poniedziałek, 17 grudnia 2018

BLW - oczekiwania versus rzeczywistość

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o metodzie BLW (w oryginale oznacza Baby-Led Weaning, czyli odstawienie od piersi sterowane przez dziecko, Polacy i Polki skrót rozwijają do Bobas Lubi Wybór) pomyślałam, że to metoda kompletnie nie dla mnie. Tak jak większość osób, które pierwszy raz o niej słyszą, poczułam przerażenie (zadławi się!), a także myślałam, że będzie to mnóstwo roboty - z przygotowywaniem i sprzątaniem. Jak okazało się naprawdę?

Jeden z posiłków Franka - marchewka gotowana, owsianka i jajko na twardo

BLW - z czym to się je? 

Najpierw pokrótce chcę wam napisać czym w ogóle jest BLW, bo może część z moich czytelników spotyka się z tym terminem po raz pierwszy. Jest to metoda rozszerzania diety, która przede wszystkim zakłada, że dziecko karmi się samo, rodzic tylko proponuje posiłki, zaś bobas decyduje co zjada i ile zjada oraz czy w ogóle coś zjada. Nie podajemy więc papek na łyżeczce tylko normalne kawałki jedzenia wygodne do złapania w dziecięcą rączkę (oczywiście nie podajemy produktów niewskazanych dla niemowląt, ale ich lista jest bardzo krótka - m.in. jest to sól, cukier, miód, grzyby - pełną listę znajdziecie w linkach na końcu tekstu). Przed maluchem powinno się znaleźć kilka różnych produktów (żeby mógł wybrać), nie przeszkadzamy, nie pomagamy, nie namawiamy, karmimy kiedy dziecko jest wypoczęte i najedzone (piersią lub butelką), żeby skupiło się na próbowaniu, a nie irytowało dyskomfortem (pamiętajcie - bobas nie rozumie przecież, że jedzeniem może się najeść, więc jeśli nie podacie mu wcześniej mleka to będzie po prostu zdenerwowany i z prób jedzenia nic nie wyjdzie). Po jakimś czasie takiego rozszerzania dziecko może zacząć samo rezygnować z karmień mlekiem na rzecz jedzenia stałego, ale do roku mleko to podstawa diety, a reszta - uzupełnienie.

Taka metoda to wiele korzyści, przede wszystkim dla dziecka - pomaga mu rozwijać umiejętności samodzielnego jedzenia, poznawać różne faktury, konsystencje i smaki (w papkach jest to prawie niemożliwe), radzić sobie z przeżuwaniem, przemieszczaniem pokarmu w buzi, piciem z kubka, a także wspomaga rozwój mowy i integrację sensoryczną. Przede wszystkim jednak tworzy zdrową relację dziecka z jedzeniem - bez zmuszania, walki, rodzicielskich podstępów i tym podobnych. Zmusza rodzica do tego, żeby zaufał dziecku w kwestii tego, czego ono potrzebuje. A to i tak pewnie nie wszystkie korzyści płynące z takiego rozszerzania diety. 

Kiedy już przekonałam się do metody BLW (po przeczytaniu książki, którą polecam wszystkim rodzicom, których czeka rozszerzanie diety, czyli "Bobas lubi wybór"), miałam bardziej określone obawy, jak również oczekiwania, które oczywiście okazały się słuszne lub zupełnie bezpodstawne w starciu z rzeczywistością.

Do BLW nie jest potrzebny żaden talerzyk (może być nawet problematyczny, bo bywa ciekawszy niż samo jedzenie ;))

Zadławi się! 

To chyba obawa prawie każdej osoby, która słyszy o BLW. Ja też trochę obawiałam się, że młody sobie nie poradzi. Obawy te stały się dużo mniejsze po przeczytaniu wspomnianej książki o metodzie (gdzie wyjaśniono między innymi, że odruch wymiotny u dzieci wywoływany jest dużo płycej w jamie ustnej niż u dorosłych), ale jednak zostały. Aby dziecko się nie zadławiło musi siedzieć w pozycji prostej, np. w krzesełku do karmienia albo na kolanach rodzica. Nasz młody zaczął siadać sam niedługo po ukończeniu 6. miesiąca życia, więc nie było tutaj większego problemu. I wszystko rzeczywiście zadziałało jak należy - kilka razy się krztusił, czasem coś zwrócił, ale nigdy (a dietę rozszerzamy już prawie trzy miesiące) sytuacja nie wymagała interwencji dorosłego. Co więcej - krztusił się mniej niż przy piciu mleka z piersi. A im dalej w las z rozszerzaniem, tym groźnie wyglądających sytuacji było coraz mniej za to wyraźnie zaczęłam zauważać, bez mojego namawiania, zmuszania, czy innych walk znanych rodzicom, którzy karmią łyżeczką, że mój syn po prostu naprawdę zaczyna jeść. Z dnia na dzień posiada też coraz więcej umiejętności - na początku uderzał niezdarnie w rozłożoną przed nim cukinię, teraz precyzyjnie w dwa palce łapie małe kawałki kalafiora. Kiedyś wszystko tylko ssał i memlał, teraz widzę jak świadomie odgryza sobie kawałki jedzenia i je połyka. Jest to naprawdę fascynujące!

Co z tą regularnością posiłków?

Kolejnym moim problemem było to jak zadbać o w miarę regularne posiłki, które przy BLW są zalecane, kiedy rytm drzemek i karmień dziecka to codzienna niespodzianka. Po dwóch miesiącach rozszerzania nadal wychodzi tak sobie. Czasami któryś posiłek trzeba pominąć, czasami któryś się przesunie, ale zawsze są to 2-3 próby podania jedzenia. Teraz myślę już o przejściu na 3-4 posiłki, zobaczymy, jak to wyjdzie. Na szczęście BLW to w ogóle nie są sztywne zasady, więc bardzo się tym brakiem regularności nie przejmuję - tym bardziej, że wciąż karmiąc piersią jestem pewna, że dziecko nie jest głodne.

Banan i chleb z pasztetem warzywnym według przepisu z Alaantkowe (mi też bardzo smakował)

Kto to posprząta?

W moim domu odpowiedź okazała się dość prosta, przynajmniej jeśli chodzi o bałagan na podłodze - pies. Więcej trudności przysporzyło sprzątanie z krzesełka i z dziecka. Po dwóch miesiącach bałaganu jest coraz mniej ze względu na coraz większe umiejętności Franka, ale również coraz lepsze ogarnianie ze strony mojej i męża. Dlatego postanowiłam kilkoma trikami podzielić się również z wami, chociaż pewnie wiele mam je zna.

Jeśli jest ciepło w mieszkaniu, dziecko można rozebrać albo chociaż częściowo zdjąć mu te elementy ubrania, które są najbardziej podatne na zabrudzenia. U nas są to spodnie, na które spadają różne kawałki jedzenia, których nie wyłapie fartuszek, więc Franek zazwyczaj siada do posiłków w bodziaku lub koszulce i wspomnianym fartuszku. Fartuszków przetestowaliśmy kilka i zdecydowanie najlepiej sprawdził nam się nieśmiertelny model w kropki z IKEI. Jest cienki, miły, łatwo się go płucze pod prysznicem (wieszanie fartuszków w kabinie po jedzeniu i płukanie ich prysznicem to kolejny dobry trik na sprzątanie po BLW), a gumki przy rękawach sprawiają, że jedzenie nie wchodzi pod fartuszek jak w innych modelach z długimi rękawami. Najgorzej oceniamy bezrękawniki z grubej folii sprezentowane nam przez rodzinę, które ani odpowiednio nie chronią, ani nie są przyjemne w dotyku, a przede wszystkim Franek z łatwością i chętnie wpychał je sobie do buzi podczas jedzenia jako gryzak. Ogarnianie krzesełka papierowymi ręcznikami sprawiało początkowo trudności, bo w tym czasie Franek szybko się niecierpliwił, ale już coraz częściej akceptuje, że nie zawsze może mieć 100 procent naszej atencji, pomagają w tym też przeróżne zabawki oraz pies sprzątający podłogę, co samo w sobie stanowi dla dziecka niezłą rozrywkę. Na początku sporym problemem było też to, że syn często wylewał na siebie wodę, a potem bardzo szybko denerwował się, ponieważ był mokry (żaden fartuszek w 100 procentach nie zdał testu lamy, czyli plującego na siebie wodą dziecka), ale wtedy pomagało szybkie przebieranie. Dziś ten problem prawie nie istnieje, bo dzięki nauce picia z bidonu oraz otwartego kubka (doidy) od samego początku Franek coraz lepiej to ogarnia i nie musimy przechodzić przez kolejne etapy jak butelka, niekapek i tym podobne cuda.

Pomidor i banan z amarantusem, który ułatwia łapanie śliskiego jedzenia

Co na to dziadkowie?

Wiele mam, w tym ja, przejmuje się tym, co o BLW powie starsze pokolenie - nasi rodzice, nasi dziadkowie. Z początku faktycznie pokolenie naszych rodziców nie było do BLW nastawione za dobrze, ale akceptowali naszą decyzję i słuchali argumentów za. Wyrywały im się różne komentarze ("a może on by wolał łatwiej?", "to chyba metoda dla mam, które mają za dużo wolnego czasu" - tu akurat uważam, że wręcz przeciwnie, bo kiedy dziecko je można samemu zjeść, a nie karmić łyżeczką, można gotować dla dziecka i siebie prawie to samo, a bałagan jest przy każdym rozszerzaniu diety, tradycyjne "zadławi się" albo pytanie skąd mam pewność, że on już może jeść daną rzecz). Widziałam jak z duszą na ramieniu siadali do pierwszych posiłków z wnukiem, na początku pytali czy nie trzeba mu pomóc, kiedy się krztusił, ale spokojnie odpowiadałam, że sobie poradzi. I radził sobie. A potem byli już BLW zachwyceni - chętnie uczestniczyli w posiłkach z młodym, oglądali filmiki z jego zmagań z jedzeniem, chwalili się znajomym. Także moja rada dla rodziców, którzy nie mogą przekonać dziadków do BLW to - po prostu pokażcie im BLW w akcji (najlepiej na początek z jakimś pewniakiem, żeby od razu zobaczyli, jak dziecku świetnie idzie ;)).

Ale ja nie umiem gotować!

W naszym domu gotuje mąż. Ja kiedyś weszłam do kuchni, a potem moja koleżanka z zatruciem pojechała do lekarza. Od tamtej pory ograniczałam się tylko do tego, co mi jako tako wychodziło, czyli do pieczenia. Jednak będąc cały dzień w domu z dzieckiem po rozszerzonej diecie musiałam pogodzić się z faktem, że gotowanie będzie konieczne. I okazało się, że robienie prostych posiłków dla dziecka to nie jest taki dramat. Przede wszystkim zaprzyjaźniłam się z sitkiem do gotowania na parze. Poza tym ustawiłam sobie w kuchni wózek, do którego wsadzałam małego i dawałam mu różne kuchenne (oczywiście bezpieczne) przyrządy do zabawy, żeby znaleźć sobie czas na przygotowanie jedzenia (bo nawet 15 min bez rozrywek i kontaktu z bazą to dla mojego małego człowieka zbyt wiele). Gdyby nie to, że mały tak ciężko znosi to, że robię coś innego niż zajmowanie się nim, to pewnie chętnie przygotowywałabym nawet bardziej skomplikowane rzeczy, bo zaczęło mi to nawet sprawiać radość. Póki co te bardziej skomplikowane rzeczy zostawiam mężowi - przygotowuje je na weekendowe obiady albo wieczorami na następny dzień, jeśli znajdzie trochę czasu.

Jeden z hitów BLW czyli brokuł na parze, a do tego ogórek (super na ząbkowanie) oraz dobre tłuszcze, czyli awokado. No i amarantus, który obecnie sypię właściwie gdzie się da ;)

Zmiany dla siebie

Na końcu najważniejsze - okazało się, że to prawda, że BLW dla dziecka to również ulepszenie nawyków żywieniowych rodziców. Często kiedy Franek je to my jemy razem z nim, więc najłatwiej przygotować to samo. Czyli coś zdrowego. W ten sposób pokochałam wszystkie warzywa, których do tej pory nie byłam fanką, a także znalazłam sposób na dodanie smaku tym, które mi nie odpowiadały (np. nie lubię buraka samego w sobie, ale w muffinach albo naleśnikach jest ekstra, a do tego jest gęsty odżywczo, co jest bardzo ważne przy BLW, bo niemowlaki jedzą mało). Muszę też ograniczyć podjadanie, zwłaszcza niezdrowych rzeczy, bo Franek rozumie już co to jedzenie i kiedy widzi, że jem i nie dzielę się z nim, to się irytuje. A przecież czekoladą albo czipsami się z nim nie podzielę... Poza tym dużo dowiaduję się o bilansowaniu posiłków, a także ich zawartości odżywczej, potrzebach ludzkiego organizmu, dzięki czemu sama poznaję nowe sposoby na ulepszenie swojego jedzenia (odkryciem było dla mnie na przykład istnienie bogatego w ważne dla dzieci żelazo amarantusa). W ten sposób dieta niemowlaka zaczęła wpływać na naszą dietę.

Na koniec nieprzekonanym powiem jeszcze, że naprawdę fascynująca jest obserwacja dziecka w takim procesie rozszerzania diety - jak nabiera nowych umiejętności, jak niespotykanie łączy smaki, je w sposób, jakiego byś nie wymyślił/a, czy też zamienia posiłek w lekcję plastyki (polecam dać dziecku jogurt w kubeczku i po prostu pozwolić działać!). Nie bójcie się i dobrej zabawy!

Sensoplastyka przy jogurcie

POMOCNE PRZY BLW:

Książka "Bobas lubi wybór" Gill Rapley, Tracey Murkett
Blog Szpinak robi bleee
Blog Alaantkowe BLW oraz ich książki z przepisami
Blog Małgorzaty Jackowskiej 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia