Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BLW. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BLW. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 czerwca 2019

Mama wraca do pracy - moje doświadczenia

0
Powrót do pracy przez jakiś czas spędzał mi sen z powiek. Jak mój syn sobie beze mnie poradzi, czy uda mi się dalej karmić piersią? Czy u mnie samej nie pojawią się jakieś trudne emocje? Momentami bałam się ogarnięcia tego tak bardzo, że myślałam, że mój powrót się nie uda. Ale na początku kwietnia, rok od porodu, udało się i to właściwie bez większych problemów. Wiem jednak, że lęk dotyczący powrotu do pracy dotyczy nie tylko mnie, ale wielu innych mam, dlatego postanowiłam podzielić się swoimi doświadczeniami w nadziei, że w ten sposób dodam wam trochę otuchy.



Na początek muszę napisać, że mam to szczęście, że jedna z babć Kartofelka, a moja mama, nie pracuje zawodowo i mieszka w tym samym mieście, co my. Nie musieliśmy więc w ogóle myśleć o żłobku, na którego uniknięciu z powodu kilku kwestii nam zależało. Dodam też, że nie wróciłam do pracy po roku na pełny etat z różnych przyczyn, nie jestem więc bez dziecka codziennie.

Twoi ludzie na miejscu

To, co dla mnie okazało się najbardziej kluczowe w bezproblemowym powrocie do pracy to posiadanie na miejscu swojego człowieka.

Na początku nie wydawało mi się to aż tak istotne, kiedy moje pracowe przyjaciółki starały się ustawić swoje grafiki tak, abym zastała je w biurze, kiedy pojawię się w nim pierwszego dnia po powrocie. Jednak kiedy już przyszłam do pracy dziękowałam mojej przyjaciółce Martynie (tak, jesteśmy imienniczkami) za to, że była obok mnie. Że wiedziałam, że gdyby coś nie szło, to mogę się do niej zwrócić, zagadać, poprosić o każde wsparcie. Więc jeśli tylko macie taką możliwość, to polecam poprosić kogoś, kogo szczególnie w pracy lubicie, aby tego dnia się pojawił. Nawet jeśli nie będziecie potrzebować żadnej faktycznej pomocy to sama obecność kogoś bliskiego daje poczucie bezpieczeństwa. Jeśli w waszej pracy ogólnie panuje przyjazna atmosfera (sama mam to szczęście) to i tak fajnie mieć na miejscu tę najbliższą osobę, z którą rozumiecie się też na pozapracowym gruncie.

Co z drzemkami?

Przejdę do tego, co zazwyczaj najbardziej interesuje mamy, czyli - jak poradzi sobie dziecko? W moim przypadku odpowiedź brzmiała - świetnie. Już wcześniej Kartofelek zostawał na kilka godzin sam z tatą, ma też dobrą więź ze swoją babcią. Zanim moja mama została z nim sama wspomógł ją tata Franka, potem już zostawała na całe dnie z Kartofelkiem bez większych problemów. Okazało się nawet, że nielubiący wózka Franek akceptuje go bardzo długo w obecności babci (o czymś podobnym w swojej książce "Mocno mnie przytul" pisał zwolennik rodzicielstwa bliskości i pediatra Carlos Gonzalez - wspomina on, że starszaki nieraz mniej chcą być brane na ręce przy dziadkach, ponieważ dzieci nie są głupie i wiedzą, że osoby starsze nie mają tyle samo siły, co rodzice).

Martwiłam się co będzie z drzemkami Franka, które do tej pory odbywał albo przy piersi (bądź w stosunkowo niedalekiej odległości od niej) albo w nosidle. Moja mama nie mogła skorzystać z żadnej z tych możliwości. Okazało się, że było dokładnie tak, jak nie raz czytałam na mamowych grupach - dziecko wypracowuje sobie sposób zasypiania inny dla każdego opiekuna. Mama usypia przy piersi, tata w nosidle, babcia kołysze na rękach i śpiewa. Na początku, wiadomo, zasypianie było ciut trudniejsze, ale szybko nauczył się usypiać przy babci w zupełnym spokoju. Nigdy nie było z tego powodu histerii, wielogodzinnego płaczu, raczej kilka minut marudzenia.

I co ważne - kiedy jestem w domu Kartofelek nadal z powodzeniem zasypia przy piersi, na czym mi samej zależało, bo jest to wygodniejsze dla mnie niż noszenie :). 

Co z karmieniem piersią i BLW?

Po roku karmienie piersią przestaje być karmieniem na żądanie. Kartofelek co prawda jadł już sporo w ramach rozszerzania diety kiedy wróciłam do pracy, ale nadal dość często korzystał z mleka mamy, miałam więc obawy o to, jak poradzi sobie z tak długą przerwą.

Ponownie okazało się, że i tu sprawdziły się rady z internetowych grup dla mam - dziecko rozumie, że nie ma mamy - nie ma mleka. 

Tylko pierwszego dnia Kartofelek był nieco marudny, bo wcześniej nigdy nie był aż tak długo bez mamy i bez mleka, ale dzielnie jadł pokarmy stałe. Przez pierwsze kilka dni wyraźnie było widać, że zaczyna mieć większy problem po okołu siedmiu godzinach nieobecności mamy. Dlatego godzina na karmienie, która należy się mamom pracującym jest naprawdę ważna. Franek potem zaczął bardziej cierpliwie czekać na mój powrót (dzieci naprawdę są mądre i rozumieją, że mama wróci), ale ewidentnie widać, że potrzebuje mleka, po które zawsze zgłasza się od razu po moim powrocie.

Jeśli chodzi o cycki, to nie zauważyłam większych problemów. Przez pierwsze kilka dni bolały mnie nieco piersi, ale nie miałam potrzeby odciągania. Cycki szybko dostosowały się do nowych warunków, a laktacja nadal pięknie się utrzymuje.

Rozszerzamy dietę metodą BLW, o czym wcześniej pisałam. Jak wiadomo, często starsze pokolenie się tej metody boi, nawet jeśli dziecko ma rok. Moja mama bała się na samym początku rozszerzania diety, kiedy Franek miał 6-7 miesięcy, ale potem obserwowała go i przestała się obawiać. Jednak ze względu na jej lęk o Franka zawsze konsultujemy jego posiłki i nie zostawiamy mu takiego jedzenia, które jest szczególnie trudne, żeby mama mu je podawała. Nadal je kawałki, nadal je wszystko. Mama też przekonała się w te kilka miesięcy zostawania z Kartofelkiem, że naprawdę radzi sobie on z jedzeniem doskonale i jest coraz bardziej spokojna i otwarta.

Emocje mamy

Tak, kiedy pierwszy raz wyszłam za drzwi, żeby pojechać do biura, czułam się dziwnie. Tak, dzwoniłam po tysiąc razy pierwszego dnia, a potem wtedy, kiedy babcia po raz pierwszy została z wnukiem sama. Ale dość szybko ograniczyłam się do dwóch lub jednego telefonu do mamy dziennie. Ufam, że wie co robi. Oczywiście czasem połączeń jest więcej, bo babcia dzwoni z pytaniami do mnie, ale nie przeszkadza to w pracy, bo zdarza się stosunkowo rzadko.


Tak, bywają dni trudniejsze. Kiedy dziecko przyczepia się do twojej nogi i nie chce puścić, kiedy akurat przed twoim wyjściem wywróci się i płacze. Ale jak we wszystkim co robimy podchodzimy do emocji Franka i własnych z szacunkiem. Tłumaczymy mu co się dzieje, że mama wróci po pracy i będzie to np. po obiedzie, przed kolacją. Tata lub babcia biorą go na ręce, żeby mógł pomachać mamie na do widzenia. Czasem w trakcie pracy robię przerwę i minutkę lub dwie rozmawiam z synem przez telefon - podobno bardzo się cieszy, kiedy dzwoni mama, co mnie rozczula, a jemu pomaga w rozłące.

Ale ogólnie oboje znosimy moje wyjścia do pracy całkiem nieźle. Powiedziałabym nawet, że i mi, i Kartofelkowi ta zmiana w naszym życiu zrobiła dobrze. Czas i przestrzeń osobno okazały się mieć wiele plusów.

W tym miejscu chcę jednak podkreślić, że każda para mama i dziecko jest inna. Nie każda mama może wrócić do pracy, nie każda mama chce wrócić do pracy i to jest zupełnie ok - praca zawodowa to nie jest jedyny sposób w jaki można się realizować chociaż mam wrażenie, że wiele osób często o tym zapomina (może to materiał na kolejny post). Nie każdy będzie mieć te same problemy, czy też brak problemów związanych z powrotem do pracy. Zdaję sobie sprawę z moich ogromnych przywilejów, takich jak na przykład chętna do pomocy babcia, przyjazne miejsce pracy, czy partner z możliwością pomocy.

Ja opisałam tylko to, co mogę, czyli to, co znam z autopsji - i mam nadzieję, że jakoś pomoże to mamom w podobnej sytuacji albo chociaż odnajdą tu dla siebie jakieś interesujące fragmenty.


Czytaj dalej »

niedziela, 14 kwietnia 2019

Rzym z niemowlakiem - moje doświadczenia

2
Kiedy byłam w ciąży miałam ambitny plan, że pod koniec urlopu macierzyńskiego wybierzemy się całą rodziną do Australii, którą zawsze chciałam odwiedzić. Urodziny dziecka zweryfikowały jednak nieco moje plany - przede wszystkim dlatego, że objazdowa wycieczka po Australii wymaga gigantycznego planowania, na które po prostu przy wymagającym niemowlaku nie miałam czasu. Zdecydowaliśmy więc, że wybierzemy jakieś inne miejsce, które musiało spełniać kilka kryteriów: jest w miarę blisko (kilka godzin lotu max), jest bezpieczne (np. jeśli chodzi o dostępność opieki zdrowotnej), nie wymaga dużego planowania, nigdy w nim nie byliśmy, jest atrakcyjne w marcu, kiedy nie jest jeszcze zbyt ciepło. W ten sposób wybraliśmy Rzym (blisko, bezpiecznie, bez planowania można nawet przypadkiem mnóstwo zobaczyć, w marcu kilkanaście stopni to dobra temperatura do zwiedzania miasta, a nadal nieco przyjemniej niż w tym samym czasie w Polsce). Był jeszcze dodatkowy atut - uczę się włoskiego, więc byłaby okazja poćwiczyć. No i Kartofelek ma na imię tak samo jak papież (wiem, że papież nie ma na imię Kartofelek, chodziło oczywiście o Franka).

Lot 

Oczywiście bardzo bałam się samego lotu - miał to być pierwszy lot samolotem Kartofelka, z którym przejazdy samochodem przypominały mniej więcej tortury. Bałam się, że zdecydowanie wygra konkurs na najbardziej denerwujące dziecko w samolocie, a przede wszystkim, że będzie mu z tym lataniem źle. Okazało się, że było dokładnie odwrotnie. Oba loty był spokojny, bawił się i sam zgłaszał się po cycka przy starcie i lądowaniu, żeby pomóc sobie ze zmianą ciśnień. Doszłam do wniosku, że powinnam latać samolotem codziennie.

Zakwaterowanie

 Tu wydaje mi się, że popełniłam błąd. Kiedy rezerwowałam miejscówkę w Rzymie (jak zawsze przez Airbnb) nie spodziewałam się, iż Franek mając 11 miesięcy będzie już chodził i miał bardzo silną potrzebę eksploracji przestrzeni na dwóch nogach. Nie pomyślałam więc, że apartament, w którym na podłodze wszędzie są twarde płyty nie będzie najlepszym rozwiązaniem. Miał on za to inne plusy - udogodnienia w postaci łóżeczka, wanny, wysokiego krzesełka, gospodarz proponował nam też zabawki (ale zabraliśmy i tak własne). Poza tym był blisko wszystkich atrakcji (na Zatybrzu), a na tej samej ulicy znajdował się szpital dziecięcy, co dawało mi spokój w razie gdyby coś złego się stało. Na szczęście poza chwilową chorobą młodego, którą zwalczyliśmy domowymi sposobami i cycem, nic niedobrego się nie wydarzyło.

Atrakcje - co było spoko

Najlepsze atrakcje to były te, gdzie było mało ludzi i mało bodźców. Sprawdziły się wiec spacery po mieście, ogrody botaniczne, parki, mało zatłoczone place (np. plac św. Piotra rano przed Aniołem Pańskim z papieżem), okolice Largo di Torre Argentina (obserwowanie kotków bardzo absorbowało uwagę Kartofelka), bazylika św. Jana na Lateranie, a także Muzea Kapitolińskie.

Ogród botaniczny


Dzień w Muzeach Kapitolińskich był w ogóle chyba naszym najlepszym dniem. Nie wiem czemu, ale turystów wielu tam nie ma, a sztuka pokazywana jest oszczędnie (nie tak jak w Gallerii Borghese, gdzie jest rzeźba na rzeźbie, a ze ścian kapie złoto). W dodatku głównie jest to sztuka antyczna, więc kolory są neutralne. Franek zwłaszcza upodobał sobie oglądanie popiersi, ponieważ, jak wiadomo, niemowlaki kochają twarze. Na każdą kolejną wskazywał dłonią i wydawał dźwięki zachwytu. Mieliśmy też okazję do chwili relaksu w restauracji oraz zaczerpnięcia świeżego powietrza na muzealnym tarasie. Kartofelek mógł też eksplorować na terenie muzeum w większych salach ;).

Muzea Kapitolińskie

Muzea Kapitolińskie

Muzea Kapitolińskie

Atrakcje - co nie było zbyt spoko

I dla mnie i dla Kartofelka zdecydowanie najgorszą atrakcją Rzymu była Galleria Borghese (aczkolwiek park wokół niej był bardzo przyjemny!). Zatłoczona mała przestrzeń, gdzie zdobienia i złoto pokrywały podłogę, ściany, sufit i jeszcze trochę przestrzeni pomiędzy. Franek bardzo szybko uległ przebodźcowaniu i wpadł w histerię, ja również czułam się zmęczona. Miłym akcentem było to, że pani pilnująca eksponatów użyczyła mi swojego krzesła, abym mogła nakarmić płaczące dziecko (myślicie, że w Polsce byłoby podobnie?).

Galleria Borghese


W Watykanie w ogrodach podobało się nam wszystkim (znowu - spokój, cisza, świeże powietrze), gorzej zaczęło się robić we wnętrzach. Po tym jak Kartofelek narobił swojego BLW-bałaganu w watykańskiej knajpie ruszyliśmy na zwiedzanie i prawie od razu bodźców zrobiło się za dużo, a histeria osiągnęła taki poziom, że czekałam tylko aż przyjdzie do nas sam papież, aby uspokajać dziecko. Niestety nie przyszedł, a my po długiej walce zdołaliśmy uspokoić Franka i położyć go spać w nosidle. Wtedy na spokojnie obejrzeliśmy watykańskie wnętrza, które na nas, dorosłych, zrobiły spore wrażenie (poza Kaplicą Sykstyńską, która nie jest w ogóle takim przeżyciem, jakiego można by się spodziewać). Mnie, jako świeżą matkę, najbardziej poruszyła oczywiście Pieta. Jednak w Bazylice świętego Piotra Franek się przebudził i szybko zaczęła się kolejna histeria, którą starałam się ratować karmiąc na marmurowej podłodze kaplicy. Cóż, nie był to najlepszy dzień.

Ogrody watykańskie i przerwa na mleko

Muzea watykańskie

Bazylika św. Piotra i cyce w bazylice


Do takich trudnych atrakcji jak powyższe zalicza się też Panteon.

No i zostają jeszcze atrakcje, które były po prostu takie sobie - nie wpłynęły jakoś negatywnie na Franka, ale jednocześnie nie zachwyciły jego rodziców. Na tę listę wpisuję np. Koloseum (chociaż Forum Romanum było super), schody hiszpańskie oraz Fontannę Di Trevi.

Karmienie w Koloseum
Karmienie na schodach hiszpańskich

Jedzenie, czyli BLW po włosku

Jak wiecie z moich innych wpisów rozszerzamy Kartofelkowi dietę metodą BLW. Myślałam, że sprawi to, iż żywienie na wakacjach będzie bardzo łatwe - nie trzeba zabierać słoiczków albo robić przecierów ani tachać ich ze sobą na zwiedzanie, wystarczy poprosić o coś dogodnego dla dziecka z menu w restauracji i lecimy. Nie było tak pięknie jak to sobie wyobrażałam, bo do roku należy unikać soli i cukru, a takie rzeczy w knajpach wcale nie były takie łatwe do znalezienia. Jednak zazwyczaj udawało się znaleźć chociaż chlebek albo warzywa bądź owoce, nosiłam też ze sobą różne przekąski, kilka razy gotowaliśmy w domu, żebym miała pewność, że chociaż czasem Franek zjadł coś pełnowartościowego. Uspokajałam się tym, że do roku głównym pokarmem dziecka jest mleko i nawet jeśli czegoś nie doje w ramach stałych posiłków, to nie jest to problemem, póki zgłasza się i zjada dużo mleka. Z powodu choroby, a także tzw. kryzysu ostatniego miesiąca, kiedy to dzieci mogą żyć prawie tylko na mleku mamy, cycek i tak królował.

Musy w saszetkach stanowiły łatwą do wzięcia ze sobą przekąskę

Do jedzenia dochodzi jeszcze oczywiście kwestia tego jak na dziecko reagowano we włoskich knajpach. Włosi uwielbiają dzieci i nie przeszkadza im to, że np. wyrażają one emocje albo zachowują się głośno (są w końcu dziećmi!). Kelnerzy sami z siebie zabawiają bobasy, do Franka zwracano się ciągle "szefie" albo "mistrzu". Nie było z reguły problemu z wysokimi krzesełkami, gorzej z przewijakami, których nie uświadczyliśmy prawie nigdzie (rozumiem, że to przez ograniczone możliwości przestrzenne). Nikt tutaj nie pomstuje na dzieci w knajpie tak jak w naszym kochanym kraju nad Wisłą, gdzie na matkę w niedzieciolubnej knajpie spada grad spojrzeń, na fejsie toczą się dyskusje o zakazie wprowadzania "bachorów" do knajp, mądre blogerki wygłaszają tyrady jak to dziecko musi się zachowywać (tak, zwłaszcza niemowlę, które pierwszy raz w życiu widzi restaurację), a matki karmiące muszą bić się w sądach o swoje prawo do nakarmienia własnego dziecka.

Dodam, że Franek w knajpach był z reguły spokojny, czasem trochę narzekał, jeśli zaczynała się histeria to wychodziliśmy z nim na chwilę na zewnątrz, ale do takich sytuacji raczej nie dochodziło. Myślę, że między innymi dlatego, że był on traktowany z szacunkiem (w końcu to też człowiek), przyjaźnią i uśmiechem przez wszystkich wokół, a jego mama była spokojna wiedząc, że nie jest we wrogo nastawionym towarzystwie.

Knajpa Sette Oche

Miejsca z jedzeniem i piciem, które wam serdecznie polecam to:

- Sette Oche na Zatybrzu - nietypowa (a przy okazji przepyszna) kuchnia włoska i fajny klimat
- Trattoria Luzzi przy Koloseum - autentyczna włoska trattoria, gdzie włoska mamma jak ci sypnie ser na makaron, to się spod tego sera nie wygrzebiesz
- Osteria de'Memmo niedaleko Piazza Navona - nieco bardziej eleganckie miejsce, ale nadal kelnerzy byli bardzo otwarci jeśli chodzi o obecność malucha, przywitał go nawet sam szef kuchni. Wokół siedzieli sami lokalsi, a porcje były naprawdę spore
- no i oczywiście Caffe Greco obok schodów hiszpańskich na szybką kawę/czekoladę na stojąco przy barze

Z tego miejsca chcę serdecznie podziękować moim znajomym, którzy część z tych miejsc mi polecili!

Transport, czyli po co ja brałam wózek?

Wzięliśmy ze sobą lekką spacerówkę i nosidło ergonomiczne, ale spacerówka przydała się realnie kilka razy, a głównie służyła do wożenia rzeczy. Franek nigdy nie lubił za bardzo wózka, również we Włoszech wytrzymywał w nim tylko jakiś czas i prędzej czy później lądował w nosidle. Dodatkowo rzymskie drogi nie są za bardzo przystosowane do wózków (bruk, wyboje), więc z wózkiem łatwo nie jest. Jeśli wasze dziecko lubi wózek to weźcie wózek lekki, jeśli lubi tylko czasem - moim zdaniem lepiej odpuścić. Z nosidłem (bądź chustą jeśli wasz maluch jeszcze nie siada) jest całkiem wygodnie, zwłaszcza z takim, w którym można zarzucić dziecko na plecy ;). Ułatwia ono też zwiedzanie w tłumie, a dziecku pomaga się wyciszyć i uspokoić.

Jeśli chodzi o przemieszczanie się ogólnie to Rzym najlepiej (zwłaszcza z dzieckiem) zwiedzać na piechotę. Z metra skorzystaliśmy tylko jadąc do Koloseum i do Bazyliki św. Jana na Lateranie. Zwiedzanie w ten sposób ułatwiał też dobrze wybrany miesiąc, czyli marzec - było już ciepło (codziennie kilkanaście stopni), ale nie za gorąco, a tłumy turystów jeszcze się nie pojawiły (no, tylko trochę).

Nie jest różowo, ale tragedii też nie ma

Na koniec nie będę wam ściemniać, że nasze wakacje były dokładnie takie, jak wcześniej z tą tylko różnicą, że z dzieckiem. Nie nazwałabym ich wypoczynkiem, ale na pewno miłym oderwaniem od codzienności. Może to nasza specyfika, bo zawsze lubiliśmy dużo zwiedzać od rana do nocy i może dlatego wydaje mi się, że teraz wakacje były inne, bo zobaczyliśmy mniej, podczas kiedy inni ludzie nie zauważą różnicy, bo już wcześniej wrzucali na luz. My nadal zobaczyliśmy sporo - codziennie właściwie jakieś duże atrakcje, czasami kilka dziennie, prawie codziennie stołowaliśmy się w jakiejś włoskiej knajpie. Nie było to tyle co zwykle, a dodatkowo byliśmy po prostu zmęczeni - noszeniem, zabawianiem, uspokajaniem i tak dalej. Dlatego nawet nie było nam szczególnie przykro, że wieczory spędzaliśmy w domu, zamiast na mieście (bo o 19 Kartofelek się kąpie i idzie spać, a w Rzymie swoją drogą spał super, bo okiennice sprawiały, że w pokoju panowała idealna ciemność).

Także według mnie wakacje z dzieckiem to nie jest sielanka, którą próbują wam sprzedać niektórzy blogerzy (chociaż może mają dzieci aniołki, a moje po prostu jest wymagające), ale tragedii też nie ma. Nawet powiedziałabym, że jest przyjemnie i interesująco, także nie warto się zrażać i mówić, że nie dacie rady, tylko po prostu przygotować się na różne niedogodności i na to, że nie będzie tak jak zawsze. Ale ta inność niesie też mnóstwo plusów - możliwość odkrywania razem z dzieckiem, pokazywania mu świata, włączania go w swoje życie i zwyczaje.

Podsumowując, kilka porad:

- dajcie sobie czas na prawdziwy odpoczynek - nie każdego dnia trzeba zwiedzać, czasem można po prostu połazić albo nic nie robić
- odpuśćcie czasem - planowaliście na ten dzień coś, ale to coś nie wyjdzie - trudno, posiedźcie w domu, ugotujcie sobie smaczny obiad
- zaakceptujcie, że urlop z dzieckiem nie będzie taki sam jak urlopy przed dzieckiem
- bądźcie elastyczni - czyli gotowi na zmienianie planów w ostatniej chwili, dostosowywanie się do potrzeb dziecka, zatrzymanie się na dłużej bo np. konieczne jest wyciągnięcie cycka, wyskoczenie do domu, żeby dziecko przebrać, bo nigdzie nie ma przewijaka i tak dalej
- ułatwiajcie sobie wszystko jak tylko możecie - za dopłatą można ominąć gigakolejkę? Zróbcie to. Kupując bilety przez internet nie będziecie musieli czekać? Zróbcie to. Możecie mieć ze sobą pomoc? Weźcie ją (my zabraliśmy ze sobą moich rodziców, nie powiedziałabym, że to mocno ułatwiło sprawy, bo nadal większość rzeczy wokół dziecka robiliśmy sami - w końcu to my jesteśmy jego rodzicami, ale to zawsze dodatkowe pary rąk, żeby np. coś ponieść, chwilę spojrzeć na dziecko jak idziecie do łazienki, cokolwiek)

Pozostaje tylko jedno pytanie - kiedy ta Australia? Ktoś kto ma dzieci może polecić jaki wiek jest najlepszy na w miarę bezstresową wycieczkę objazdową w 30 stopniach Celsjusza ;)?


Zdjęcia w tekście: Tomasz Nowosielski
Czytaj dalej »

poniedziałek, 17 grudnia 2018

BLW - oczekiwania versus rzeczywistość

0
Kiedy pierwszy raz usłyszałam o metodzie BLW (w oryginale oznacza Baby-Led Weaning, czyli odstawienie od piersi sterowane przez dziecko, Polacy i Polki skrót rozwijają do Bobas Lubi Wybór) pomyślałam, że to metoda kompletnie nie dla mnie. Tak jak większość osób, które pierwszy raz o niej słyszą, poczułam przerażenie (zadławi się!), a także myślałam, że będzie to mnóstwo roboty - z przygotowywaniem i sprzątaniem. Jak okazało się naprawdę?

Jeden z posiłków Franka - marchewka gotowana, owsianka i jajko na twardo

BLW - z czym to się je? 

Najpierw pokrótce chcę wam napisać czym w ogóle jest BLW, bo może część z moich czytelników spotyka się z tym terminem po raz pierwszy. Jest to metoda rozszerzania diety, która przede wszystkim zakłada, że dziecko karmi się samo, rodzic tylko proponuje posiłki, zaś bobas decyduje co zjada i ile zjada oraz czy w ogóle coś zjada. Nie podajemy więc papek na łyżeczce tylko normalne kawałki jedzenia wygodne do złapania w dziecięcą rączkę (oczywiście nie podajemy produktów niewskazanych dla niemowląt, ale ich lista jest bardzo krótka - m.in. jest to sól, cukier, miód, grzyby - pełną listę znajdziecie w linkach na końcu tekstu). Przed maluchem powinno się znaleźć kilka różnych produktów (żeby mógł wybrać), nie przeszkadzamy, nie pomagamy, nie namawiamy, karmimy kiedy dziecko jest wypoczęte i najedzone (piersią lub butelką), żeby skupiło się na próbowaniu, a nie irytowało dyskomfortem (pamiętajcie - bobas nie rozumie przecież, że jedzeniem może się najeść, więc jeśli nie podacie mu wcześniej mleka to będzie po prostu zdenerwowany i z prób jedzenia nic nie wyjdzie). Po jakimś czasie takiego rozszerzania dziecko może zacząć samo rezygnować z karmień mlekiem na rzecz jedzenia stałego, ale do roku mleko to podstawa diety, a reszta - uzupełnienie.

Taka metoda to wiele korzyści, przede wszystkim dla dziecka - pomaga mu rozwijać umiejętności samodzielnego jedzenia, poznawać różne faktury, konsystencje i smaki (w papkach jest to prawie niemożliwe), radzić sobie z przeżuwaniem, przemieszczaniem pokarmu w buzi, piciem z kubka, a także wspomaga rozwój mowy i integrację sensoryczną. Przede wszystkim jednak tworzy zdrową relację dziecka z jedzeniem - bez zmuszania, walki, rodzicielskich podstępów i tym podobnych. Zmusza rodzica do tego, żeby zaufał dziecku w kwestii tego, czego ono potrzebuje. A to i tak pewnie nie wszystkie korzyści płynące z takiego rozszerzania diety. 

Kiedy już przekonałam się do metody BLW (po przeczytaniu książki, którą polecam wszystkim rodzicom, których czeka rozszerzanie diety, czyli "Bobas lubi wybór"), miałam bardziej określone obawy, jak również oczekiwania, które oczywiście okazały się słuszne lub zupełnie bezpodstawne w starciu z rzeczywistością.

Do BLW nie jest potrzebny żaden talerzyk (może być nawet problematyczny, bo bywa ciekawszy niż samo jedzenie ;))

Zadławi się! 

To chyba obawa prawie każdej osoby, która słyszy o BLW. Ja też trochę obawiałam się, że młody sobie nie poradzi. Obawy te stały się dużo mniejsze po przeczytaniu wspomnianej książki o metodzie (gdzie wyjaśniono między innymi, że odruch wymiotny u dzieci wywoływany jest dużo płycej w jamie ustnej niż u dorosłych), ale jednak zostały. Aby dziecko się nie zadławiło musi siedzieć w pozycji prostej, np. w krzesełku do karmienia albo na kolanach rodzica. Nasz młody zaczął siadać sam niedługo po ukończeniu 6. miesiąca życia, więc nie było tutaj większego problemu. I wszystko rzeczywiście zadziałało jak należy - kilka razy się krztusił, czasem coś zwrócił, ale nigdy (a dietę rozszerzamy już prawie trzy miesiące) sytuacja nie wymagała interwencji dorosłego. Co więcej - krztusił się mniej niż przy piciu mleka z piersi. A im dalej w las z rozszerzaniem, tym groźnie wyglądających sytuacji było coraz mniej za to wyraźnie zaczęłam zauważać, bez mojego namawiania, zmuszania, czy innych walk znanych rodzicom, którzy karmią łyżeczką, że mój syn po prostu naprawdę zaczyna jeść. Z dnia na dzień posiada też coraz więcej umiejętności - na początku uderzał niezdarnie w rozłożoną przed nim cukinię, teraz precyzyjnie w dwa palce łapie małe kawałki kalafiora. Kiedyś wszystko tylko ssał i memlał, teraz widzę jak świadomie odgryza sobie kawałki jedzenia i je połyka. Jest to naprawdę fascynujące!

Co z tą regularnością posiłków?

Kolejnym moim problemem było to jak zadbać o w miarę regularne posiłki, które przy BLW są zalecane, kiedy rytm drzemek i karmień dziecka to codzienna niespodzianka. Po dwóch miesiącach rozszerzania nadal wychodzi tak sobie. Czasami któryś posiłek trzeba pominąć, czasami któryś się przesunie, ale zawsze są to 2-3 próby podania jedzenia. Teraz myślę już o przejściu na 3-4 posiłki, zobaczymy, jak to wyjdzie. Na szczęście BLW to w ogóle nie są sztywne zasady, więc bardzo się tym brakiem regularności nie przejmuję - tym bardziej, że wciąż karmiąc piersią jestem pewna, że dziecko nie jest głodne.

Banan i chleb z pasztetem warzywnym według przepisu z Alaantkowe (mi też bardzo smakował)

Kto to posprząta?

W moim domu odpowiedź okazała się dość prosta, przynajmniej jeśli chodzi o bałagan na podłodze - pies. Więcej trudności przysporzyło sprzątanie z krzesełka i z dziecka. Po dwóch miesiącach bałaganu jest coraz mniej ze względu na coraz większe umiejętności Franka, ale również coraz lepsze ogarnianie ze strony mojej i męża. Dlatego postanowiłam kilkoma trikami podzielić się również z wami, chociaż pewnie wiele mam je zna.

Jeśli jest ciepło w mieszkaniu, dziecko można rozebrać albo chociaż częściowo zdjąć mu te elementy ubrania, które są najbardziej podatne na zabrudzenia. U nas są to spodnie, na które spadają różne kawałki jedzenia, których nie wyłapie fartuszek, więc Franek zazwyczaj siada do posiłków w bodziaku lub koszulce i wspomnianym fartuszku. Fartuszków przetestowaliśmy kilka i zdecydowanie najlepiej sprawdził nam się nieśmiertelny model w kropki z IKEI. Jest cienki, miły, łatwo się go płucze pod prysznicem (wieszanie fartuszków w kabinie po jedzeniu i płukanie ich prysznicem to kolejny dobry trik na sprzątanie po BLW), a gumki przy rękawach sprawiają, że jedzenie nie wchodzi pod fartuszek jak w innych modelach z długimi rękawami. Najgorzej oceniamy bezrękawniki z grubej folii sprezentowane nam przez rodzinę, które ani odpowiednio nie chronią, ani nie są przyjemne w dotyku, a przede wszystkim Franek z łatwością i chętnie wpychał je sobie do buzi podczas jedzenia jako gryzak. Ogarnianie krzesełka papierowymi ręcznikami sprawiało początkowo trudności, bo w tym czasie Franek szybko się niecierpliwił, ale już coraz częściej akceptuje, że nie zawsze może mieć 100 procent naszej atencji, pomagają w tym też przeróżne zabawki oraz pies sprzątający podłogę, co samo w sobie stanowi dla dziecka niezłą rozrywkę. Na początku sporym problemem było też to, że syn często wylewał na siebie wodę, a potem bardzo szybko denerwował się, ponieważ był mokry (żaden fartuszek w 100 procentach nie zdał testu lamy, czyli plującego na siebie wodą dziecka), ale wtedy pomagało szybkie przebieranie. Dziś ten problem prawie nie istnieje, bo dzięki nauce picia z bidonu oraz otwartego kubka (doidy) od samego początku Franek coraz lepiej to ogarnia i nie musimy przechodzić przez kolejne etapy jak butelka, niekapek i tym podobne cuda.

Pomidor i banan z amarantusem, który ułatwia łapanie śliskiego jedzenia

Co na to dziadkowie?

Wiele mam, w tym ja, przejmuje się tym, co o BLW powie starsze pokolenie - nasi rodzice, nasi dziadkowie. Z początku faktycznie pokolenie naszych rodziców nie było do BLW nastawione za dobrze, ale akceptowali naszą decyzję i słuchali argumentów za. Wyrywały im się różne komentarze ("a może on by wolał łatwiej?", "to chyba metoda dla mam, które mają za dużo wolnego czasu" - tu akurat uważam, że wręcz przeciwnie, bo kiedy dziecko je można samemu zjeść, a nie karmić łyżeczką, można gotować dla dziecka i siebie prawie to samo, a bałagan jest przy każdym rozszerzaniu diety, tradycyjne "zadławi się" albo pytanie skąd mam pewność, że on już może jeść daną rzecz). Widziałam jak z duszą na ramieniu siadali do pierwszych posiłków z wnukiem, na początku pytali czy nie trzeba mu pomóc, kiedy się krztusił, ale spokojnie odpowiadałam, że sobie poradzi. I radził sobie. A potem byli już BLW zachwyceni - chętnie uczestniczyli w posiłkach z młodym, oglądali filmiki z jego zmagań z jedzeniem, chwalili się znajomym. Także moja rada dla rodziców, którzy nie mogą przekonać dziadków do BLW to - po prostu pokażcie im BLW w akcji (najlepiej na początek z jakimś pewniakiem, żeby od razu zobaczyli, jak dziecku świetnie idzie ;)).

Ale ja nie umiem gotować!

W naszym domu gotuje mąż. Ja kiedyś weszłam do kuchni, a potem moja koleżanka z zatruciem pojechała do lekarza. Od tamtej pory ograniczałam się tylko do tego, co mi jako tako wychodziło, czyli do pieczenia. Jednak będąc cały dzień w domu z dzieckiem po rozszerzonej diecie musiałam pogodzić się z faktem, że gotowanie będzie konieczne. I okazało się, że robienie prostych posiłków dla dziecka to nie jest taki dramat. Przede wszystkim zaprzyjaźniłam się z sitkiem do gotowania na parze. Poza tym ustawiłam sobie w kuchni wózek, do którego wsadzałam małego i dawałam mu różne kuchenne (oczywiście bezpieczne) przyrządy do zabawy, żeby znaleźć sobie czas na przygotowanie jedzenia (bo nawet 15 min bez rozrywek i kontaktu z bazą to dla mojego małego człowieka zbyt wiele). Gdyby nie to, że mały tak ciężko znosi to, że robię coś innego niż zajmowanie się nim, to pewnie chętnie przygotowywałabym nawet bardziej skomplikowane rzeczy, bo zaczęło mi to nawet sprawiać radość. Póki co te bardziej skomplikowane rzeczy zostawiam mężowi - przygotowuje je na weekendowe obiady albo wieczorami na następny dzień, jeśli znajdzie trochę czasu.

Jeden z hitów BLW czyli brokuł na parze, a do tego ogórek (super na ząbkowanie) oraz dobre tłuszcze, czyli awokado. No i amarantus, który obecnie sypię właściwie gdzie się da ;)

Zmiany dla siebie

Na końcu najważniejsze - okazało się, że to prawda, że BLW dla dziecka to również ulepszenie nawyków żywieniowych rodziców. Często kiedy Franek je to my jemy razem z nim, więc najłatwiej przygotować to samo. Czyli coś zdrowego. W ten sposób pokochałam wszystkie warzywa, których do tej pory nie byłam fanką, a także znalazłam sposób na dodanie smaku tym, które mi nie odpowiadały (np. nie lubię buraka samego w sobie, ale w muffinach albo naleśnikach jest ekstra, a do tego jest gęsty odżywczo, co jest bardzo ważne przy BLW, bo niemowlaki jedzą mało). Muszę też ograniczyć podjadanie, zwłaszcza niezdrowych rzeczy, bo Franek rozumie już co to jedzenie i kiedy widzi, że jem i nie dzielę się z nim, to się irytuje. A przecież czekoladą albo czipsami się z nim nie podzielę... Poza tym dużo dowiaduję się o bilansowaniu posiłków, a także ich zawartości odżywczej, potrzebach ludzkiego organizmu, dzięki czemu sama poznaję nowe sposoby na ulepszenie swojego jedzenia (odkryciem było dla mnie na przykład istnienie bogatego w ważne dla dzieci żelazo amarantusa). W ten sposób dieta niemowlaka zaczęła wpływać na naszą dietę.

Na koniec nieprzekonanym powiem jeszcze, że naprawdę fascynująca jest obserwacja dziecka w takim procesie rozszerzania diety - jak nabiera nowych umiejętności, jak niespotykanie łączy smaki, je w sposób, jakiego byś nie wymyślił/a, czy też zamienia posiłek w lekcję plastyki (polecam dać dziecku jogurt w kubeczku i po prostu pozwolić działać!). Nie bójcie się i dobrej zabawy!

Sensoplastyka przy jogurcie

POMOCNE PRZY BLW:

Książka "Bobas lubi wybór" Gill Rapley, Tracey Murkett
Blog Szpinak robi bleee
Blog Alaantkowe BLW oraz ich książki z przepisami
Blog Małgorzaty Jackowskiej 
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia