sobota, 30 listopada 2013

Myślicie, że rower to bezpieczny sport?

0
Historia moich wypadków na rowerze niedługo stanie się tematem na osobnego bloga. Jednak spróbuję póki co moje doświadczenia ograniczyć do jednej notki, która ma być przestrogą dla tych, którzy sądzą, że w przeciwieństwie do sportów takich jak jazda na nartach bądź łyżwiarstwo jazda na rowerze to sport pozbawiony ryzyka kontuzji.

Zacznijmy od tego, że niektóre upadki kontuzjami się nie kończą, np. kiedy po wkręceniu się sznurówek w łańcuch (tak, sznurówki i szerokie spodnie to coś na co na rowerze należy uważać - spodnie najlepiej spinać spinkami bądź agrafkami po boku, zaś sznurówki po prostu mocno zawiązać a dyndające części włożyć do buta) upadłam z takim impetem na wiadukt, że aż cały się zatrząsł. Ale nic mi się nie stało. Innym razem po zderzeniu z jadącym z naprzeciwka rowerzystą skręciła się jedynie kierownica w moim rowerze.

Jednak zderzenie z kimś może również zaowocować poważniejszymi obrażeniami, tak jak wtedy kiedy złamałam sobie mały palec u prawej dłoni, po tym kiedy mój znajomy stracił panowanie nad rowerem i z dość dużą prędkością wjechał we mnie a następnie razem z rowerem przewrócił się na mnie (i mój rower). Wydawało się to błahe, ale kiedy musiałam spędzić kilka dni podróżując codziennie do holenderskiego szpitala, następnie przejść operację z prawdziwego zdarzenia, a na koniec przez cztery tygodnie nie móc używać prawej dłoni pod prysznicem (bo opatrunek nie może się zamoczyć) uznałam, że faktycznie niefajnie złamać palec. Poznałam za to holenderskie szpitale publiczne, które oczywiście wyglądają jak te prywatne w Polsce, a na operację czekałam dosłownie jeden dzień (warto dodać, że zanim dotarłam do szpitala szukałam porady u lokalnego lekarza - kiedy zajechałam na miejsce, zobaczyłam budynek z mini farmą, na której były kozy i kucyki - nie byłam pewna czy może nie trafiłam do weterynarza). Holenderska służba zdrowia to jest to.

Przy okazji owego wypadku nie obyło się bez zadrapań na dłoniach, łokciach i twarzy, ale to nic przy męce spowodowanej nieszczęsnym palcem, który pod opatrunkiem po operacji wyglądał tak:

Tak, tak - to co widzicie to wbite w kość dwa długie gwoździe, które znajdującymi się kawałek dalej obcęgami były wyciągane bez znieczulenia, kiedy już kość się zrosła (kawałek się odłamał). 

Przejdźmy jednak do mojego spektakularnego wypadku numer dwa, który wydarzył się całkiem niedawno. Jadąc na bagażniku roweru wyraźnie upominałam kolegę, aby zaczął hamować przed zjazdem w dół. Niestety, mój rower (na którym jechał), w przeciwieństwie do tego, którego używa na co dzień, ma hamulce w pedałach, nie zaś na kierownicy. Oczywiście możecie się domyślić co za chwilę się stało. Kraksa. Spadając na ziemię uderzyłam brodą w betonowy słup i obiłam sobie kolana. Błyskawicznie podbiegła do nas obca kobieta (mimo późnej pory) oferując wodę i swój własny rower (!), abyśmy mogli bezpiecznie dojechać na miejsce. Kolega z oferty pożyczenia roweru i oddania kluczy następnego dnia nie skorzystał tylko udał się do autobusu, a ja po dojściu do siebie i sprawdzeniu czy wszystko w moim ciele działa wsiadłam na rower i dojechałam do akademika (ok. 5-6 kilometrów). Dopiero na miejscu zauważyłam jakich zniszczeń dokonał ten feralny upadek. Zdejmując szalik zobaczyłam, że jest cały we krwi. Ok, czyli jednak dość mocno obiłam ten podbródek. Zdejmując spodnie zaś ujrzałam swoje kolana całe pokryte zadrapaniami i sińcami oraz obolałe z każdej strony (podobnie jak niektóre inne części ciała, takie jak ramiona). Cieszyłam się jednak, że tym razem chyba nic nie złamałam, zaś krew lejącą się z malutkiego rozcięcia na podbródku dość szybko udało się zatamować. Z tego wynika jedna lekcja - choć wcześniej jeżdżenie na bagażniku zawsze było bezpieczne, czas z tym skończyć. 

Wygląd moich kolan po upadku numer dwa (jako że rana na podbródku mimo obfitego krwawienia nie wygląda w ogóle spektakularnie): 
Ostatnio moje kolana tak wyglądały po koncercie Atari Teenage Riot w Progresji, kiedy obijałam się nogami o brzeg sceny (bo nikt nie pomyślał o barierkach).

Najdziwniejsze jest to, że przy każdym z tych wypadków bardziej martwiłam się o powykręcane bądź zniszczone części roweru, jako że to mój jedyny środek transportu, niż o siebie. Będąc w szpitalu poza przejmowaniem się tym, że leżę tam zupełnie sama, mając przejść pierwszą w życiu operację, podczas kiedy przy wszystkich stoją bliscy (pomógł nieco bezprzewodowy internet, który pozwolił na kontakt z rodziną i chłopakiem przez skype) moim głównym problemem było to, że nie mogłam do niego dojechać rowerem, ani że nie będę mogła nim wrócić (ze szpitala odebrała mnie autobusem moja szkocka znajoma jako że nie dałabym rady wrócić z bezwładną prawą ręką, zaczynając od pretensji, że nic jej nie powiedziałam kiedy mam operację, bo przecież by ze mną pojechała i mnie wspierała - ja jednak nie chciałam nikogo narażać na wstawanie przed ósmą rano. Później zaopiekowała się mną przygotowując mi kolację). Cóż, mieszkając w Holandii ma się nieco inne priorytety. 

Nadal myślicie, że jeżdżenie na rowerze jest bezpieczne? Nie jest. Zwłaszcza jadąc z kimś - bo wszystkie moje przykre zdarzenia zostały spowodowane przez osoby trzecie... Miejmy nadzieję, że to koniec serii. 
Czytaj dalej »

środa, 20 listopada 2013

Niezłe Sztuki: Dinozaury w Amsterdamie - relacja

0
Niezłe Sztuki: Dinozaury w Amsterdamie - relacja

Pod tym linkiem znajdziecie moją relację z pierwszego koncertu Cave'a w Amsterdamie. Przy okazji dodam, że drugi, 17 listopada, był zupełnie inny (co oczywiście jest dobre). Energia tłumu poniosła Nicka, który był niczym zwierzę. Rzucał się na tłum i na podłogę, setlista została uzupełniona o bardziej energiczne kawałki i muzyczne zaskoczenia, a na koniec Nick uronił nawet łezkę dziękując z całego serca.

Dodaję jeszcze jedną fotkę z pierwszego koncertu, na której widać opisywany przeze mnie kilka postów wcześniej moment mego kontaktu z panem Jaskinią:
Oraz zdobytą na drugim koncercie setlistę (której zespół w ogóle się nie trzymał): 


Czytaj dalej »

poniedziałek, 18 listopada 2013

Holenderskie miasta: Rotterdam

0
Podczas swojego pobytu w Holandii odwiedziłam wiele miast poza Nijmegen, takich jak Maastricht, Utrecht, Tiel, Arnhem, Haga, Eindhoven, Amsterdam (chociaż w tym przypadku nie udało mi się za bardzo pozwiedzać jeszcze, do tej pory widziałam tylko dwukrotnie tą samą halę koncertową, a w niej dwa razy Nicka Cave'a). I wszystkie te miasta i miasteczka miały w sobie podobny urok, który tworzą holenderskie domki, stare budynki, małe uliczki i tysiące rowerów. Korzystając z wycieczki organizowanej przez Radboud University postanowiłam wybrać się do Rotterdamu. Holenderscy studenci ostrzegli mnie co prawda: "Nie jedź tam, Niemcy tam byli i zrobili swoje. Nie spodoba ci się to miasto", ale nie zraziło mnie to. Cóż, po powrocie mogę stwierdzić jedno - mieli rację.

Rotterdam ze swoimi drapaczami chmur i ruchliwymi ulicami, przeszklonymi biurowcami i centrami handlowymi na pierwszy rzut oka skojarzył mi się z Warszawą. Szaro, wszystko co mnie otaczało było wielkie i czułam, że za chwilę się zgubię (co zwykle zdarza mi się w stolicy, a nie zdarza się w Nijmegen z oczywistych powodów - wielkości). Nad miastem w wielu miejscach wznoszą się metalowe konstrukcje znajdujące się w licznych małych portach, które zwiększają poczucie chłodu. Smutny obraz mini-metropolii (Rotterdam to duże miasto, ale jednak nie aż tak duże) uzupełniała mgła i mroźny wieczór. Jedyne ładne budyneczki znajdowały się po drugiej stronie rzeki (nad którą oczywiście wisiały majestatyczne, stalowe, zimne mosty), tworząc ładną panoramę znacznie odróżniającą się od reszty (podobnie jak warszawska starówka). Zawiódł nawet Ratusz mający być jednym z najładniejszych budynków miasta. Słynne cube-houses (zdjęcia poniżej) w środku były skrajnie depresyjne i klaustrofobiczne. Po szybkim przejściu przez wszystkie "atrakcje" miasta udałam się do chińskiej knajpy i tam czekałam na bus powrotny nie chcąc się już mierzyć z tym miastem. Marzyłam o jak najszybszym powrocie do Nijmegen.

Miasto zwiedzałam z moją znajomą Liwen. Niemal cały czas narzekałam na to, jak bardzo nie podoba mi się to miejsce i jak inne jest od pozostałych holenderskich mieścin. I wtedy Liwen zauważyła "To dlatego, że tu były bombardowania podczas drugiej wojny. Musieli wszystko zbudować od nowa". Słowa Holendrów sprzed mojego wyjazdu nabrały sensu. Sensu nabrało też porównanie z Warszawą. I nagle zrobiło mi się żal znienawidzonego Rotterdamu. Tak samo jak zawsze żal mi Warszawy, która stanęła przed wyborem - dać zmieść miasto z powierzchni ziemi i postawić się czy się poddać? Wybór tutaj wydaje się oczywisty, za co miasto zapłaciło dzisiejszym wyglądem.

Poza tym zaczęłam też rozmyślać o moim powrocie do domu. Jak trudno będzie się znowu przestawić na życie w dużym mieście. Mieszkając na przedmieściach zawsze mam miejsce gdzie mogę odetchnąć, ale mimo wszystko przeżyję szok po powrocie z malutkiego Nijmegen. Poza tym intensywnie myślę o przeniesieniu się w najbliższym czasie w okolice centrum. Co naturalnie zmusi mnie do staczania walki z wielkim miastem dzień w dzień. Jestem jedną z tych osób która wolałaby wracać do przedmieściowej albo małomiasteczkowej oazy. Ale bez samochodu to dość trudne, czego już doświadczam przez kilkanaście lat.

Ja w depresyjnym cube house

Rotterdam

Cube houses

"Ładna" część miasta

Widok z cube house

Cube house

Przykład architektury Rotterdamu

Zdjęcia wykonała Liwen Wang, więcej jej cudownych obrazków możecie znaleźć na jej koncie Flickr.

Czytaj dalej »

piątek, 15 listopada 2013

10 rzeczy, których o Holandii nie wiecie (raczej)

0
1. Holendrzy przeklinają za pomocą nazw chorób, trochę przypomina to naszą "cholerę". O ile brzmi to naprawdę strasznie, kiedy mówią "Obyś dostał raka!" to wykrzykiwanie "O rak!" po uderzeniu stopą w szafkę jest już całkiem zabawne.
2. Holendrzy twierdzą, że każdy budynek budowany przez Polaków za dwa lata będzie musiał być budowany na nowo. Na szczęście część jest pewna, że to dlatego, że najlepsi pracownicy po prostu zostają w ojczyźnie.
3. Część Holendrów sądzi, że stolica powinna zostać przeniesiona do Hagi.
4. Większość produktów dostępna w sklepach jest już w połowie gotowa. Chcesz coś upiec od zera? Sorry, Holendrzy nie mają tego w zwyczaju.
5. Marihuana nie jest w Holandii legalna. Jeśli jednak już ją posiadasz, nie zostaniesz skazany.
6. Jazda na rowerze po alkoholu jest karana tylko w skrajnych przypadkach.
7. Piwo jest niemalże we wszystkich pubach i klubach sprzedawane w tak śmiesznie małych rozmiarach, że można wręcz mówić o piciu piwa na shoty.
8. Holendrzy nie są zbyt wielkimi przyjaciółmi Niemców, jednak większość z nich uczy się niemieckiego z powodów czysto pragmatycznych. Co bardziej romantyczni stawiają na francuski.
9. W McDonaldach nie dostaniecie tu shake'a czekoladowego, za to inne smaki jak najbardziej. Po czekoladowy skierujcie kroki do Burger Kinga (który oferuje je również w kilku innych smakach, podczas kiedy w Polsce w ogóle nie ma ich w menu).
10. Mimo powszechnie dostępnego zioła Holendrzy mają dużo zdrowszy tryb życia niż Polacy. Uwielbienie dla sportu widać wszędzie (jego uprawianie zwykle niewiele kosztuje, poza tym każdy jeździ na rowerze bez przerwy, a wielu Holendrów dodatkowo biega). Poza tym w sklepach nie znajdziemy praktycznie w ogóle "ciężkiego" alkoholu, a w ramach przekąsek w kioskach możemy znaleźć zapakowane w foliowe torebki pokrojone marchewki, jabłka, brzoskwinie i inne owoce i warzywa.
Bonus 11 - Holendrzy w zagrodach w parkach miejskich trzymają takie zwierzęta jak owce, kury, kozy. Bo czemu by nie. Poniżej zdjęcia.




(A to ja. Poniżej to nie ja) 




Czytaj dalej »

poniedziałek, 11 listopada 2013

Jak kupić rower w Holandii? - Poradnik

0

Wiele osób wybierając się do Niderlandów sądzi, że znajdzie tam swój wymarzony (i tani) rower. Owszem, Holandia rowerami stoi, ale trzeba pamiętać o kilku podstawowych faktach, jeżeli wybieramy się na polowanie na dwa kółka.
  1. Nie nastawiaj się, że kupisz piękny, nowy, a najlepiej jeszcze designerski rower w niskiej cenie. Niestety trzeba będzie stanąć przed wyborem – czy rower ma być ładny czy tylko funkcjonalny (i tani). Jeśli masz duży zapas gotówki to oczywiście możesz się zdecydować na to pierwsze. Wtedy ceny rowerów zaczynają (podkreślam – zaczynają!) się od 100 euro. Ja zdecydowałam się na tą drugą opcję i póki co jestem zadowolona (rower wydaje czasami dziwne dźwięki i gubi niektóre części, ale jeździ, a to przecież najważniejsze). Jeśli decydujesz się na opcję pierwszą nie ma właściwie po co dalej czytać, po prostu idź do któregokolwiek sklepu i wybierz co chcesz, przecież cię stać. Dla zwolenników opcji drugiej – polecam przeczytanie kolejnych podpunktów.
  2. Tanią, używaną holenderkę możemy kupić nawet za 50 euro, dobry i funkcjonalny rower tego typu nie powinien przekroczyć ceny 100 euro. Aby taki rower znaleźć musimy udać się do któregoś z komisów rowerowych (warto o nie popytać miejscowych, poszukać w internecie albo rozejrzeć się po mieście). Czasami można też przejrzeć oferty w internecie, możemy tam znaleźć rowery nawet poniżej ceny 50 euro – zwłaszcza na forach studenckich, na których opuszczający miasto studenci sprzedają swoje rowery.
  3. Kiedy już udamy się do takiego komisu możemy zacząć rozglądać się za konkretną maszyną. Czasami są podzielone wg cen, co ułatwia poszukiwania. Rozpoczynając szukanie roweru w komisie musimy przygotować się na jedno – nie znajdziecie tu ładnego sprzętu. Nie będzie czym poszpanować na polskich ulicach (chyba, że uznajecie że jazda na zdezelowanej holenderce to właśnie to, bo ja tak właśnie myślę i swój rower zabieram do kraju). Jeśli więc znajdziecie coś co nie jest bardzo zardzewiałe, odpowiada wam kolorem itd. to można przejść do następnych punktów.
  4. Sprawdź czy rower ma odpowiednią wysokość dla ciebie i czy jeździ (to już ponad połowa sukcesu). Sprzedawca powinien wyrazić zgodę na krótki przejazd ulicą. Przy tej okazji warto sprawdzić działanie hamulców (w rowerach holenderskich najczęściej znajdują się one w pedałach, nie na kierownicy, co może być utrudnieniem dla polskiego użytkownika) oraz czy wygodnie się nam na nim siedzi.
  5. Sprawdź jakie części rower posiada, a jakie trzeba będzie dokupić. Czasami gorzej wyglądający rower może być nieco droższy właśnie ze względu na to, że nie trzeba go będzie uzupełniać. Takie części to:
- lampki - obowiązkowe w Holandii, mandat za ich brak po zmroku to ponad 50 euro. Ich uzupełnienie jest jednak łatwe – w prawie każdym supermarkecie można zakupić małe lampki za ok 3 euro za parę, które jednak należy dość często wymieniać – zwłaszcza jeśli zostawi się je na rowerze i ktoś je ukradnie
- bagażnik bądź koszyk z przodu – często jest to po prostu miejsce do umieszczenia skrzynki bądź toreb zakładanych na bagażnik
- osłona na łańcuch - żeby nie brudził spodni – warto żeby był mocno przymocowany i zrobiony z porządnego materiału, mój plastikowy szybko się połamał
- przerzutki - nie tak bardzo istotne w płaskiej Holandii, dlatego holenderskie rowery mają je z reguły tylko trzy bądź wcale
- dzwonek - również łatwy do uzupełnienia
- zamek - Holendrzy używają często najmocniejszego zabezpieczenia jakim jest obręcz do zamykania zakładana na tylne koło. Jeśli w kupionym przez nas rowerze tej części nie ma dokupienie jej będzie nie tylko drogie, ale też czasochłonne w montażu. Jeśli jednak nasz rower wygląda wystarczająco staro wystarczy zakupić za kilkanaście euro gruby łańcuch, który możemy zawiesić na jednym z kół i dodatkowo przymocować rower do stojaka
- nóżka do stania - mój rower jej nie posiada co dość mocno utrudnia parkowanie kiedy miejsca na stojakach się kończą – ale da się temu zaradzić
- siodełko – powinno być wygodne, inaczej należy zakupić ochraniacz (twarde siodełka mogą przedzierać spodnie w niekoniecznie przyzwoitych miejscach). Często rowery w komisach posiadają również cienkie ochraniacze przed deszczem – jeśli tego nie ma, nie przejmuj się – możesz je łatwo zakupić w sklepie bądź zostawić rower na często uczęszczanym parkingu i czekać aż ktoś je na niego założy (zwykle w ten sposób rozprowadza się reklamy). Ostatecznie wycieranie siodełka kawałkiem ubrania bądź chustką też nie jest takie trudne. 
- odblaski - zawsze lepiej być dobrze widocznym, ale lampki powinny załatwić sprawę. 
  1. Warto zwrócić uwagę na markę roweru. Nazwy mogą nam nic nie mówić co często sprawia, że myślimy, że rower jest słaby. Dobre i popularne marki (głównie holenderskie) to między innymi Cumberland, Gazelle, Pegasus czy też Sparta.
  2. Kiedy już zdecydujecie się na dany rower poproście sprzedawcę o dopompowanie opon (zazwyczaj jest to potrzebne) oraz zapytajcie czy jeśli od razu dokupicie do niego części (takie jak zamek, torby) to czy dostaniecie lepszą cenę tych produktów – nie zawsze usłyszycie tak, ale próbować nie zaszkodzi.
  3. Wsiądź na rower i jedź. Jeśli w najbliższym czasie będziesz miał rowerowe problemy zajedź do sprzedawcy – małe naprawy powinien wykonać bez problemu.
Dla mnie holenderskie, stare i zniszczone rowery mają swój urok. Patrząc na ulice Holandii zasadniczo rzadko widuje się błyszczące i nowiuteńkie dwa koła, więc nawet jeśli ktoś wstydzi się jeździć na takim rowerze nie powinien mieć problemu (tym bardziej, że taki rower nie jest przynętą dla złodzieja, nowe rowery znikają dość szybko). Wyróżniać się on może na polskich ulicach (może ktoś was oskarży o kradzież?), ale kto by się przejmował opinią innych, skoro nam taki styl (a przede wszystkim holenderska solidność) odpowiada. 

 A to mój rower Pegasus. Jeszcze przed połamaniem osłony na łańcuch. Kosztował 75 euro.
Tu już z posklejaną osłoną.

I rower Gazelle mojego chłopaka - za 60 euro (bo bardziej opłaca się kupić rower nawet na kilkudniowy przyjazd niż go wypożyczać ;)).



Czytaj dalej »

wtorek, 5 listopada 2013

Fangirl Memories: Nick Cave and the Bad Seeds w Amsterdamie

0
Jako że mój blog to rzecz bardziej osobista niż pismo muzyczne w tym miejscu podzielę się bardziej emocjonalnymi doświadczeniami wczorajszego koncertu Nicka Cave'a and the Bad Seeds, a porządna recenzja muzyczna ukaże się niedługo (może gdzieś indziej - jeśli tak na pewno znajdziecie link na moim blogu).

Tego, że show było muzycznym cudem, a Nick Cave to sceniczna bestia i absolutny mistrz kontaktu z publiką chyba mówić nie muszę. Przejdę więc od razu do przeżyć, które można by nazwać "Spełnione marzenia koncertowej dziewczynki".

Przezornie ustawiłam się pod mini-podestem z lewej strony sceny (wiedząc, że to właśnie na niego będzie wskakiwał mistrz ceremonii). I to co tam przeżyłam było absolutnie niesamowite. Zacznijmy od tego, że na początek pan Cave zdeptał moją wiszącą na barierce kurtkę. Błyskawicznie zdjęłam ją kiedy tylko przeszedł dalej, żeby następnym razem się nie poślizgnął. I słusznie, bo jego lśniące lakierki ponownie wylądowały na barierce, a tłum (w tym ja) przytrzymywał go za łydki, aby nie spadł. To jednak nie koniec interakcji z panem Jaskinią. Za jakiś czas, śpiewając "Higgs Boson Blues" przy wersie "Can you feel my heartbeat?" złapał za dłoń jedną z dziewczyn w pierwszym rzędzie i przyłożył do swojego serca (a dokładnie spoconej koszuli, ale to i tak całkiem romantyczne). Potem przyszła kolej i na moją dłoń w takich okolicznościach co oczywiście zagwarantowało banan na mojej twarzy (mówcie, co chcecie - zawsze będę się emocjonować spotkaniami trzeciego stopnia z moimi idolami). Z kolei na jednym z moich utworów numer jeden z zasobów The Bad Seeds, czyli "Papa Won't Leave You, Henry" Nick ponownie ochoczo wskoczył na podest i od razu pochwycił moją uniesioną w górze dłoń, którą trzymał tak przez jakiś czas wykonując swoje charakterystyczne podskoki. Za chwilę śpiewał wprost do mnie. Wskazując na mnie dłońmi i patrząc mi prosto w oczy (co zresztą działo się też wcześniej).

Nie jestem nawet pewna czy pamiętam wszystkie te drobne momenty. Jedno jest pewne - przez większość koncertu Cave stał tuż nade mną bądź w bliskich okolicach. Tak blisko, że nieraz musiałam zadzierać głowę aby obserwować jego twarz oraz niesamowitą sceniczną ekspresję. Nick jak zwykle pozamiatał. Muzycznie, choreograficznie, teatralnie, autoprezentacyjnie (dowcipkowanie i flirtowanie z publiką nie miało końca - od tekstów o cholernych Iphone'ach wplecionych w piosenki, przez pozowanie do zdjęć i dialogi z ludźmi z tłumu aż do dedykowania pieśni dziewczętom), na każdy sposób. Nie można praktycznie wskazać błędu w tym co działo się przez ponad dwie godziny w Heineken Music Hall. Łzy w oczach, emocje, a przede wszystkim niesamowite przeżycia podczas słuchania mistrzowskiej muzyki. Oby więcej takich koncertów w przyszłości.

Jak wspomniałam na początku - oczekujcie profesjonalnej muzycznej recenzji niedługo (a jest o czym pisać! Między innymi o zagranym na koniec zupełnie nowym kawałku!). A tymczasem pozwolę sobie ochłonąć.

Poniżej zamieszczam beznadziejnej jakości, ale za to zrobione przeze mnie, zdjęcia:


P.S. Oprócz koszulki z trasy (które kolekcjonuję) zakupiłam tym razem również cudowną... ścierkę do naczyń. Taki merchandise może mieć tylko Nick Cave. Oto ona: 

Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia