Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rower. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rower. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 maja 2014

Trendy na facebooku, które mnie denerwują, cz. I

0
Beka. Nowe słowo klucz wśród facebookowych fanpage'ów. Beka z dresiarzy, beka z Luxurii Astaroth, beka z tatuażystów, itd, itd... Niektóre z tych tworów są całkiem zabawne, niektóre nieco mniej, ale to już kwestia gustu. Niektóre mają nawet pewien społeczny cel. Beka z tatuażystów na przykład skutecznie ostrzega przed złymi praktykami wśród artystów tatuażu i pozwala unikać pójścia do kogoś, kto zamiast dzieła sztuki stworzy na naszej skórze bohomazy gorsze niż twórczość pięciolatka.

Jednak jedna z licznych "bek" zajęła mnie szczególnie. Beka z miejskich aktywistów. Strona zrzeszająca osoby, które z jakiegoś powodu mają problem z tymi, którzy chcą po prostu żyć lepiej i wygodniej w przestrzeni miejskiej. Osobiście niejednokrotnie narzekam na brak ścieżek rowerowych bądź ich beznadziejne przygotowanie (wysokie krawężniki, nagły koniec ścieżki itp, itd...). Okazuje się jednak, że jest grupa ludzi, którym walka o chociażby poprawienie takich warunków z jakiegoś niezrozumiałego powodu przeszkadza. Śmieszy ich to, że rowerzyści domagają się równych praw na ulicach. Bawi, że ktoś ma problem ze stojącym na środku ścieżki rowerowej wielkim kontenerem. Bo przecież można przejechać obok. A już najlepiej wsiąść w samochód, jak każdy normalny człowiek, a nie dziwak - miejski aktywista.

Dlaczego nie wymagać więcej? Oczywiście, kontener na środku ścieżki można objechać, ale dlaczego nie spróbować tego zmienić? Można też być "uległym" wobec kierowców i dać na siebie trąbić do woli, chociaż rowerzysta jest równoprawnym uczestnikiem ruchu drogowego. Można dać się spychać na chodnik, za co można dostać mandat, tylko dlatego, że jakiemuś kierowcy nie podoba się, że musi nieco bardziej uważać. Ale dlaczego? Nie lepiej o coś zawalczyć?

Oczywiście, sprawa rowerzystów to nie jedyne, co zajmuje autorów strony Beka z miejskich aktywistów. Czasami można przyznać im rację (krytyka organizacji masowego grilla w Warszawie, która spowodowała liczne zniszczenia czy też akcji "Kandyzacja Jana Pawła II", która była zupełnie pozbawiona sensu i dobrego smaku). Jednak w zdecydowanej większości jest to chyba zwyczajna zazdrość i brak zrozumienia dla tych, którzy mają siłę i chęć podnieść tyłek z kanapy i powiedzieć głośno, że coś jest nie tak. Jeśli takich ludzi zabraknie, to niedługo możemy się dusić w spalinach, ponieważ wszystkich skutecznie zniechęci się do przechodzenia na zdrowszy tryb życia, a przestrzeń miejska będzie coraz bardziej i bardziej nieznośna.

Nic samo się nie zmieni. Jeśli nie wymagalibyśmy więcej, możliwe, że nadal żylibyśmy w jaskiniach. Albo przynajmniej znosili pokornie smród rynsztoków. Bo po co wymyślać lepszą kanalizację, skoro można zatkać nos.
Czytaj dalej »

sobota, 30 listopada 2013

Myślicie, że rower to bezpieczny sport?

1
Historia moich wypadków na rowerze niedługo stanie się tematem na osobnego bloga. Jednak spróbuję póki co moje doświadczenia ograniczyć do jednej notki, która ma być przestrogą dla tych, którzy sądzą, że w przeciwieństwie do sportów takich jak jazda na nartach bądź łyżwiarstwo jazda na rowerze to sport pozbawiony ryzyka kontuzji.

Zacznijmy od tego, że niektóre upadki kontuzjami się nie kończą, np. kiedy po wkręceniu się sznurówek w łańcuch (tak, sznurówki i szerokie spodnie to coś na co na rowerze należy uważać - spodnie najlepiej spinać spinkami bądź agrafkami po boku, zaś sznurówki po prostu mocno zawiązać a dyndające części włożyć do buta) upadłam z takim impetem na wiadukt, że aż cały się zatrząsł. Ale nic mi się nie stało. Innym razem po zderzeniu z jadącym z naprzeciwka rowerzystą skręciła się jedynie kierownica w moim rowerze.

Jednak zderzenie z kimś może również zaowocować poważniejszymi obrażeniami, tak jak wtedy kiedy złamałam sobie mały palec u prawej dłoni, po tym kiedy mój znajomy stracił panowanie nad rowerem i z dość dużą prędkością wjechał we mnie a następnie razem z rowerem przewrócił się na mnie (i mój rower). Wydawało się to błahe, ale kiedy musiałam spędzić kilka dni podróżując codziennie do holenderskiego szpitala, następnie przejść operację z prawdziwego zdarzenia, a na koniec przez cztery tygodnie nie móc używać prawej dłoni pod prysznicem (bo opatrunek nie może się zamoczyć) uznałam, że faktycznie niefajnie złamać palec. Poznałam za to holenderskie szpitale publiczne, które oczywiście wyglądają jak te prywatne w Polsce, a na operację czekałam dosłownie jeden dzień (warto dodać, że zanim dotarłam do szpitala szukałam porady u lokalnego lekarza - kiedy zajechałam na miejsce, zobaczyłam budynek z mini farmą, na której były kozy i kucyki - nie byłam pewna czy może nie trafiłam do weterynarza). Holenderska służba zdrowia to jest to.

Przy okazji owego wypadku nie obyło się bez zadrapań na dłoniach, łokciach i twarzy, ale to nic przy męce spowodowanej nieszczęsnym palcem, który pod opatrunkiem po operacji wyglądał tak:

Tak, tak - to co widzicie to wbite w kość dwa długie gwoździe, które znajdującymi się kawałek dalej obcęgami były wyciągane bez znieczulenia, kiedy już kość się zrosła (kawałek się odłamał). 

Przejdźmy jednak do mojego spektakularnego wypadku numer dwa, który wydarzył się całkiem niedawno. Jadąc na bagażniku roweru wyraźnie upominałam kolegę, aby zaczął hamować przed zjazdem w dół. Niestety, mój rower (na którym jechał), w przeciwieństwie do tego, którego używa na co dzień, ma hamulce w pedałach, nie zaś na kierownicy. Oczywiście możecie się domyślić co za chwilę się stało. Kraksa. Spadając na ziemię uderzyłam brodą w betonowy słup i obiłam sobie kolana. Błyskawicznie podbiegła do nas obca kobieta (mimo późnej pory) oferując wodę i swój własny rower (!), abyśmy mogli bezpiecznie dojechać na miejsce. Kolega z oferty pożyczenia roweru i oddania kluczy następnego dnia nie skorzystał tylko udał się do autobusu, a ja po dojściu do siebie i sprawdzeniu czy wszystko w moim ciele działa wsiadłam na rower i dojechałam do akademika (ok. 5-6 kilometrów). Dopiero na miejscu zauważyłam jakich zniszczeń dokonał ten feralny upadek. Zdejmując szalik zobaczyłam, że jest cały we krwi. Ok, czyli jednak dość mocno obiłam ten podbródek. Zdejmując spodnie zaś ujrzałam swoje kolana całe pokryte zadrapaniami i sińcami oraz obolałe z każdej strony (podobnie jak niektóre inne części ciała, takie jak ramiona). Cieszyłam się jednak, że tym razem chyba nic nie złamałam, zaś krew lejącą się z malutkiego rozcięcia na podbródku dość szybko udało się zatamować. Z tego wynika jedna lekcja - choć wcześniej jeżdżenie na bagażniku zawsze było bezpieczne, czas z tym skończyć. 

Wygląd moich kolan po upadku numer dwa (jako że rana na podbródku mimo obfitego krwawienia nie wygląda w ogóle spektakularnie): 
Ostatnio moje kolana tak wyglądały po koncercie Atari Teenage Riot w Progresji, kiedy obijałam się nogami o brzeg sceny (bo nikt nie pomyślał o barierkach).

Najdziwniejsze jest to, że przy każdym z tych wypadków bardziej martwiłam się o powykręcane bądź zniszczone części roweru, jako że to mój jedyny środek transportu, niż o siebie. Będąc w szpitalu poza przejmowaniem się tym, że leżę tam zupełnie sama, mając przejść pierwszą w życiu operację, podczas kiedy przy wszystkich stoją bliscy (pomógł nieco bezprzewodowy internet, który pozwolił na kontakt z rodziną i chłopakiem przez skype) moim głównym problemem było to, że nie mogłam do niego dojechać rowerem, ani że nie będę mogła nim wrócić (ze szpitala odebrała mnie autobusem moja szkocka znajoma jako że nie dałabym rady wrócić z bezwładną prawą ręką, zaczynając od pretensji, że nic jej nie powiedziałam kiedy mam operację, bo przecież by ze mną pojechała i mnie wspierała - ja jednak nie chciałam nikogo narażać na wstawanie przed ósmą rano. Później zaopiekowała się mną przygotowując mi kolację). Cóż, mieszkając w Holandii ma się nieco inne priorytety. 

Nadal myślicie, że jeżdżenie na rowerze jest bezpieczne? Nie jest. Zwłaszcza jadąc z kimś - bo wszystkie moje przykre zdarzenia zostały spowodowane przez osoby trzecie... Miejmy nadzieję, że to koniec serii. 
Czytaj dalej »

piątek, 15 listopada 2013

10 rzeczy, których o Holandii nie wiecie (raczej)

0
1. Holendrzy przeklinają za pomocą nazw chorób, trochę przypomina to naszą "cholerę". O ile brzmi to naprawdę strasznie, kiedy mówią "Obyś dostał raka!" to wykrzykiwanie "O rak!" po uderzeniu stopą w szafkę jest już całkiem zabawne.
2. Holendrzy twierdzą, że każdy budynek budowany przez Polaków za dwa lata będzie musiał być budowany na nowo. Na szczęście część jest pewna, że to dlatego, że najlepsi pracownicy po prostu zostają w ojczyźnie.
3. Część Holendrów sądzi, że stolica powinna zostać przeniesiona do Hagi.
4. Większość produktów dostępna w sklepach jest już w połowie gotowa. Chcesz coś upiec od zera? Sorry, Holendrzy nie mają tego w zwyczaju.
5. Marihuana nie jest w Holandii legalna. Jeśli jednak już ją posiadasz, nie zostaniesz skazany.
6. Jazda na rowerze po alkoholu jest karana tylko w skrajnych przypadkach.
7. Piwo jest niemalże we wszystkich pubach i klubach sprzedawane w tak śmiesznie małych rozmiarach, że można wręcz mówić o piciu piwa na shoty.
8. Holendrzy nie są zbyt wielkimi przyjaciółmi Niemców, jednak większość z nich uczy się niemieckiego z powodów czysto pragmatycznych. Co bardziej romantyczni stawiają na francuski.
9. W McDonaldach nie dostaniecie tu shake'a czekoladowego, za to inne smaki jak najbardziej. Po czekoladowy skierujcie kroki do Burger Kinga (który oferuje je również w kilku innych smakach, podczas kiedy w Polsce w ogóle nie ma ich w menu).
10. Mimo powszechnie dostępnego zioła Holendrzy mają dużo zdrowszy tryb życia niż Polacy. Uwielbienie dla sportu widać wszędzie (jego uprawianie zwykle niewiele kosztuje, poza tym każdy jeździ na rowerze bez przerwy, a wielu Holendrów dodatkowo biega). Poza tym w sklepach nie znajdziemy praktycznie w ogóle "ciężkiego" alkoholu, a w ramach przekąsek w kioskach możemy znaleźć zapakowane w foliowe torebki pokrojone marchewki, jabłka, brzoskwinie i inne owoce i warzywa.
Bonus 11 - Holendrzy w zagrodach w parkach miejskich trzymają takie zwierzęta jak owce, kury, kozy. Bo czemu by nie. Poniżej zdjęcia.




(A to ja. Poniżej to nie ja) 




Czytaj dalej »

poniedziałek, 11 listopada 2013

Jak kupić rower w Holandii? - Poradnik

0

Wiele osób wybierając się do Niderlandów sądzi, że znajdzie tam swój wymarzony (i tani) rower. Owszem, Holandia rowerami stoi, ale trzeba pamiętać o kilku podstawowych faktach, jeżeli wybieramy się na polowanie na dwa kółka.
  1. Nie nastawiaj się, że kupisz piękny, nowy, a najlepiej jeszcze designerski rower w niskiej cenie. Niestety trzeba będzie stanąć przed wyborem – czy rower ma być ładny czy tylko funkcjonalny (i tani). Jeśli masz duży zapas gotówki to oczywiście możesz się zdecydować na to pierwsze. Wtedy ceny rowerów zaczynają (podkreślam – zaczynają!) się od 100 euro. Ja zdecydowałam się na tą drugą opcję i póki co jestem zadowolona (rower wydaje czasami dziwne dźwięki i gubi niektóre części, ale jeździ, a to przecież najważniejsze). Jeśli decydujesz się na opcję pierwszą nie ma właściwie po co dalej czytać, po prostu idź do któregokolwiek sklepu i wybierz co chcesz, przecież cię stać. Dla zwolenników opcji drugiej – polecam przeczytanie kolejnych podpunktów.
  2. Tanią, używaną holenderkę możemy kupić nawet za 50 euro, dobry i funkcjonalny rower tego typu nie powinien przekroczyć ceny 100 euro. Aby taki rower znaleźć musimy udać się do któregoś z komisów rowerowych (warto o nie popytać miejscowych, poszukać w internecie albo rozejrzeć się po mieście). Czasami można też przejrzeć oferty w internecie, możemy tam znaleźć rowery nawet poniżej ceny 50 euro – zwłaszcza na forach studenckich, na których opuszczający miasto studenci sprzedają swoje rowery.
  3. Kiedy już udamy się do takiego komisu możemy zacząć rozglądać się za konkretną maszyną. Czasami są podzielone wg cen, co ułatwia poszukiwania. Rozpoczynając szukanie roweru w komisie musimy przygotować się na jedno – nie znajdziecie tu ładnego sprzętu. Nie będzie czym poszpanować na polskich ulicach (chyba, że uznajecie że jazda na zdezelowanej holenderce to właśnie to, bo ja tak właśnie myślę i swój rower zabieram do kraju). Jeśli więc znajdziecie coś co nie jest bardzo zardzewiałe, odpowiada wam kolorem itd. to można przejść do następnych punktów.
  4. Sprawdź czy rower ma odpowiednią wysokość dla ciebie i czy jeździ (to już ponad połowa sukcesu). Sprzedawca powinien wyrazić zgodę na krótki przejazd ulicą. Przy tej okazji warto sprawdzić działanie hamulców (w rowerach holenderskich najczęściej znajdują się one w pedałach, nie na kierownicy, co może być utrudnieniem dla polskiego użytkownika) oraz czy wygodnie się nam na nim siedzi.
  5. Sprawdź jakie części rower posiada, a jakie trzeba będzie dokupić. Czasami gorzej wyglądający rower może być nieco droższy właśnie ze względu na to, że nie trzeba go będzie uzupełniać. Takie części to:
- lampki - obowiązkowe w Holandii, mandat za ich brak po zmroku to ponad 50 euro. Ich uzupełnienie jest jednak łatwe – w prawie każdym supermarkecie można zakupić małe lampki za ok 3 euro za parę, które jednak należy dość często wymieniać – zwłaszcza jeśli zostawi się je na rowerze i ktoś je ukradnie
- bagażnik bądź koszyk z przodu – często jest to po prostu miejsce do umieszczenia skrzynki bądź toreb zakładanych na bagażnik
- osłona na łańcuch - żeby nie brudził spodni – warto żeby był mocno przymocowany i zrobiony z porządnego materiału, mój plastikowy szybko się połamał
- przerzutki - nie tak bardzo istotne w płaskiej Holandii, dlatego holenderskie rowery mają je z reguły tylko trzy bądź wcale
- dzwonek - również łatwy do uzupełnienia
- zamek - Holendrzy używają często najmocniejszego zabezpieczenia jakim jest obręcz do zamykania zakładana na tylne koło. Jeśli w kupionym przez nas rowerze tej części nie ma dokupienie jej będzie nie tylko drogie, ale też czasochłonne w montażu. Jeśli jednak nasz rower wygląda wystarczająco staro wystarczy zakupić za kilkanaście euro gruby łańcuch, który możemy zawiesić na jednym z kół i dodatkowo przymocować rower do stojaka
- nóżka do stania - mój rower jej nie posiada co dość mocno utrudnia parkowanie kiedy miejsca na stojakach się kończą – ale da się temu zaradzić
- siodełko – powinno być wygodne, inaczej należy zakupić ochraniacz (twarde siodełka mogą przedzierać spodnie w niekoniecznie przyzwoitych miejscach). Często rowery w komisach posiadają również cienkie ochraniacze przed deszczem – jeśli tego nie ma, nie przejmuj się – możesz je łatwo zakupić w sklepie bądź zostawić rower na często uczęszczanym parkingu i czekać aż ktoś je na niego założy (zwykle w ten sposób rozprowadza się reklamy). Ostatecznie wycieranie siodełka kawałkiem ubrania bądź chustką też nie jest takie trudne. 
- odblaski - zawsze lepiej być dobrze widocznym, ale lampki powinny załatwić sprawę. 
  1. Warto zwrócić uwagę na markę roweru. Nazwy mogą nam nic nie mówić co często sprawia, że myślimy, że rower jest słaby. Dobre i popularne marki (głównie holenderskie) to między innymi Cumberland, Gazelle, Pegasus czy też Sparta.
  2. Kiedy już zdecydujecie się na dany rower poproście sprzedawcę o dopompowanie opon (zazwyczaj jest to potrzebne) oraz zapytajcie czy jeśli od razu dokupicie do niego części (takie jak zamek, torby) to czy dostaniecie lepszą cenę tych produktów – nie zawsze usłyszycie tak, ale próbować nie zaszkodzi.
  3. Wsiądź na rower i jedź. Jeśli w najbliższym czasie będziesz miał rowerowe problemy zajedź do sprzedawcy – małe naprawy powinien wykonać bez problemu.
Dla mnie holenderskie, stare i zniszczone rowery mają swój urok. Patrząc na ulice Holandii zasadniczo rzadko widuje się błyszczące i nowiuteńkie dwa koła, więc nawet jeśli ktoś wstydzi się jeździć na takim rowerze nie powinien mieć problemu (tym bardziej, że taki rower nie jest przynętą dla złodzieja, nowe rowery znikają dość szybko). Wyróżniać się on może na polskich ulicach (może ktoś was oskarży o kradzież?), ale kto by się przejmował opinią innych, skoro nam taki styl (a przede wszystkim holenderska solidność) odpowiada. 

 A to mój rower Pegasus. Jeszcze przed połamaniem osłony na łańcuch. Kosztował 75 euro.
Tu już z posklejaną osłoną.

I rower Gazelle mojego chłopaka - za 60 euro (bo bardziej opłaca się kupić rower nawet na kilkudniowy przyjazd niż go wypożyczać ;)).



Czytaj dalej »

środa, 23 października 2013

Najlepsze uczucia - edycja holenderska // Best feelings - Netherlands edition

1
Znacie na pewno posty z tumblra bądź soup na których wymienia się najlepsze uczucia (np. picie herbaty będąc przykrytym kocem kiedy na zewnątrz dudni deszcz, kiedy czujesz jak twoje ciało wibruje na koncertach itd.). Postanowiłam stworzyć edycję holenderską takiej listy.  

NAJLEPSZE UCZUCIA – EDYCJA HOLENDERSKA

1.       Ściąganie mokrych spodni i zakładanie suchych po powrocie do domu
2.       Kiedy nie pada
3.       Jeżdżenie rowerem ze świeżo napompowanymi oponami
4.       Kiedy w jakiejkolwiek instytucji na swoje „jestem z Polski” nie słyszysz „aaa, jesteś tu do pracy” tylko cokolwiek innego
5.       Kiedy wracasz do swojego roweru i zauważasz, że nikt go nie ukradł
6.       Kiedy zauważasz, że nie ukradziono ci również żadnej części, jak np. lampek (które się nieopatrznie zostawiło poprzedniego wieczora w nie do końca trzeźwym stanie), toreb, koszyka, rączek od kierownicy, siodełka, łańcucha (śmiejcie się, śmiejcie – mojemu kumplowi to się naprawdę przydarzyło! Zdjęcie z wydarzenia zamieszczam poniżej)
7.       Kiedy na ścieżce rowerowej nie ma żadnych motocyklistów ani ludzi na skuterach (to jest jakaś paranoja, że oni nie jeżdżą drogami dla samochodów…)
8.       Kiedy dojazd do miejsca, do którego się udajesz jest z górki (chociaż to fajne tylko w jedną stronę)
9.       Kiedy nic się nie spóźnia (Holendrzy i punktualność współpracują razem chyba tylko w osobie prowadzących zajęcia na Uniwersytecie)
10.   Kiedy nie ma korka rowerowego, kiedy jedziesz rano na zajęcia

Zapewne lista będzie się wydłużać. Mieszkający w Holandii – jakieś propozycje?

Tą notkę postanowiłam przetłumaczyć również na angielski, żeby dać również znajomym z Holadnii stwierdzić, czy te uczucia są im znane.

ENGLISH VERSION

You all know posts from tumblr where people talk about best feelings like drinking hot tea during rainy days. So here is Netherlands Edition of that kind of list.

BEST FEELINGS – NETHERLANDS EDITION

1.       Taking off wet pants and putting on dry ones after you come home
2.       When it doesn’t rain
3.       Riding on a bike with freshly pumped tires
4.       This one is just good for Polish people, so I will leave it only in Polish version
5.       When you go back for your bike and you see that it is not stolen
6.       When you see that also its parts are not stolen – like lightbulbs (which you left by accident last night when you weren’t sober very much), bags, basket, handles, saddle or chain (you may laugh, but this actually happened to one of my mates! – picture below)
7.       When there are no motorcycles or scooters on cycle path (it’s crazy that they don’t go on car paths…)
8.       When road is downhill (although it’s only good when you go there, not when you come back)
9.       When everything is on time (Dutch people + punctuality work together only when it comes to tutors at University)
10.   When there is no bike traffic jam when you go to classes in the morning

The list will surely get longer. Any suggestions? 

Zdjęcie zrobione przez Philipa Bildata // Picture by Philip Bildat

Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia