poniedziałek, 18 listopada 2013

Holenderskie miasta: Rotterdam

Podczas swojego pobytu w Holandii odwiedziłam wiele miast poza Nijmegen, takich jak Maastricht, Utrecht, Tiel, Arnhem, Haga, Eindhoven, Amsterdam (chociaż w tym przypadku nie udało mi się za bardzo pozwiedzać jeszcze, do tej pory widziałam tylko dwukrotnie tą samą halę koncertową, a w niej dwa razy Nicka Cave'a). I wszystkie te miasta i miasteczka miały w sobie podobny urok, który tworzą holenderskie domki, stare budynki, małe uliczki i tysiące rowerów. Korzystając z wycieczki organizowanej przez Radboud University postanowiłam wybrać się do Rotterdamu. Holenderscy studenci ostrzegli mnie co prawda: "Nie jedź tam, Niemcy tam byli i zrobili swoje. Nie spodoba ci się to miasto", ale nie zraziło mnie to. Cóż, po powrocie mogę stwierdzić jedno - mieli rację.

Rotterdam ze swoimi drapaczami chmur i ruchliwymi ulicami, przeszklonymi biurowcami i centrami handlowymi na pierwszy rzut oka skojarzył mi się z Warszawą. Szaro, wszystko co mnie otaczało było wielkie i czułam, że za chwilę się zgubię (co zwykle zdarza mi się w stolicy, a nie zdarza się w Nijmegen z oczywistych powodów - wielkości). Nad miastem w wielu miejscach wznoszą się metalowe konstrukcje znajdujące się w licznych małych portach, które zwiększają poczucie chłodu. Smutny obraz mini-metropolii (Rotterdam to duże miasto, ale jednak nie aż tak duże) uzupełniała mgła i mroźny wieczór. Jedyne ładne budyneczki znajdowały się po drugiej stronie rzeki (nad którą oczywiście wisiały majestatyczne, stalowe, zimne mosty), tworząc ładną panoramę znacznie odróżniającą się od reszty (podobnie jak warszawska starówka). Zawiódł nawet Ratusz mający być jednym z najładniejszych budynków miasta. Słynne cube-houses (zdjęcia poniżej) w środku były skrajnie depresyjne i klaustrofobiczne. Po szybkim przejściu przez wszystkie "atrakcje" miasta udałam się do chińskiej knajpy i tam czekałam na bus powrotny nie chcąc się już mierzyć z tym miastem. Marzyłam o jak najszybszym powrocie do Nijmegen.

Miasto zwiedzałam z moją znajomą Liwen. Niemal cały czas narzekałam na to, jak bardzo nie podoba mi się to miejsce i jak inne jest od pozostałych holenderskich mieścin. I wtedy Liwen zauważyła "To dlatego, że tu były bombardowania podczas drugiej wojny. Musieli wszystko zbudować od nowa". Słowa Holendrów sprzed mojego wyjazdu nabrały sensu. Sensu nabrało też porównanie z Warszawą. I nagle zrobiło mi się żal znienawidzonego Rotterdamu. Tak samo jak zawsze żal mi Warszawy, która stanęła przed wyborem - dać zmieść miasto z powierzchni ziemi i postawić się czy się poddać? Wybór tutaj wydaje się oczywisty, za co miasto zapłaciło dzisiejszym wyglądem.

Poza tym zaczęłam też rozmyślać o moim powrocie do domu. Jak trudno będzie się znowu przestawić na życie w dużym mieście. Mieszkając na przedmieściach zawsze mam miejsce gdzie mogę odetchnąć, ale mimo wszystko przeżyję szok po powrocie z malutkiego Nijmegen. Poza tym intensywnie myślę o przeniesieniu się w najbliższym czasie w okolice centrum. Co naturalnie zmusi mnie do staczania walki z wielkim miastem dzień w dzień. Jestem jedną z tych osób która wolałaby wracać do przedmieściowej albo małomiasteczkowej oazy. Ale bez samochodu to dość trudne, czego już doświadczam przez kilkanaście lat.

Ja w depresyjnym cube house

Rotterdam

Cube houses

"Ładna" część miasta

Widok z cube house

Cube house

Przykład architektury Rotterdamu

Zdjęcia wykonała Liwen Wang, więcej jej cudownych obrazków możecie znaleźć na jej koncie Flickr.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia