środa, 19 kwietnia 2017

To już koniec "Girls" - pierwsze wrażenia (SPOILER ALERT!)

0
Serial "Girls" definitywnie się zakończył, prezentując nam w ostatnim odcinku Hannah zmagającą się z trudami macierzyństwa oraz umierającą przyjaźnią z Marnie. Bez żadnego specjalnego godzinnego odcinka, bez fajerwerków, po prostu nastąpił koniec.


Filmowa produkcja Leny Dunham była kiedyś jednym z moich ulubionych seriali, co zmieniło się potem, kiedy zauważyłam, że wiele prezentowanych w nim problemów jest nieco oderwanych od rzeczywistości, a bohaterki często mają klapki na oczach. Jednak miał on wiele elementów, które na pewno były (i są) ważne dla pokolenia białych i wykształconych feministek-millenialsów, które parę lat temu dopiero odkrywały czym właściwie jest feminizm. Poza tym bardzo często był on po prostu dobrze napisaną i zabawną fabułą, która dodatkowo przekazywała widzom kwestie do tej pory nieporuszane w mainstreamie. Momentami był to nawet serial pokolenia dzisiejszych prawie 30-latków "z dużych ośrodków", a wtedy dwudziestoparolatków, zagubionych na początku swojej drogi.

Skupmy się jednak na ostatnim sezonie "Girls". Nie jestem chyba jedyną osobą na ziemi, która tym, w jaki sposób serial się zakończył, była zawiedziona. Co prawda Hannah po raz chyba pierwszy w serialu starła się z całkiem poważnymi problemami - między innymi niechcianą ciążą, ale też traumą związaną z molestowaniem seksualnym - ale ogólnie szósty sezon był chyba pisany na kolanie. No, oprócz trzeciego odcinka, który był jednym z najlepszych odcinków serialu w ogóle. Odważnie prezentował to, czym jest cienka granica między zgodą, a jej brakiem, zaprezentował nam trochę trudnej przeszłości głównej bohaterki i pokazał trudne relacje oparte na władzy. Zbudowany niczym sztuka teatralna odcinek naprawdę błyszczał na tle pozostałych.

Wiele wątków zaczyna się tylko po to, żeby nie być w żaden sposób kontynuowanymi (np. budowana przez kilka odcinków przemiana Elijah, który postanawia jednak podążyć za marzeniem i wziąć udział w castingu do musicalu, która po prostu urwała się po tym, jak rolę dostał; czy też wątek dziennikarskiej kariery Hannah), a wiele decyzji bohaterów jest co najmniej dziwnie motywowanych. Czasami miałam wrażenie, że Dunham chce po prostu wyciągnąć z rękawa ostatnie tematy tabu, których jeszcze nie poruszyła (molestowanie, granica między gwałtem a zgodą, gentryfikacja, niechciana ciąża, czy też seks w ciąży) i upchać je w jeden mało zgrabny sezon swojego serialu.

Serialu nie da się też oderwać od samej Dunham, która regularnie komentuje go np. na fanpage na Facebooku. I w tych internetowych rozważaniach pojawiły się co najmniej niepokojące wątki. Między innymi po odcinku, w którym Hannah po raz ostatni próbuje stworzyć relację z Adamem (swoją drogą - co to właściwie było? I po co to było?). Lena wyciągnęła z niego między innymi wniosek, że zbuntowana Jessa, która wpada w odcinku w nagłą i skrajną rozpacz (która objawia się między innymi wyjście na ulice Nowego Jorku tylko w spodniach i górze od bikini, bo przecież to takie szalone) po prostu "jak każda kobieta tak naprawdę pragnie jakiejś tradycyjnej relacji". Nie, Leno. Po prostu nie. Wydawałoby się, że tak głośno mówiącej o swoim feminizmie dorosłej dziewczynie nie trzeba tłumaczyć, czemu to zdanie jest głupie.


No i największa bolączka ostatniego sezonu - gdzie, do cholery, jest Shoshanna?! Traktowana przez większość ostatnich odcinków jak narzędzie Shosh (np. narzędzie do wprowadzenia związku Raya i Abigail, co swoją drogą było jednym z udanych posunięć ostatniego sezonu) właściwie znika. A szkoda, bo naprawdę rozwinęła się jako postać od pierwszego odcinka i była chyba jedyną, która miała zadatki na odpowiedzialnego dorosłego. Pod koniec piątego sezonu wróciła z Japonii i z powodzeniem rozkręciła biznes według własnego pomysłu. Jednak ten bardzo interesujący wątek okazał się chyba mniej interesujący niż złamanie takiego tabu jak seks w ciąży, czy po raz kolejny w swoim życiu wykolejona Jessa, bo właściwie nie był kontynuowany w szóstym sezonie. Shosh ma większą rolę tylko w drugim odcinku, kiedy wygarnia Jessie o co ma do niej żal. Potem jest, jak pisałam, narzędziem - głównie potrzebnym dla rozwoju Raya, który dzięki niej odwiedza swojego współpracownika i znajduje go martwego, pośrednio dzięki niej zrywa z Marnie i dzięki niej znajduje nową miłość. Dla samej Shosh nie zostało już w serialu wiele - w przedostatnim odcinku widzimy, jak jeszcze niedawno niezależna biznesmenka pojawia się nagle z nowym mężczyzną (swoim drogą Azjatą, bo chyba Dunham chciała w ostatnim rzucie nieudolnie zawalczyć o intersekcjonalność, o której zapomniała wcześniej) i szczebiocze o zaręczynach niczym o najważniejszym osiągnięciu jej życia, obracając się w towarzystwie wypolerowanych dziewczyn w drogich sukienkach. Ech.

Tym samym trochę słodko-gorzko żegnam się z "Girls". Dunham po ostatnim odcinku zaapelowała na Instagramie, żeby opowiadać historie kobiet. Jak najbardziej jestem za.

Czytaj dalej »

wtorek, 18 kwietnia 2017

Tommy Cash - relacja w musicnow.pl

0
fot. Michał Wagner/Impression
W musicnow.pl w zeszłym tygodniu ukazała się moja relacja z koncertu Tommy'ego Casha w warszawskiej Hydrozagadce 7 kwietnia.

Możecie ją przeczytać tu.
Czytaj dalej »

środa, 12 kwietnia 2017

Kwiecień w Bullet Journal

0
Post udostępniony przez Martyna Nowosielska (@tinex90)

Kwiecień już prawie w połowie, czas najwyższy podzielić się kolorami tego miesiąca w moim bullet journal.

Jak już pisałam wcześniej, od kwietnia używam nowego notesu - Leuchtturm1917 medium w kolorze limonki. W związku z tym staram się też dbać o to, aby moje planowanie i "pamiętnikowanie" wyglądało trochę estetyczniej niż do tej pory.

Po raz pierwszy zdecydowałam się na stronę otwarciową dla konkretnego miesiąca. Nie jestem mistrzem rysowania, ale udało mi się stworzyć w miarę znośne otwarcie kwietnia.



Wprowadziłam też zasadę wybierania kilku konkretnych kolorów miesiąca. W przypadku kwietnia wiosennie - zieleń i róż. Te kolory stosuję do ozdabiania dniówek, habit trackerów (śledzików, jeśli ktoś woli polską nazwę) i innych kolekcji. 

Na początku kwietnia było jeszcze słonecznie...
Plany na miesiąc ozdobione nalepkami kupionymi przez appkę Wish

Warto codziennie za coś dziękować

Kolorowy tracker




Post udostępniony przez Martyna Nowosielska (@tinex90)

Wiosenne kolory i tematy staram się też uwzględniać w coraz częściej dodawanych przeze mnie do dziennika naklejkach oraz taśmie washi - na ten miesiąc wybrałam złoto-miętową taśmę z Tigera. 


Każdemu zdarzają się pomyłki ;)
Na koniec chciałam wam zaprezentować nowy tracker. Zainspirowana pomysłami na tracker snu w internecie dodałam go również u siebie, a pod nim tracker biegania własnego projektu. Właściwie dopiero rozpoczynam przygodę z bieganiem (poza jednym razem kiedy po zakładzie z ojcem przebiegłam 5 km w Biegu Powstania Warszawskiego w trampkach po mokrej nawierzchni i naderwałam ścięgno Achillesa). Nie dziwcie się więc, że wyniki są raczej słabe ;) Ale przynajmniej jest motywacja! 

No cóż, nie sypiam zbyt dobrze

 A jak u was wygląda kwiecień w bullet journal? Jakich kolorów i kolekcji używacie?
Czytaj dalej »

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Bullet Journal - migracja do nowego notesu

0
Post udostępniony przez Martyna Nowosielska (@tinex90)


Na koniec marca skończyłam mój pierwszy bullet journal. Robiony trochę na próbę, w kropkowanym notatniku z Tigera, który kupiłam za zaledwie 15 zł. Na początku, przyznam, wyglądało to koszmarnie.

Początki zawsze są trudne...
Potem dałam się niecowciągnąć i zaczęłam trochę na oślep oblepiać swój bujo taśmą washi oraz rysunkami.

Tak, tak, inspirujące cytaty z Die Antwoord...

Kiedy zauważyłam, że notatnik kończy się w marcu, od kwietnia postanowiłam zacząć dziennik w porządnym notesie. Postawiłam na popularny wśród prowadzących Bullet Journal kropkowany Leuchtturm1917 w rozmiarze medium. Notes okazał się dużo grubszy niż się spodziewałam (ma 249 stron o wymiarach 145 x 210 mm) i niestety dość mocno prześwituje. Od niedawna oprócz tanich flamastrów z Tigera używam również kolorowych cienkopisów Stabilo, które dostałam w prezencie od męża - i to zwłaszcza one przebijają na drugą stronę (chociaż same w sobie bardzo dobrze mi służą).

Mój nowy Leuchtturm1917 w kolorze limonkowym

Przygotowałam sobie już pierwsze strony mojego nowego dziennika - indeks, klucz, stronę otwarciową, future log (czy też po prostu kalendarz :)), year in pixels (z którego korzystam od marca, te dane migruję z poprzedniego dziennika, podobnie jak inne ważne kolekcje).

Post udostępniony przez Martyna Nowosielska (@tinex90)


Jak widać wciąż nie jestem specjalistą w kaligrafii, ale tworzenie ładnych literek sprawia mi przyjemność, więc na razie nie przejmuję się bardzo efektem ;). Za to zakochałam się w ozdabianiu BuJo naklejkami i powoli zaczynam je do notesu wprowadzać - o tym skąd je biorę napiszę kiedyś w osobnym poście, bo historia jest dość ciekawa.



A wy jakie elementy wprowadzacie na początku swoich nowych notesów? Podzielcie się w komentarzach.
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia