rolę mężczyzny" - po raz kolejny - nie ma żadnych ról, nie ma więc mowy ani o roli mężczyzny, ani o stereotypowej kobiecości. Feministka może być umalowaną kobietą w szpilkach, może być sportsmenką w dresie, może być mamą piątki dzieci, może być samotną kobietą. Może być kim chce, jak chce. I nie chcemy przejąć ról mężczyzn, bo nie zakładamy, że w ogóle takie istnieją, że mężczyźni są do czegoś zobowiązani przez tajemniczą "naturę". Swoją drogą to zdanie mówi pani w krótkich włosach, co kiedyś zostałoby uznane za "przejmowanie roli mężczyzny". Ale już nie jest. Dzięki feministkom między innymi.

"Jesteśmy kobietami i to jest wspaniałe" - tak, po prostu tak! Zgadzam się na całej linii.

"Bóg stworzył was takie piękne, zostawcie to w ten sposób" - ale czy feministki chcą coś na siłę zmieniać? Czy chcą kogoś na siłę "obrzydzać"? Kategoria piękna jest relatywna i często chcemy mówić o tym, żeby kobiety nie czuły się w obowiązku wyglądać na jedną modłę. Ale to nie znaczy, że nie chcemy czuć się piękne. Albo inaczej - że wszystkie z nas nie chcą. Część chce, część nie chce, każda i każdy rozumie też piękno inaczej. Czy może według was jest jeden model? A jeśli tak to dla kogo on istnieje - dla was, czy mężczyzn?

"Kobieta konserwatywna nie musi niczego zmieniać, ona wie, że jest kobietą, niczego jej nie brakuje" - "Feministka nie musi niczego zmieniać, ale może jeśli chce, ona wie, że jest kobietą, niczego jej nie brakuje". A jeśli uzna, że czegoś jej brakuje (np. zechce się dokształcić, ufarbować włosy, doczepić paznokcie) to uzna to sama, a nie dlatego, że ktoś jej tak kazał.

Tu pojawia się argument z myciem naczyń i że facet musi zarobić na zmywarkę. To chyba miał być żart, ale wyjaśnię, że facet może zarobić na zmywarkę, kobieta może zarobić na zmywarkę, mogą wspólnie zarobić na zmywarkę, mogą też wspólnie lub osobno zmywać naczynia albo jeść na papierowych talerzach. You do you.

"Jestem szczęśliwa. Szanuję siebie i swoje ciało" - you go girl! Feministki mają podobnie.

"Mi spełnienie daje bycie żoną, a już niedługo mamą" - gratulacje oraz - super! Cieszę się, że się spełniasz. Będąc feministką mogłabyś się spełniać dokładnie tak samo, więc nie widzę w czym problem.

"Rozwijaj swoje pasje, szanuj siebie, szanuj swoje ciało i przede wszystkim włącz myślenie" - jako feministka podpisuję się pod tym obiema rękami. Bardzo dobra myśl! Ale czemu w sumie znalazła się w antyfeministycznym filmiku?

Podsumowując - dziewczyny, widzę, że zgadzamy się na wielu płaszczyznach. Dlaczego więc musimy stawać po dwóch stronach barykady? Może lepiej usiąść i pogadać? Nie dajmy się ciągle antagonizować. Ja wysłuchałam was, wy wysłuchajcie nas. I może będzie ciut łatwiej?  
Czytaj dalej »

czwartek, 12 października 2017

10 pozytywnych bohaterek dla dziewczynek na Dzień Dziewcząt

0
Zaznaczę na początku, że pozytywnych bohaterek dla dziewcząt na pewno jest więcej niż 10. Nie widziałam wszystkich filmów, nie przeczytałam wszystkich książek. Wybrałam jednak 10 postaci, które są mi szczególnie bliskie bądź dobrze spełniają cechy modelu, na jakim kolejne pokolenia kobiet mogą się wzorować. Niektóre po prostu w danym momencie przyszły mi do głowy. Oto lista 10 pozytywnych bohaterek specjalnie z okazji wczorajszego Międzynarodowego Dnia Dziewczynek.

Pippi Pończoszanka

To ja, kiedy na imprezie przebieranej dobrałam strój do osobowości
Ruda Szwedka była moją towarzyszką w dzieciństwie i zawsze mówię, że bardzo mocno mnie ukształtowała. Zdaje się, że moi rodzice uznali, że rudemu dziecku będzie się łatwo identyfikowało z innym rudym dzieckiem, stąd otaczanie mnie książkami o Pippi Pończoszance. Mówię to w zupełnie pozytywnym sensie - Pippi to mieszkająca sama dziewczynka, której dom jest pełen zagadek i sprzeczności. Jeździ na koniu, a jej zwierzątkiem domowym jest małpa. Przejawia szereg zainteresowań, które nie są stereotypowo dziewczyńskie, a dodatkowo jest nadludzko silna. Pippi walczyła też z mitem urody, zanim to było modne - pamiętacie, jak zaciekawiona pytała w sklepie po co komu maść do likwidowania piegów? Podkreśliła wtedy, że ona swoje lubi. Była też przede wszystkim dobrą przyjaciółką i pomocną osobą - trudno znaleźć lepszy przykład dla dziewczynek.

Emily the Strange // Dziwna Emilka

Obrazek pochodzi z emilystrange.com
Nie ma co ukrywać, Emily nie jest postacią z wybitnej literatury, czy filmu, powstała do ozdabiania ciuchów. Nie znaczy to jednak, że nie rozwinęła się w jak najbardziej pozytywną bohaterkę dla młodych dziewczyn. Do ciuchów dołączyły bowiem między innymi krótkie książeczki, które pozwoliły rozwinąć osobowość 13-latki. Jest blada, ma kruczoczarne włosy i mroczny wygląd. Nie boi się mówić tego, co myśli, otacza się czarnymi kotami i słucha dobrej muzyki. Odstaje od społeczeństwa, ale nie boi się, ani nie wstydzi swojej dziwności - tworzy z niej swój znak rozpoznawczy. Artystka, poszukiwaczka przygód, jeżdżąca na deskorolce wynalazczyni - marzycielka. A przede wszystkim nonkonformistka.

Chihiro ("Spirited Away")

Zródło: Spirited Away, Studio Ghibli
Po dotarciu z rodziną do obcego miejsca w początkowych scenach animacji "Spirited Away" Chihiro ostrzega ich, że coś jest nie tak, jednak jak to około 10-letnia dziewczynka jest lekceważona. Nie zmienia to jednak jej podejścia, przez co część krytyków filmu nazywa ją "niewychowaną", chociaż okazuje się przecież, że jej przeczucia były słuszne - Chihiro i jej rodzice znaleźli się w krainie bogów. Oni zostali zamienieni w świnie za spożycie pokarmu nie dla ludzi, a ich córka postanawia ich ocalić. Jak zauważa portal "Vice" w swoim tekście o filmie, Chihiro nie zmienia się potem w "grzeczną dziewczynkę", nadal pozostaje sobą i nie jest to krytykowane. W ogóle w filmie nie ma dobrych i złych, są za to szarości zamiast bieli i czerni, a interpretacje tego, co widzimy na ekranie są nieskończone - między innymi pojawiła się teoria o tym, że film mówi o konflikcie między nowoczesną i tradycyjną Japonią, jak również, że może poruszać trudny temat dotyczący wykorzystywania dziewcząt w domach publicznych.

Elsa i Anna ("Kraina lodu")

Zródło: Disney
Elsą i Anną z "Krainy lodu" zachwycali się chyba już wszyscy. Film Disneya, w którym najważniejszym związkiem nie jest ten między mężczyzną a kobietą, a między dwoma kochającymi się i wspierającymi siostrami. Tak bardzo kochającymi, że jedna przez lata ogranicza swoje magiczne moce, aby nie skrzywdzić siostry, a ostatecznie ucieka z ich wspólnego zamku, a druga postanawia stawić czoła przeciwnościom i ją odnaleźć. Zachęca też Elsę, nie odrzucając jej dziwności, aby nie ograniczała swoich mocy i korzystając z nich zasiadła na przynależnym jej królewskim tronie - bez konieczności zaślubin.

Tiana ("Księżniczka i żaba")

Zródło: Disney
Przed "Krainą lodu" był jeszcze jeden film Disneya, który dokonał pewnego przełomu, chociaż nie tak dużego i nie na taką skalę (jeśli chodzi o popularność) jak historia Elsy i Anny. "Księżniczka i żaba" pokazała nam Tianę, pierwszą czarnoskórą księżniczkę Disneya, której największym marzeniem był własny biznes. Od początku filmu widzimy, jak dziewczyna dąży do otwarcia własnej restauracji. Inaczej niż w "Krainie lodu" trafia co prawda na księcia, który okazuje się pomocny, ale to ona jest główną siłą napędową. I to ona ratuje go z opresji, kiedy zwiedziony próżnością daje zamienić się w żabę. Ciekawy wątek stanowi też relacja Tiany z jej bogatą przyjaciółką Charlotte. Różowa, typowo "księżniczkowata" i umalowana blondynka nie jest tu czarnym charakterem, pokazując, że każda dziewczyna może realizować swoje marzenia i gusta jak chce, również w bardziej stereotypowy sposób. Kiedy wydaje się, że dziewczyny będą walczyć o faceta, okazuje się, że zamiast tego wspierają siebie nawzajem. A do tego wszystkiego dodajmy jazz i blues prosto z Nowego Orleanu. Bardzo niedoceniony, a bardzo warty waszego czasu film.


Merida ("Merida waleczna")

Zródło: Disney
Między "Księżniczką i żabą" a "Krainą lodu" powstał jeszcze jeden film Disneya godny wymienienia w tym tekście, a mianowicie powstała we współpracy z Pixarem "Merida waleczna". Do Meridy jako naczelny szkocjofil mam szczególnie ciepłe uczucia. Ruda (znowu) dziewczyna odrzuca w filmie tradycje, w tym wizję zaaranżowanego małżeństwa i pokazuje, że bez faceta poradzi sobie najlepiej wygrywając w turnieju strzeleckim ze wszystkimi kandydatami na jej męża. Przez to podejście przez niektóre konserwatywne środowiska amerykańskie Merida była podejrzewana o bycie pierwszą księżniczką-lesbijką, co oczywiście jest zarzutem absurdalnym - bo od kiedy to, że nastolatka nie chce być zmuszana do małżeństwa przesądza o jej orientacji seksualnej? A nawet jeśli? Tak czy inaczej oprócz buntu "Merida waleczna" skupia się na relacji głównej bohaterki z matką (tak jak w "Krainie lodu" zamiast relacji z mężczyzną mamy relację siostrzaną). Nie jest to relacja łatwa (jak w życiu), a obie kobiety muszą przejść długą drogę, aby zrozumieć swoje podejście do siebie nawzajem oraz do tradycji. A w tle tej całej historii mamy piękną szkocką przyrodę. I szkockie zwierzęta.

Diana Prince ("Wonder Woman") 

Zródło: DC Comics
Najnowsza produkcja DC o Wonder Woman nie spełnia wszystkich oczekiwań feministek, ale na pewno zahacza o kilka bardzo istotnych punktów. Diana, podobnie jak inne bohaterki na tej liście, kwestionuje tradycyjne postrzeganie kobiety w społeczeństwie, walczy mieczem lepiej niż wszyscy mężczyźni w filmie razem wzięci, potrafi rozmawiać otwarcie o relacjach międzyludzkich (i seksie) nie kwestionując żadnego sposobu na życie i miłość (zwróćcie uwagę na jej dialog z kapitanem Stevem na łodzi, kiedy opuszczają Themyscirę). Poza tym znowu to mężczyzna jest tutaj "damą w opałach", a Diana nigdy nie daje się usunąć w kąt, kiedy wszystkich pochłania ogień walki. Najważniejszy w tym filmie był jednak nacisk położony na ekologię - Diana broni przyrody dosłownie własnym ciałem, a w obrazie wielokrotnie podkreślone jest to jak istotne są nasze zasoby naturalne. Można by oczekiwać od tego filmu jeszcze trochę więcej, ale to bardzo dobry początek! 


Katniss Everdeen ("Igrzyska śmierci")

Zródło: Lionsgate
Większość pewnie zna Katniss jako dziewczynę z twarzą Jennifer Lawrence, ale "Igrzyska śmierci" to przede wszystkim fantastyczna seria książek dla młodzieży. Dystopijna wizja, w której dzieci co roku zmuszane są do walki na śmierć i życie, a spośród nich wybierany jest jeden zwycięzca - ten, który przeżyje. W tej rzeczywistości żyje Katniss, nastolatka, która postanawia uratować swoją młodszą siostrę i zastąpić ją w Igrzyskach. Podczas samej rozgrywki skupia się przede wszystkim na współpracy, nie zaś na rywalizacji (między innymi z młodszą dziewczyną Rue, a także z kolegą z dystryktu, którego ratuje przed śmiercią). Aby ratować bliskich daje się wkręcić w trybiki machiny propagandowej, a potem bez jej woli opozycja tworzy z niej ikonę oporu. Katniss ma jednak własny plan na walkę z totalitarną władzą, jak również doskonale rozumie niebezpieczne mechanizmy, które tworzą się w nowym reżimie. Nigdy nie idzie z prądem i zawsze jest przeciwna bezsensownej przemocy, a także bezsensownej zemście. Sama decyduje o sobie (a także swoim życiu uczuciowym), sama potrafi zadbać o siebie i całą rodzinę (między innymi poluje). To naprawdę bardzo dobry przykład.

Judy Hopps ("Zwierzogród")

Zródło: Disney
Judy Hopps to jedyne zwierzę na tej liście, ale spokojnie możemy mówić o niej jako o człowieku. W spersonifikowanym zwierzęcym świecie disnejowskiego "Zwierzogrodu" jest główną bohaterką. Mimo bycia królikiem Hopps marzy o pracy w policji - zawodzie do tej pory zdominowanym przez duże zwierzęta, takie jak tygrysy, czy byki. Wyprowadza się ze wsi do dużego miasta i mimo, że dostaje najprostsze zadania - wlepianie mandatów za złe parkowanie - postanawia poświęcić się własnej sprawie tajemniczych zaginięć. Bajka opowiada przede wszystkim o krzywdzącej sile uprzedzeń - Hopps jest uznawana za zbyt słabą ze względu na swój gatunek, zaś przy okazji rozwiązywania zagadki kryminalnej idylliczny Zwierzogród, gdzie wszystkie zwierzęta żyją w pokoju, zwraca się szybko przeciwko drapieżnikom wytaczając przeciw nim argumenty znane nam z życia codziennego - że coś leży "w ich naturze". Judy oczywiście sprzeciwia się stereotypom, chociaż przez moment sama daje się wciągnąć w fałszywą narrację.

Leia Organa i Rey ("Gwiezdne wojny")

Zródlo: Star Wars, Lucasfilm
Na koniec dwa przykłady, które pewnie większości przychodzą na myśl w pierwszej chwili, kiedy myślą o silnych, niezależnych bohaterkach. Leia Organa i Rey, dwie kobiety ze starych i nowych "Gwiezdnych Wojen" (dość świadomie pomijam tu dość przezroczystą Padme...). Leia to wojowniczka, która na równi z Hanem i Lukiem walczy z Imperium. Wojskowa o stopniu generała, ale też księżniczka. Jej romans z Hanem nie jest sytuacją, w której ona jest nagrodą dla niego - ich relacja jest równoważna i nie stanowi jedynego aspektu jej postaci. Dodatkowo grająca Leię Carrie Fisher prywatnie zawsze propagowała idee feministyczne, doradzając również młodszym koleżankom z planu (między innymi polecała, aby nie dały się wcisnąć w seksistowski kostium, tak jak ona - ale wbrew pozorom nawet w nim pokazała swoją siłę). Rey, bohaterka najnowszej serii "Gwiezdnych wojen", nazywana jest z kolei nowym Lukiem Skywalkerem. Nie zna swoich rodziców, sama radzi sobie na nieprzyjaznej, pustynnej planecie. Współpracuje z napotkanymi mężczyznami, a Han Solo widzi w niej córkę, której nigdy nie miał - przekazuje jej swoje umiejętności, a także ufa, że dobrze pokieruje jego statkiem wspólnie z jego dawnym przyjacielem - Chewbaccą. Rey, podobnie jak Luke, odkrywa też w sobie moc, a jako nauczyciela wybiera właśnie Skywalkera. Pozostaje z niecierpliwością czekać, co z tego wyniknie.

Kogo jeszcze widzielibyście na takiej liście?
Czytaj dalej »

poniedziałek, 17 lipca 2017

Kobieta Doktorem. Czy to naprawdę takie dziwne?

0
Stało się - kolejnym Doktorem w serialu "Doctor Who" będzie kobieta. A konkretnie Jodie Whittaker, uznana aktorka serialowa i filmowa z niezłym dorobkiem (grała między innymi w "Black Mirror" oraz "Broadchurch").


Wydawałoby się, że to super wiadomość - serial odchodzi od znanej formuły (do tej pory rolę Doktora od lat sześćdziesiątych grali tylko mężczyźni). Dodatkowo wpisuje się w oczekiwania, o których spekulowano już od lat. Jednak głosów oburzenia nie brakuje.

Pozwólcie, że trochę przybliżę wam tę kwestię - Doktor jest kosmitą. Kosmitą, który ma około tysiąca lat (wersje są różne), podróżuje w czasie i przestrzeni, ma też możliwość rozumienia wszystkich języków wszechświata. Ma dwa serca i co jakiś czas regeneruje się przyjmując zupełnie nową postać. Nie zapomnijmy o tym, że walczy z armią czajników (tak, tak, Daleków). Jednak to właśnie fakt, że w kolejnej regeneracji stał się kobietą wydaje się w tej mieszance części osób osobliwy.

Dodatkowo "Doctor Who" od dawna jest serialem bardzo liberalnym i otwartym. Od dawna istnieje w nim powracająca para postaci - kosmitki o wyglądzie jaszczurki i młodej kobiety-człowieka. Pozostają w międzygalaktycznym, lesbijskim związku romantycznym i wspólnie rozwiązują zagadki kryminalne. Serial nigdy nie bał się poruszać różnych kontrowersyjnych kwestii dotyczących rasy, płci czy orientacji seksualnej. Niedawno towarzyszką przygód Doktora została czarnoskóra lesbijka, a kosmici i ludzie których spotyka na swojej drodze reprezentują przeróżne środowiska i poglądy.

Nie powinno więc dziwić, że w końcu twórcy zdecydowali się na krok, o którym plotkowano od dawna. Na zmienienie płci Doktora przy kolejnej regeneracji. Mimo wszystko dla części ludzi jest to problem. Mówię "ludzi", nie "fanów", bo trudno mi uwierzyć, że jacykolwiek fani serialu nie widzieli tego, co robi on do tej pory. Oraz nie zrozumieli jednego z jego głównych przekazów - że nieważne kim jesteś i co sobą reprezentujesz, zawsze trzeba być otwartym na wzajemne zrozumienie.



Na koniec chcę zaapelować do mężczyzn, którzy mają problem z nową płcią Doktora - naprawdę jedna kobieta w do tej pory męskiej roli tak bardzo wam zagraża...?
Czytaj dalej »

wtorek, 9 maja 2017

"Girlboss". Założycielka Nasty Gal nie taka feministyczna?

0
Na Netflixie pojawił się serial "Girlboss", o założycielce sklepu Nasty Gal (obejrzałam w jeden dzień). Zarówno serial jak i Sophia Amoruso, pierwowzór głównej bohaterki, kreują Sophię na feministyczną ikonę. Tymczasem rzeczywistość wcale nie jest taka różowa.


Zacznijmy od tego, że w 2016 roku, już po tym jak Netflix rozpoczął prace nad serialem, Nasty Gal ogłosiło bankructwo. Do tego stanu doprowadziło kilka istotnych czynników, między innymi procesy wytoczone firmie przez byłych pracowników.

Część oskarżeń dotyczyła tego, jak firma traktowała ciężarne kobiety. Kilka złożyło pozwy, w których twierdziły, że zostały zwolnione po zajściu w ciążę, inni pracownicy mieli zostać zwolnieni w obliczu przewlekłej choroby. Wiele z tych spraw znalazło swoje rozwiązanie poza sądem. Poza tym pracownicy zaczęli mówić głośno o "toksycznej" atmosferze w Nasty Gal oraz o tym, że Amoruso była bardziej skupiona na budowaniu marki wokół samej siebie, niż zajęta firmą. Więcej o tym możecie przeczytać między innymi w tekście The Telegraph.

Chociaż Amoruso ustąpiła z pozycji CEO w 2014 roku i wyjaśnia, że nie miała wpływu na upadek marki to jednak nadal pełniła jedną z kluczowych ról w Nasty Gal. Trudno uwierzyć w takie tłumaczenia, zwłaszcza że zarówno w serialu, jak i w swoich wspomnieniach nie stroni od opisywania innych niepokojących zachowań. Sophia przyznała się między innymi do tego że kradła, zaś w nowej produkcji Netflixa widzimy jak przedmiotowo traktuje swoich pracodawców, czy też współpracowników. Sama odtwórczyni głównej roli w serialu przyznała, że Amoruso nie jest postacią do lubienia, a widzowie raczej słusznie kwestionują motywy jej działań.

Skupione na sobie i odnoszące sukces kobiety nie stworzą feministycznych środowisk pracy z samej racji tego, że są silnymi kobietami na ważnych pozycjach. Rynek pracy nie stanie się przyjazny dla mniej uprzywilejowanych kobiet tylko dlatego, że część kobiet odniosła sukces. Muszą one jeszcze chcieć tego samego dla innych kobiet - chcieć zmienić ich warunki, sytuację, pomóc wystartować z tej samej pozycji co mężczyźni, czy też wyrównać ich szanse mimo bardziej czasochłonnej roli kobiet w procesie reprodukcyjnym.

Problemem części młodych feministek jest to, że w ferworze walki o prawa reprodukcyjne zapominają o prawach matek, które nieraz uważane są przez nie za te gorsze i sponiewierane przez patriarchat. Nie będzie jednak prawdziwej jedności kobiet i prawdziwego wolnego wyboru jeśli wszystkie i wszyscy nie uznamy, że mamy wspólny problem, którego nie rozwiąże wzajemne pogrążanie się oraz uznawanie, że konkretny sposób na życie i decyzje są lepsze od innych. Zdaje się, że ten problem mogła mieć również Amoruso, chociaż nie przesądzam, że rzeczywiście tak było. Trudno jednak nie wyobrażać jej sobie jako wyzwolonej kobiety, której udało się osiągnąć sukces między innymi poprzez spacerowanie po barkach swoich sióstr.

Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia