Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncerty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncerty. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 listopada 2018

Koncertowy przegląd listopadowy

0

15 listopada - Public Service Broadcasting

Ja i lider PSB - J. Willgoose, Esq. po rozmowie dla musicnow.pl
Gdzie? Hybrydy, Warszawa
Organizator: Go Ahead
Za ile? 75 zł

Public Service Broadcasting ostatnio często odwiedzają Polskę. Ostatni raz widziałam ich około roku temu, zresztą też w Warszawie. Jak pewnie większość fanów formacji poznałam ich dzięki albumowi "The Race for Space", który łączy ze sobą muzykę i sample z misji kosmicznych. Potem odkryłam, że PSB robią też inne fajne rzeczy, ale za każdym razem według podobnego schematu, czyli właśnie łączenia historycznych nagrań z muzyką. Na albumie debiutanckim były to nagrania z początków istnienia telewizji, na trzecim za ich pomocą opowiedzieli historię górników i ich strajków w Walii. Kiedy na koncercie przedstawiali dźwiękami i wizualizacjami misję na księżyc czułam tak silne emocje, jakbym nie wiedziała, jak ta historia się skończy. Chciałabym je poczuć znowu. Poza tym to po prostu bardzo mili goście.



18 listopada - Zeal and Ardor

Gdzie? Proxima, Warszawa
Organizator: Go Ahead
Za ile? 79 zł

Kiedy pierwszy raz usłyszałam Zeal and Ardor, zanim jeszcze wydali swój debiutancki album (taki ze mnie hipster!), byłam oczarowana wykorzystanym przez nich połączeniem pieśni czarnoskórych niewolników z black metalem (jeśli ktoś wpadł na to przed nimi to serdecznie przepraszam, że ten kreatywny pomysł przypisuję właśnie im). Soulowe i mistyczne zaśpiewy oraz szczęk łańcuchów dostały tutaj coś dodatkowego, czego, ma się takie wrażenie słuchając ich, zawsze tam brakowało - wściekłości i mocy. I na żywo te wykonania aż człowiekiem trzęsą. 



21 listopada - MØ

Gdzie? Stodoła, Warszawa
Organizator: Alter Art
Za ile? 125-145 zł

Dunkę MØ zna już chyba każdy kto był w ostatnich latach na jakimkolwiek festiwalu w Polsce. Albo uruchomił najpopularniejsze utwory na Spotify, gdzie nuciła hit "Lean on" razem z Major Lazer (ciekawa historia - dawno temu, kiedy pierwszy raz usłyszałam nazwę "Major Lazer" przeczytałam ją tak, jakbyście to przeczytali po polsku, czyli dosłownie "major laser" i byłam pewna, że to jakiś polski raper i mogę sobie spokojnie odpuścić jego koncert na Open'erze - na późniejszym Open'erze, kiedy już wiedziałam, że to zupełnie coś innego i poszłam zobaczyć projekt na żywo, okazało się, że się nie myliłam przynajmniej częściowo - mogłam sobie odpuścić). MØ, mimo że przyjeżdża z miejsca gdzie jest raczej zimno (a w dodatku nie ma lasów) to na pewno przywiezie za sobą letni, imprezowy powiew. Jeśli popowe tańce i kobieca energia to coś, czego szukacie w listopadzie to koncert dla was. Chociaż przyznam, że kiedyś, kiedyś, kiedy MØ pierwszy raz pojawiła się na Open'erze byłam zachwycona jej siłą, jej dawaniem z siebie wszystkiego, porywaniem tłumu, a obecnie nie jestem przekonana czy na sto procent chcę ją znowu zobaczyć, bo trochę zbytnio, jak dla mnie, złagodniała.


22 listopada - Sevdaliza

Gdzie? Palladium, Warszawa
Organizator: Go Ahead
Za ile? 105 zł

W przeciwieństwie do wyżej wymienionej Dunki, Sevdaliza to pewnik. To osoba, która na pewno da wam niezapomniane wrażenia, która zabierze was w świat, z którego nigdy nie będziecie chcieli wyjść. Wiem, że już nieraz chwaliłam ją na fanpage, czy na innych portalach, na których się udzielam (np. musicNOW!), ale naprawdę, ale to naprawdę warto zobaczyć tę niesamowitą kobietę na żywo. Z pochodzenia Iranka mieszkająca od dość dawna w Holandii, w międzyczasie zawodowa koszykarka i modelka, sensualna tancerka obdarzona głosem, którym śpiewałaby do nas gorąca czekolada albo kawa z chilli, gdyby mogła. W dodatku nie jest to tylko piękna fasada, ale też treść, która czasem drażni, czasem się buntuje, a na pewno nie pozwala o sobie zapomnieć.


27 listopada - Uncle Acid and The Deadbeats

Gdzie? Hybrydy, Warszawa
Organizator: Live Nation
Za ile? 66 zł

Uncle Acid And The Deadbeats to z kolei propozycja "solidna". Na OFF Festivalu całkiem niedawno wykonali zadanie - zagrali dobry, ale nie znakomity koncert, czyli dokładnie to, czego od nich oczekiwałam. Przeniosą was w odurzone LSD lata 70., więc może zakręcić się w głowie. Koniecznie nie trzeba, ale warto sprawdzić.

 

29 listopada - Kero Kero Bonito

Gdzie? Smolna
Organizator: Follow the Step
Za ile? 59 zł

Kero Kero Bonito i ich słodko-kwaśny sos azjatycko-popowo-elektroniczny umieszczam tutaj właściwie z pewnym kredytem zaufania. Nie porwali mnie na OFF Festivalu, ale od czasu ich występu minęło parę dobrych lat, zespół wydał lepsze utwory oraz zebrał wiele pozytywnych recenzji na temat swojej działalności w internecie. Chciałabym więc dać im pod koniec listopada szansę na poprawę swojego wizerunku w moich oczach (a także bardzo bym chciała potańczyć do tej przyjemnej piosenki o krewetkach).

 
Czytaj dalej »

niedziela, 30 września 2018

Koncertowy przegląd październikowy

0
wypatrując jesiennego sezonu koncertowego

1 października - Poppy 

Gdzie? Drukarnia, Warszawa
Organizator: fource.pl
Za ile? 79/90 zł

Muzyka Poppy, nie ukrywajmy, nie jest super (chociaż próbowałam wyrzucić z głowy "Computer Boy", ale dalej nucę "I fell in love with my laptop computer", więc może jednak coś w tym jest). Ale nie o muzykę tu chodzi. Poppy to internetowa kreacja, kobieta z komputera, ekranowa fantazja. Interesująco prezentuje się jako jutubowy projekt, więc warto sprawdzić jak brzmi i wygląda na żywo coś, co jest zaprojektowane, aby istnieć w sieci. Zwłaszcza, że to jej pierwszy koncert w Polsce.



6-10 października - Jack White 

Gdzie? 6.10 - Gdynia Arena, 7.10 - Hala nr 2 Międzynarodowych Targów Poznańskich, 9.10 - warszawski Torwar, 10.10 - Tauron Arena Kraków 
Organizator: Alter Art
Za ile?   6.10.2018 / Gdynia, Gdynia Arena: 198 PLN, 188 PLN; 7.10.2018 / Poznań, Hala nr2 MTP: 198 PLN; 9.10.2018 / Warszawa, Torwar: 198 PLN, 178 PLN; 10.10.2018 / Kraków, Tauron Arena Kraków: 189 PLN, 169 PLN

Czemu Jackowi chce się przyjeżdżać na czterodniową trasę po wielkich arenach właśnie do Polski - nie wiem. Może to duża baza fanów, może jego polskie korzenie, a może siła przekonywania szefa Alter Artu - Mikołaja Ziółkowskiego. Ale to w sumie nieważne - ważne, że cały czas chce odwiedzać nasz kraj, bo to co robi na żywo robi dobrze. Dużo w tym energii, pierwotnego magnetyzmu i całkiem dobrej muzyki połączonej z, po prostu, dobrą zabawą. Ja tam idę się przede wszystkim wyszaleć i to wam też polecam.


19-20 października Mac DeMarco 

Gdzie? Progresja, Warszawa
Organizator: Go Ahead
Za ile?  130 zł

To z kolei zupełne przeciwieństwo tego co robi poważny i zaangażowany White. Mac to wyluzowany chłopak odpalający fajka od fajka, który chce, żeby wszyscy poczuli się wyluzowani. Gitara, delikatny wokal, teksty z którymi możemy się utożsamić i pachnący zieloną pięciolistną rośliną chill to znaki rozpoznawcze. Jeśli chcecie znowu poczuć się jak na wakacyjnej imprezie z dobrym brzmieniem wydobywającym się z głośniczków ustawionych gdzieś na parapecie z podłączonym telefonem - warto.


20 października - George Ezra  

Gdzie? Torwar, Warszawa
Organizator: Go Ahead
Za ile? 149 zł

Ezra to najbardziej easy-listeningowa propozycja na tej liście. Brzmiący jak człowiek po siedemdziesiątce (dlatego tak dobrze wygląda sir Ian McKellen robiący lip sync do jego piosenki w teledysku) młody chłopak ciepło śpiewa nam o miłości, podróżach i innych pierdołach. Jest miło, przyjemnie i można nawet zakręcić bioderkiem. Na koncert możecie zabrać swoją mamę i powinno jej się spodobać.

Czytaj dalej »

czwartek, 30 sierpnia 2018

Koncertowy przegląd wrześniowy

0

1 września - Tommy Cash

Gdzie? ISKRA, Warszawa
Organizator: fource.pl
Za ile? w chwili, w której to piszę 99 zł

(oprócz Tommy'ego na nowym festiwalu Hip Hop Waves Warsaw zagra też dwóch innych raperów, ale osobiście interesuje mnie tylko gwiazda główna)

Ja i Tommy na bardzo niewyraźnym zdjęciu



Tommy Cash to częsty gość stolicy, niemniej za każdym razem przynajmniej podejmuję próbę zobaczenia go na żywo. Raper z Estonii jest trochę niczym słowiańskie Die Antwoord - obciachowa stylistyka, mało skomplikowana muzyka i teksty o wanabee gangsterze z blokowiska mieszają się tu z prawdziwą sztuką pokazaną w klipach. Nie do końca wiemy co jest na serio, a co jest ironią i kreacją. Jedno jest pewne - postkomunistyczne sentymenty na pewno rezonują w Polsce lepiej niż zef z townships. A na żywo gwarantują chociaż trochę połączenie umysłów i przede wszystkim dużo potu wytraconego w szaleńczym tańcu.


13 września - Deafheaven

Gdzie? Hybrydy, Warszawa
Organizator: P.W. Events
Za ile? 79/84/89 zł

Deafheaven na OFF Festivalu 2014

Deafheaven widziałam na OFFie 2014 (co widać na załączonym wykonanym przeze mnie obrazku). Poszłam na koncert z ciekawości i spodobało mi się. Nie był to jeden z najlepszych koncertów tamtego OFFa, ale na pewno pozostał mi w pamięci na tyle, żeby przesłuchać kawałek dyskografii szanownych panów później w domu. Muzyka (a właściwie ściana dźwięku) zdecydowanie się broni i słucha jej się naprawdę przyjemnie (jakkolwiek dziwnie może brzmieć ten przymiotnik w tym kontekście). Jedyne co mnie wkurza to wokal, ale na tyle ginie on w strumieniu odgłosów, że da się przeżyć. Zresztą to moja przypadłość - często podoba mi się to, co prezentują muzycznie zespoły black metalowe, ale całe cudowne wrażenie zabija dla mnie wokal. Podobny problem miałam w tym roku na OFF Festivalu z Furią (do której zresztą stojąc w rozsądnej odległości od namiotu usypiałam swoje kilkumiesięczne dziecko - i to z powodzeniem!).

Czytaj dalej »

piątek, 13 lipca 2018

Podsumowanie Open'era 2018

0
A to cudo objawiło się nam przy bramie wyjściowej od strony Kosakowa
Jeśli dobrze liczę, to był mój siódmy Open'er. I zdecydowanie najcięższy ze wszystkich, bo pierwszy raz udałam się na festiwal z dzieckiem. Trzymiesięcznym dzieckiem. O tym na ile ogromne było to wyzwanie i jak ogólnie poradzić sobie z maluchem na takim festiwalu na pewno napiszę coś osobnego. Ten wpis poświęcę tylko podsumowaniu muzycznemu, a wstęp ma służyć jedynie temu, żebyście zrozumieli czemu tak mało udało mi się zobaczyć - nie dość, że z dzieckiem, to w tym roku ze względu na wyprzedane wszystkie karnety i bilety organizacja leżała i kwiczała. Kwiczała tak bardzo, że ostatniego dnia na samym festiwalu byliśmy krócej niż na niego jechaliśmy połączeniem pociąg + taxi.

No ale przejdźmy do muzyki. Koncert po koncercie, dzień po dniu.

DZIEŃ 1

Noel Gallagher's High Flying Birds

Kilka lat temu widziałam Noela na Orange Warsaw Festival i przyznam, że tam podobał mi się dużo bardziej. Nie wiem jednak, czy to kwestia samej muzyki, zebranych po drodze doświadczeń, czy może pogody (w momencie jego koncertu słońce prażyło niemiłosiernie, a cień niewiele pomagał). Do wszystkiego mógł mi się dołożyć stres i kiepskie nagłośnienie. Było nudnawo. Najciekawszym elementem była obserwacja z daleka tłumów, które podnosiły się i podchodziły pod scenę słysząc każdy hit Oasis.



Nick Cave and the Bad Seeds

Nick dla mnie to, jak wiecie, najwyższy poziom umiejętności koncertowych. Widziałam go tym razem po raz piąty i znowu nie zawiódł. Nie było to tak pełne show jak ostatnie na Torwarze, gdzie wszystko było zaplanowane i budowało spójną całość, raczej wymieszanie greatest hits i klasycznych chwytów z kładzeniem się na tłumie oraz wyciąganiem z niego ludzi. Bez miejsca na zbyt wiele sentymentalnych spowolnień. Jednak nie można powiedzieć, że nie została w to włożona najszczersza energia, mimo że Nicka ewidentnie irytowało świecące prosto w jego twarz zachodzące słońce (ostatecznie sprawił, że zaszło całkowicie). Największe wrażenie tym razem zrobiło dla mnie  "From Her to Eternity" przy którym Nick tak wytężał twarz i głos, że zaczęłam się obawiać. Było duuuuużo mocy.



Arctic Monkeys

Nigdy nie rozumiałam fenomenu tego zespołu i nie rozumiem nadal. Oglądałam ich przez chwilę względnie z bliska, aby potem się oddalić i niestety nadal słyszeć Alexa Turnera. Szkoda, że w przeciwieństwie do Open'era pięć lat temu Nick grał przed małpami, a nie po nich. Wtedy może zgromadzone pod sceną nastoletnie fanki pana Alexa nie przeszkadzałyby w odbiorze Nicka, bo wtedy po zakończeniu koncertu swoich idoli grzecznie opuściły teren. 

Fleet Foxes

To mój największy zawód tegorocznej edycji - że na koncercie Fleet Foxes nie mogłam zostać dłużej (no i może jeszcze to, że znowu nie zobaczyłam Massive Attack, zawsze się jakoś mijamy). Tańczyło się przepięknie, muzyka brzmiała jak należy, szkoda mi tylko było jak patrzyłam na ludzi wychodzących z Arctic Monkeys i przechodzących przez Tent tylko po to, żeby udać się do wyjścia z terenu.

DZIEŃ II

Organek

Na Organka poszłam ze względu na mojego tatę, który akurat tego dnia poszedł na Open'era. Poświęciłam się rozmowom ze znajomymi gdzieś za najdalszym telebimem. Chyba nie żałuję.

Young Fathers

Cieszę się, że udało mi się wcześniej zobaczyć Young Fathers na OFFie, bo na Open'erze nie miałam na to zbyt wiele czasu. Nadal jednak, nawet przez te raptem pół godzinki, brzmiało to zupełnie ok. 


Energiczna MØ zawsze daje dobre koncerty, tym razem nie było inaczej.



David Byrne

I tu oto, proszę państwa, mamy gwiazdę tegorocznego Open'era. Na jego koncert nie szłam ze szczególnie wysokimi oczekiwaniami, nie były one też zbyt niskie. Okazało się, że był to zdecydowanie show dnia. Byrne nie tylko świetnie śpiewa, a jego muzycy bezbłędnie grają, ale też cudownie tańczy. Koncert wydawał się zaplanowany, a jednocześnie radosny i nieco spontaniczny. Cała grupa na scenie poruszała się płynnie i wykonywała przedziwne ruchy, które czasem przypominały nowoczesny taniec, innym razem składanie prania albo krojenie chleba. Trudno było nie dać się w to wciągnąć, a najlepiej całość podsumowuje jeden z tekstów Byrne'a: "We dance like this because it feels so damn good".



Depeche Mode

Koncert Depeche Mode już genialnie opisał fanpage "Są na świecie płyty, o których nie śniło się młodym klerykom". Liczyłam na coś więcej po tym ile osób zachwycało się DM na żywo, dostałam lekko totalitarnie śmierdzące show, w którym najlepszym momentem było machanie rękami przez tłum ludzi. Gahanowi na pewno nie można zarzucić słabego głosu, to brzmi jak należy. Ale wszystko jest powtarzalne i ma się brzydkie wrażenie, że ktoś tu odcina kupony i wykorzystuje polskich januszy, którzy łykną dosłownie wszystko co Depeche Mode im poda. Mi nie smakowało za bardzo. 

DZIEŃ III

Gorillaz

Po zobaczeniu ich w Warszawie za legendarne już 2 złote bardzo czekałam na ten występ. Warszawski był naprawdę bezbłędny, więc liczyłam, że na Open'erze będzie podobnie. I Gorillaz idealnie spełnili oczekiwania. Koncert był zupełnie inny niż w stolicy - nie była to zaplanowana całość przygotowana pod promocję albumu, bardziej podróż przez "greatest hits plus", ale nadal uzupełniona niczego sobie wizualizacjami, licznymi gośćmi i przede wszystkim wielkim talentem i charyzmą muzyków. Chciałoby się tylko więcej.



DZIEŃ IV

Sevdaliza

Koncert Sevdalizy podobnie jak w przypadku Gorillaz miał być moim drugim jej koncertem i podobnie miałam dość duże oczekiwania. Jednak w tym przypadku nieco się zawiodłam, ale chyba nie z winy samej artystki. To był ten dzień, kiedy na samego Open'era jechaliśmy dłużej niż na nim byliśmy (zajęło nam to 4,5 godziny). Spóźniliśmy się na koncert zespołu Bomba Estero, poddenerwowani i zestresowani udaliśmy się od razu na Sevdalizę. Jako że cały czas zżerał mnie jeszcze stres i było mi słabo o skupienie było trudno. Dodatkowo staliśmy dość daleko od sceny, a na telebimach zamiast kocio-wężowych ruchów Iranki zobaczyliśmy bardzo nieruchome wizualizacje. Szkoda, bo jej taniec na pewno, jak zawsze, był niesamowity. 

Bruno Mars

Mars to muzycznie zupełnie nie moja bajka, ale mam słabość do laserów i fajerwerków. Dostałam dużo fajerwerków i trochę laserów, które oglądałam ze strefy Kids Zone, gdzie spotkały się one z należytym piskiem i ekscytacją przebywających tam dzieciaków. Bruno też nieźle tańczy, więc miło było popatrzeć. Jednak nie na tyle miło, żeby zostać do końca.

***

Ogólnie Open'er jak zwykle zastosował swoją taktykę zapraszania artystów z zupełnie różnych grup stylistycznych z zupełnie różnymi grupami fanów. I rozbijaniem ich tak, żeby wiele osób musiało przyjść na wszystkie dni, aby zobaczyć wszystko to, co ich interesuje. W tym roku tej ogromnej ilości osób kompletnie nie udźwignęli logistycznie, a w całej imprezie coraz mniej pomysłu na ciekawy content, a coraz więcej komercjalizacji. Z jednej strony trochę szkoda, z drugiej - fajnie, że Polska ma swoją Coachellę. Na takie festiwale w końcu też musi być miejsce.

No i jeszcze dwie istotne zmiany w stosunku do lat ubiegłych - toi toie stały się różowe, a telebimy czarno-białe. 
Czytaj dalej »

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Koncertowy przegląd czerwcowy

0
Chodzę na bardzo dużo koncertów. Naprawdę dużo. Ok, ostatnio dużo mniej, bo mam w domu małego człowieczka. Ale jak tylko ogarniemy zostawanie z tatą, to pewnie do wieczornych wyjść uda się wrócić. Tak czy inaczej, na pewno jest wiele koncertów, na które potencjalnie chciałabym pójść. I jednocześnie zachęcić do tego innych. Stąd ten przegląd, który, mam nadzieję, będzie się pojawiał tutaj co miesiąc.

To ja na Open'erze, na którym usłyszałam po raz pierwszy artystę numer jeden z tego zestawienia

5 czerwca - Father John Misty 

Gdzie? Palladium, Warszawa
Organizator: Go Ahead
Za ile? 120 zł


Ojca Misty'ego poznałam na Open'erze kilka lat temu. Bardzo go wtedy bawiło, że mnóstwo ludzi poszło najpierw zobaczyć przez chwilę Drake'a, a potem przyszło na jego koncert (tak, tak, sama tak zrobiłam). Muzyka była ok, ale to charyzma pana Misty sprawiła, że zostałam do końca. No i jeszcze ruchy bioderkami. Potem okazało się, że ukrywający się pod tym pseudonimem Joshua Tillman ma trochę dziwną i lekko kontrowersyjną prezencję w social mediach i poza nimi. Nie mniej jednak ironiczne i niegłupie teksty, całkiem niezła muzyka, dziwaczne klipy i wspomniana charyzma sprawiają, że chętnie zobaczyłabym go ponownie na żywo. Poza tym kiedyś ucięliśmy sobie przyjemną "pogawędkę" na twitterze o Taylor Swift.


7 czerwca - Haim

Gdzie? Stodoła, Warszawa
Organizator:  Live Nation
Za ile? 129 zł


Haim również miałam okazję widzieć na żywo i również było to na Open'erze. Kobieca siła sióstr jaka płynęła z tego występu to coś, co naprawdę warto przeżyć. Muzyka nie jest wybitna, ale przyjemna, w domu słucham jej raczej rzadko, ale na żywo prezentuje się z taką mocą, że nie da się tego porównać ze słuchaniem z głośników w domowym zaciszu. Do tego wszystkiego trzeba dodać miny, jakie robi grająca na basie Este Haim (zespół składa się z trzech sióstr, które mają na nazwisko, uwaga, Haim).



16 czerwca - Slim Cessna's Auto Club

Gdzie? Hydrozagadka, Warszawa
Organizator: Hydrozagadka
Za ile? 59/69/79 zł


Nie słucham raczej country (chyba że chodzi o Trixie Mattel albo Dolly Parton), ale alternatywne country to już inna bajka. Slim Cessna's Auto Club grają od 25 lat i chociaż do tej pory nie miałam okazji widzieć ich w akcji to słyszałam, że warto. Może nieprzekonanych przekona ten fragment z opisu wydarzenia: "Slim Cessna's Auto Club słynie przede wszystkim z niezwykle żywiołowych występów, gdzie można spodziewać się dosłownie wszystkiego: od klimatów niczym z tarantinowskiego podłego baru, przez dzikie kazania rodem z baptystycznej mszy, po rock'n'rollowe tańce. To wszystko w postaci niesamowitych wokalnych dialogów dwóch frontmanów - charyzmatycznego Slima Cessny i mrocznego Jay'a Munly'ego".  

19 czerwca - Queens Of The Stone Age

Gdzie? Torwar, Warszawa
Organizator: Alter Art
Za ile?  178-198 zł


QOTSA na żywo widziałam już dwa razy ale oba razy były na dużych festiwalach (Open'er i OWF), a nigdy nie był to ich samodzielny koncert. Mimo festiwalowych ograniczeń potrafili mnie jednak wciągnąć w to, co robią na scenie. Chociażby poprzez dobre wizualizacje oraz gitarowo-wokalną, czystą energię bez zbędnych udziwnień. Poza tym Josh to miły facet. Chyba że akurat kopie kogoś po głowie.

30 czerwca - Beyoncé and Jay-Z 

Gdzie? Stadion Narodowy
Organizator: Live Nation
Za ile? Beyoncé może wziąć ode mnie wszystkie pieniądze


Czy naprawdę muszę tu cokolwiek pisać? To Beyoncé do cholery!

I Jay-Z. Będzie tam też Jay-Z. 
Czytaj dalej »

wtorek, 28 marca 2017

Blonde Redhead - wywiad w musicnow.pl i garść koncertowych wrażeń

0
W marcu na łamach musicnow.pl ukazał się mój wywiad z Amedeo Pace, gitarzystą Blonde Redhead, którzy dali koncert w warszawskim klubie Proxima 16 marca, dokładnie w moje urodziny. Rozmowa do przeczytania tutaj.



Sam koncert był naprawdę zaskakującym doświadczeniem. Przyzwyczaiłam się do tego, że nagłośnienie w Proximie pozostawia wiele do życzenia, więc szłam na niego z nastawieniem, że raczej nie uda mi się wychwycić delikatnych melodii ze ściany hałasu, która powstanie po zderzeniu Blonde Redhead z bezlitosnym sprzętem tego klubu.

Okazało się jednak, że Blonde Redhead są w stanie poradzić sobie w każdych warunkach. Dream-popowe w większości kompozycje brzmiały bajkowo, zabierając mnie urodzinowo w trochę inny, zawieszony na jakiejś chmurce świat.

Niejeden zespół może pozazdrościć tej trójce profesjonalizmu, którzy okazali, kiedy okazało się, że choroba Kazu daje się we znaki. Wokalistka i gitarzystka grupy momentami słaniała się na nogach, ale nie zeszła ze sceny i po krótkich przeprosinach kontynuowała występ. Co z tego, że czasami zdarzało jej się nie trafić dokładnie w dźwięk - pokazała, że ma moc.

W wywiadzie Pace wspominał, że ma nadzieję, iż tym razem grupie uda się przekazać na scenie wszystko to, co by chcieli (inaczej niż na ich poprzednim występie w Polsce na OFF Festivalu gdzie, jak stwierdził, to się nie udało). Ja uważam, że się udało.
Czytaj dalej »

wtorek, 25 listopada 2014

Niezłe Sztuki: Z otwartą przyłbicą

1
Niezłe Sztuki: Z otwartą przyłbicą: Relacja z koncertu Mykki Blanco w BASENie, 11.11.2014 r. 11 listopada.

Zachęcam do lektury mojego tekstu :)

Czytaj dalej »

sobota, 17 maja 2014

Spokojnie, ale nadal niepokojąco - Michael Gira w Pardon, To Tu

0
Jako, że kilka dni temu w sprzedaży pojawił się najnowszy album Swans, "To Be Kind", postanowiłam przypomnieć swoje spisane jakiś czas temu wspomnienia z koncertów lidera, Michaela Giry, w Warszawie, które odbyły się w marcu tego roku.

Michael Gira zawitał do Warszawy aż na dwa koncerty. Oba odbyły się w tym samym miejscu – klubie Pardon, To Tu. Już kilka miesięcy temu rozegrała się wojna o bardzo ograniczoną ilość biletów – bo jak się okazało wiele osób (w tym ja) postanowiło się wybrać na oba koncerty.

W oczekiwaniu na koncert

Dwa wieczory, mimo prawie takiego samego zestawu utworów (uwzględniając to, że duża część osób przyszła na koncert dwa razy, podczas drugiego dnia Gira dodał do setu dodatkowy utwór „Blind”) nieco różniły się od siebie. Podczas pierwszego Gira znacznie więcej rozmawiał z publicznością, podczas drugiego mniej, ale za to wchodził w ciekawsze interakcje – chociażby takie jak rozdawanie miętówek. Oba koncerty były zagrane bardzo poprawnie, jednak drugi wydał mi się być dużo bardziej emocjonalny – prawdopodobnie przez większą ekspresję okazywaną przez Girę mimiką oraz ciałem. Niestety, trzeba przyznać, że bez zespołu Swans Michael Gira nie robi aż tak ogromnego wrażenia. Owszem, było również głośno (mimo, że sam artysta w pewnym momencie stwierdził, że jest „too loud” i delikatnie ściszył swój jedyny wzmacniacz, co wywołało salwy śmiechu), mrocznie i eksperymentalnie, ale tym razem nie apokaliptycznie i epicko – raczej intymnie, spokojnie. Na pewno wpływało na to także miejsce – malutki klub, w którym ludzie cisnęli się niczym sardynki w puszce (krążą legendy, że niektórzy na tyłach omdleli).

W solowych występach Gira jako głównego instrumentu używa własnego głosu, stawiając przede wszystkim na przekaz tekstowy, mniej zaś na warstwę muzyczną, która momentami była wręcz banalnie prosta w porównaniu do bardzo rozbudowanych kompozycji Swans. Jednak tak ja wspomniałam – zdawać się może, że to o tekst tu głównie chodziło. Jak sam Gira zaznaczył, jest w końcu poetą. I trochę jak nieco zwariowany wieczorek poetycki to wyglądało. Przy czym naprawdę bezbłędny, ekspresywny i hipnotyczny – wątpię, aby ktokolwiek opuścił klub zawiedziony. Tym bardziej, że po każdym z koncertów Gira poświęcił każdemu zainteresowanemu rozmową i wymianą poglądów kilka minut.

Ja i Michael Gira po pierwszym koncercie w Warszawie

W setliście znalazły się zarówno covery Swans jak i utwory z albumów solowych bądź stworzonych przy okazji innych projektów. Było trochę nowszych kawałków jak „Jim” oraz starszych jak „Love Will Save You”. Wszystko ładnie się komponowało i nie sposób było oderwać oczu (i uszu) od sceny bądź choć przez moment się nudzić. Dlatego też na sali dało się wyczuć naprawdę duże skupienie – poza pewnym momentem wieczoru pierwszego, kiedy jedna ze słuchaczek odebrała telefon i podczas ciszy między utworami wszyscy usłyszeliśmy głośne „TAK, MOGĘ”. Aż dziwne, że nie została poraniona uzbrojonymi w lasery spojrzeniami całego tłumu. Przed kolejnym koncertem organizatorzy wystosowali ogłoszenie, aby telefony bezwzględnie wyłączyć.

Podsumowując – było zadowalająco, interesująco i inaczej niż zwykle. Muzyka Giry tak jak i Swans jest trudna, dlatego na pewno byli tacy, dla których wysiedzenie tej półtorej godziny mogło okazać się wyzwaniem. Jednak wierni fani talentu muzyka na pewno są zachwyceni. Pozostaje jedynie czekać na koncert całego zespołu w naszym kraju, który już w październiku na festiwalu Unsound w Krakowie.

Ja i Michael Gira po drugim koncercie w Warszawie
Czytaj dalej »

czwartek, 2 stycznia 2014

NAJlepsze koncerty w 2013

0
Mamy styczeń. Styczeń to nie tylko czas świąt, ale również czas podsumowań mijającego roku. Stąd pozwoliłam sobie na moje własne podsumowanie tego co najlepsze w 2013. Jak to u mnie - w muzycznym stylu.

NAJlepsze koncerty
1. Nick Cave and the Bad Seeds na Heineken Open'er Festival, jak również w każdym innym miejscu na globie - po prostu perfekcyjny. Rozpisywałam się już na ten temat tu, tu i tu, jeśli ktoś jest ciekaw.


2. Swans w Stodole - 16 marca 2013, moje 23 urodziny i mój kochany apokaliptyczny zespół. Swego czasu moja recenzja tego koncertu znalazła się tu.


3. KoRn na Impact Festival - Head po raz pierwszy w składzie po powrocie na łono kapeli.

fot. Paweł Wegner, mmwarszawa.pl

4. Rammstein na Impact Festival - ogień, ogień i jeszcze raz ogień.
5. Godspeed You! Black Emperor na Off Festivalu - mistrzowie dźwięku i oprawy, słów brak. Kilka słów ode mnie na temat całego Offa znajdziecie tu.


6. Roger Waters na Stadionie Narodowym - show totalne, tak samo jak album The Wall. Moja relacja z tego wydarzenia do przeczytania tutaj.


7. The Offspring na Orange Warsaw Festival - głównie ze względu na gimnazjalny sentyment, ale też na wciąż tlącą się w tych panach punkową iskrę.


8. Elementary Penguins na Popronde - przyjemne, holenderskie i z przytupem.


9. Goat na Off Festivalu - ci szamani przywołali pierwszy deszcz w trakcie tych kilku gorących katowickich dni. Ponownie odsyłam do mojej relacji z Offa.
10. Zbigniew Wodecki with Mitch & Mitch na Off Festivalu - za pozytywne zaskoczenie roku. Kilka słów na ich temat znalazło się również we wspomnianej relacji z Off Festivalu.


11.Steve Reich na Open'er Festival - klasyczna magia, trochę gorsza niż zeszłoroczny Penderecki, ale nadal zachwycająca. Moja relacja z Open'erowych koncertów znajduje się pod tym linkiem.


12. Franz Ferdinand na Coke Live Music Festival - bo jak ich tutaj nie lubić.
13. Florence and the Machine również na powyższym - bo całkiem ładnie to wyszło, chociaż nie nazwałabym tego wydarzeniem muzycznym dziesięcioleci, jak to proponują forsować niektóre portale.
14. Paradise Bangkok Molam International Band na Off Festivalu - bo nigdzie nie bawiłam się tak wesoło jak tam. Relacja, jak już pisałam, tu.


15. Gogol Bordello w Stodole - za slowiański żywioł


16. Retro Stefson w Powiększeniu - za energię i optymizm


17. Patrick Wolf w Palladium - za emocje, które niestety panu Wolfowi nie udały się na koncercie na pierwszym dniu Offa - a szkoda...


+ bonus - Jelonek zawsze daje radę. W tym roku na beznadziejnych Ursynaliach też.


Oczywiście w minionym roku koncertów odbyło się wielokrotnie więcej i o każdym, na którym byłam mogłabym napisać parę dobrych (bądź złych) słów. Jednak te przyszły mi na myśl jako pierwsze, kiedy myślałam o najlepszych. A jak Wy podsumujecie koncertowy rok 2013? 

Czytaj dalej »

środa, 20 listopada 2013

Niezłe Sztuki: Dinozaury w Amsterdamie - relacja

0
Niezłe Sztuki: Dinozaury w Amsterdamie - relacja

Pod tym linkiem znajdziecie moją relację z pierwszego koncertu Cave'a w Amsterdamie. Przy okazji dodam, że drugi, 17 listopada, był zupełnie inny (co oczywiście jest dobre). Energia tłumu poniosła Nicka, który był niczym zwierzę. Rzucał się na tłum i na podłogę, setlista została uzupełniona o bardziej energiczne kawałki i muzyczne zaskoczenia, a na koniec Nick uronił nawet łezkę dziękując z całego serca.

Dodaję jeszcze jedną fotkę z pierwszego koncertu, na której widać opisywany przeze mnie kilka postów wcześniej moment mego kontaktu z panem Jaskinią:
Oraz zdobytą na drugim koncercie setlistę (której zespół w ogóle się nie trzymał): 


Czytaj dalej »

wtorek, 5 listopada 2013

Fangirl Memories: Nick Cave and the Bad Seeds w Amsterdamie

0
Jako że mój blog to rzecz bardziej osobista niż pismo muzyczne w tym miejscu podzielę się bardziej emocjonalnymi doświadczeniami wczorajszego koncertu Nicka Cave'a and the Bad Seeds, a porządna recenzja muzyczna ukaże się niedługo (może gdzieś indziej - jeśli tak na pewno znajdziecie link na moim blogu).

Tego, że show było muzycznym cudem, a Nick Cave to sceniczna bestia i absolutny mistrz kontaktu z publiką chyba mówić nie muszę. Przejdę więc od razu do przeżyć, które można by nazwać "Spełnione marzenia koncertowej dziewczynki".

Przezornie ustawiłam się pod mini-podestem z lewej strony sceny (wiedząc, że to właśnie na niego będzie wskakiwał mistrz ceremonii). I to co tam przeżyłam było absolutnie niesamowite. Zacznijmy od tego, że na początek pan Cave zdeptał moją wiszącą na barierce kurtkę. Błyskawicznie zdjęłam ją kiedy tylko przeszedł dalej, żeby następnym razem się nie poślizgnął. I słusznie, bo jego lśniące lakierki ponownie wylądowały na barierce, a tłum (w tym ja) przytrzymywał go za łydki, aby nie spadł. To jednak nie koniec interakcji z panem Jaskinią. Za jakiś czas, śpiewając "Higgs Boson Blues" przy wersie "Can you feel my heartbeat?" złapał za dłoń jedną z dziewczyn w pierwszym rzędzie i przyłożył do swojego serca (a dokładnie spoconej koszuli, ale to i tak całkiem romantyczne). Potem przyszła kolej i na moją dłoń w takich okolicznościach co oczywiście zagwarantowało banan na mojej twarzy (mówcie, co chcecie - zawsze będę się emocjonować spotkaniami trzeciego stopnia z moimi idolami). Z kolei na jednym z moich utworów numer jeden z zasobów The Bad Seeds, czyli "Papa Won't Leave You, Henry" Nick ponownie ochoczo wskoczył na podest i od razu pochwycił moją uniesioną w górze dłoń, którą trzymał tak przez jakiś czas wykonując swoje charakterystyczne podskoki. Za chwilę śpiewał wprost do mnie. Wskazując na mnie dłońmi i patrząc mi prosto w oczy (co zresztą działo się też wcześniej).

Nie jestem nawet pewna czy pamiętam wszystkie te drobne momenty. Jedno jest pewne - przez większość koncertu Cave stał tuż nade mną bądź w bliskich okolicach. Tak blisko, że nieraz musiałam zadzierać głowę aby obserwować jego twarz oraz niesamowitą sceniczną ekspresję. Nick jak zwykle pozamiatał. Muzycznie, choreograficznie, teatralnie, autoprezentacyjnie (dowcipkowanie i flirtowanie z publiką nie miało końca - od tekstów o cholernych Iphone'ach wplecionych w piosenki, przez pozowanie do zdjęć i dialogi z ludźmi z tłumu aż do dedykowania pieśni dziewczętom), na każdy sposób. Nie można praktycznie wskazać błędu w tym co działo się przez ponad dwie godziny w Heineken Music Hall. Łzy w oczach, emocje, a przede wszystkim niesamowite przeżycia podczas słuchania mistrzowskiej muzyki. Oby więcej takich koncertów w przyszłości.

Jak wspomniałam na początku - oczekujcie profesjonalnej muzycznej recenzji niedługo (a jest o czym pisać! Między innymi o zagranym na koniec zupełnie nowym kawałku!). A tymczasem pozwolę sobie ochłonąć.

Poniżej zamieszczam beznadziejnej jakości, ale za to zrobione przeze mnie, zdjęcia:


P.S. Oprócz koszulki z trasy (które kolekcjonuję) zakupiłam tym razem również cudowną... ścierkę do naczyń. Taki merchandise może mieć tylko Nick Cave. Oto ona: 

Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia