Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 października 2020

Nie wszystko jest czarno-białe, czyli historia Andrei Yates

0

Przy wszystkim co się dzieje w kraju, czego nie mam sił komentować (zresztą mnóstwo osób już to zrobiło bardzo celnie), chciałabym wam tylko opowiedzieć pewną historię, która mi się przypomniała. 

Historię Andrei Yates. 

"bathtub" © 2009 Quek Tengwan, CC BY-SA 2.0 https://flic.kr/p/6DG5y6

Amerykanka Andrea Kennedy jako nastolatka, chociaż odnosiła ogromne sukcesy w nauce i w sporcie, jak to bywa przy tak ogromnej presji, cierpiała również na depresję oraz bulimię, będąc zaledwie 17-latką mówiła już o tym, że myśli o samobójstwie. 


Potem, już jako pracująca pielęgniarka, spotkała mężczyznę swojego życia. Z Russellem Yatesem po kilku latach związku, w 1993 roku, wzięła ślub. Na prawo i lewo rozpowiadali, a właściwie głównie Russell jako dość radykalnie wierzący, że chcą spłodzić tyle dzieci, na ile pozwoli im natura. Plan wdrożyli szybko i intensywnie w życie, bo Andrea rodziła jedno dziecko po drugim. 


Po czwartym dziecku, a może wcześniej, ale o tym wiemy, problemy psychiczne ponownie dały o sobie znać. Andrea trzęsła się, gryzła palce i podjęła próbę samobójczą - przedawkowała tabletki. W szpitalu przepisano jej antydepresanty i wypuszczono do domu, gdzie od razu błagała męża, aby dał jej umrzeć przykładając sobie nóż do szyi. Trafiła więc do szpitala ponownie, tym razem zapewniono jej potężną dawkę leków - wydawało się, że chwilowo udało się ją ustabilizować. 


Jednak już miesiąc później miała ponowne załamanie nerwowe - zakończyło się ono dwiema próbami samobójczymi i kolejnymi wizytami w szpitalu. W końcu udało się postawić diagnozę - cierpiała z powodu psychozy poporodowej. Psychoza poporodowa to nie to samo co depresja poporodowa, a na pewno nie to samo co baby blues. To bardzo ostra odmiana zaburzeń psychicznych związanych z porodem, które mogą powodować między innymi halucynacje, czy też katatonię. 


Jak możecie się domyślać, psychiatra wyraźnie zaleciła, aby Andrea nie rodziła więcej dzieci, ponieważ może to znacznie pogłębić jej problemy psychiczne. Jednak fundamentalista, jakim był Russell, miał na ten temat inne zdanie. Siedem tygodni po wyjściu ze szpitala po namowach męża (między innymi komplementował ją jako świetną matkę) para poczęła piąte dziecko, pierwszą córkę, która urodziła się nieco ponad rok po jej próbach samobójczych. Przez kilka miesięcy wydawało się, że Andrea radzi sobie całkiem nieźle. Jednak w marcu 2001 roku zmarł jej ojciec, a Andrei znacznie się pogorszyło. 


Kobieta przestała przyjmować leki. Zamiast tego zaczęła się samookaleczać, a także z zapałem studiować Biblię (co akurat samo w sobie nie jest niczym złym). Przestała jednak także karmić swoje własne, najmłodsze, kilkumiesięczne dziecko, a raz niemal je udusiła próbując dziewczynce podać na siłę pokarmy stałe. W końcu była tak niezdolna do funkcjonowania, że wymagała kolejnej hospitalizacji. Ponownie rozegrała się ta sama historia - wyleczona, wypuszczona. Po miesiącu w stanie bliskim katatonii napełniła w ciągu dnia wannę po brzegi. Psychiatra, do którego wtedy trafiła, ocenił, że chciała się utopić. Zalecił też rodzinie, aby obserwowała Andreę non stop, nie spuszczała jej nigdy z oka, ze względu na ryzyko skrzywdzenia siebie lub dzieci. 


Początkowo obowiązkami dzielili się mąż i jego matka. Jednak Russell nie uważał, że matka może zarzucać swoje “matczyne obowiązki” i polegać na innych. Opowiadał więc rodzinie, że chce spróbować zostawiać swoją własną żonę, będącą w fatalnym stanie psychicznym, po kilku próbach samobójczych i z wyraźnym zaleceniem, aby tego nie robić, na godzinę lub dwie dziennie. Próbować zostawiać na trochę można psa, który przyzwyczaja się do nieobecności właściciela, a nie człowieka, który potrzebuje pomocy. Russell był jednak innego zdania. Chciał wspierać “niezależność” małżonki. Poza tym twierdził, że ludziom z depresją potrzebny jest po prostu “kop w dupę”.


I tak też wyszedł z domu w czerwcu 2001 roku, miesiąc po ostatniej hospitalizacji żony zostawił ją samą na godzinę. W tym czasie Andrea ponownie w stanie niepoczytalności (co potem udowodniono w sądzie i z więzienia przeniesiono ją do szpitala psychiatrycznego) napełniła do pełna wannę. Tym razem jednak wypełniła swój plan do końca. W czasie tego krótkiego okienka zdążyła utopić wszystkie swoje dzieci, a potem ułożyć obok siebie na łóżku. Najmłodsze umieściła w ramionach starszego. Sama zadzwoniła na policję, chociaż nie potrafiła powiedzieć dlaczego. Potem zadzwoniła do męża prosząc, aby wrócił do domu. Później, już w więzieniu, wyjaśniała psychiatrom, że czuła, że nie sprawdza się jako matka, przez co jej dzieci nie rozwijają się prawidłowo. - To był siódmy grzech śmiertelny. Moje dzieci nie były prawe. Popełniały błędy, ponieważ byłam zła. Przez sposób, w jaki je wychowywałam, nigdy nie miały szans na zbawienie. Były skazane na śmierć w ogniu piekielnym - mówiła. 


Russell upierał się w trakcie trwania procesu, że żona zostanie uznana za niewinną. Fantazjował o tym, że jak tylko się wyleczy, będą mieli więcej dzieci - jeśli Andrea sama ich nie urodzi to skorzystają z usług surogatki albo adoptują. Kiedy w końcu pogodził się z rzeczywistością wystąpił o rozwód (w końcu żona pozostawała w zamknięciu), ponownie wziął ślub i zrobił dziecko kolejnej kobiecie.


Wynoszę z tego przede wszystkim kilka lekcji - radykalizm i narzucanie innym swojego zdania czy sposobu życia do niczego dobrego nie prowadzi. A historie ludzkie nigdy nie są czarno-białe. Aborcja to też nie zawsze jest prosty wybór między życiem a śmiercią. Czy w przypadku Andrei, jeśli chciałaby przerwać piątą ciążę, możemy mówić o przesłance dotyczącej zagrożenia życia? Czy ktoś zauważyłby, że w tej sytuacji doszło gwałtu - w końcu mowa o namowie do seksu kobiety, która nie była do końca poczytalna?


Poza tym - jeśli kobiety mają rodzić dzieci i chcieć to robić (i robić to bezpiecznie dla siebie i tych potencjalnych dzieci), potrzebują od państwa opieki. Nie tylko finansowej. Potrzebują też dobrej opieki okołoporodowej, ochrony zdrowia (również psychicznego), godnych urlopów rodzicielskich (również dla ojców, bo dwa tygodnie to jednak trochę kpina), a także porządnej edukacji seksualnej. Bo to między innymi dzięki niej można się dowiedzieć nie tylko jak zrobić dziecko, z czym się wiąże posiadanie dziecka, jak potem zadbać o siebie po jego urodzeniu (fajnie by było jakby w szkołach mówiło się także o tym, że organizm kobiety potrzebuje czasu na regenerację fizyczną i psychiczną po porodzie i to nie jest kilka miesięcy) czy odwrotnie - dobrze się zabezpieczyć, ale również, że nie musisz spełniać cudzych zachcianek. Możesz powiedzieć nie. Możesz opuścić układ, który ci nie pasuje albo próbować ratować z niego swoją siostrę, czy córkę. W historii Andrei przewija się, że jej rodzina była zszokowana tym, że Russel chce mieć więcej dzieci, jak również tym, że chce zostawiać ją z nimi samą po kolejnych próbach samobójczych. Ale nikt jej stamtąd nie zabrał, nie pomógł. Nie wiem dlaczego. Ale chcę wierzyć, że większa świadomość i wiedza mogłyby jej pomóc. 


Ja sama nigdy nie byłam i mam nadzieję, że nigdy nie będę w sytuacji, w której muszę wybierać. Mogę sobie tylko deklarować, co bym wtedy zrobiła, ale to wszystko pozostaje pustą deklaracją. Wiem jedno - nie mogę nikomu narzucać tego, co ma zrobić. 


Czytaj dalej »

wtorek, 27 sierpnia 2019

Zadbaj o siebie po porodzie!

7
Jakiś czas temu na Instagramie trafiłam na hasztag #jestemmamądbamosiebie. Wiele z postów pod tagiem to zdjęcia pięknych włosów, świeżo zrobionych paznokci, ale na szczęście znajdują się też inne - chwila dla siebie, okresowe badania. Niemniej znalezienie tego trendu skłoniło mnie do zrobienia listy tego, co każda kobieta powinna zrobić, aby zadbać o siebie po porodzie. I nie jest to utrata wagi, makijaż, krem na rozstępy albo nowa sukienka (chociaż oczywiście, jeśli tego potrzebuje, to droga wolna).



1. Fizjoterapia 

Rozpoczęcie fizjoterapii to w kontekście dbania o siebie absolutnie najlepsza rzecz, jaką zrobiłam dla siebie po porodzie. Sama nigdy w życiu nie wpadłabym chociażby na to, że mam rozejście mięśni brzucha. Fizjo pomogła mi dojść do siebie fizycznie, ale też nauczyć się dobrych nawyków na przyszłość - co ćwiczyć samemu, czego mi już robić nie wolno (np. brzuszków, czy podnoszenia ciężarów i jakoś z tego powodu płakać nie będę), czy też jak wykonywać codzienne czynności tak, aby nie pogorszyć swojego stanu - np. odpowiednio podnosić ciężkie przedmioty. Przy okazji polepszył się nieco wygląd mojego brzucha - wspominam o tym, bo dla niektórych może być to jedyna motywacja, aby zrobić coś dla swojego zdrowia. Wciąż mało mówi się o fizjoterapii po porodzie, darmowe konsultacje ze specjalistami w dziedzinie nie są dostępne w większości szpitali, nie usłyszymy o tym w każdej szkole rodzenia (chociaż akurat w mojej były o tym całe zajęcia!). A mogłoby to znacznie poprawić poporodowe życie milionów kobiet - bo zdecydowana większość ciąż jeśli nie sieje spustoszenia w naszym ciele, to zostawia na nim jakieś ślady. Przy tym te, których nie widać, są bardziej niebezpieczne i jednocześnie mamy większą skłonność do ich olewania.    

2. Pomoc psychologa/psychiatry

Poród i początki macierzyństwa to dla wielu kobiet trudne doświadczenie. Czasami oprócz baby bluesa pojawia się depresja poporodowa, czasami na światło dzienne wychodzą zupełnie inne, zapomniane i ukryte w podświadomości problemy, które wymagają pomocy specjalisty. Dziecko i bycie matką mogą w nas obudzić różne rzeczy, o których nie zdawałyśmy sobie sprawy. Jeśli tylko borykasz się z jakimkolwiek problemem czy ciężarem natury psychicznej, to nie myśl, że jesteś dziwna, że to wstyd i że nie masz prawa do takich uczuć. Po prostu poproś o pomoc psychiatrę lub psychologa - możliwe, że rozwiążesz nie tylko aktualne problemy. I pamiętaj - macierzyństwo to nie tylko radość w odcieniach pasteli z Insta. To też trudne uczucia, które ma wiele z nas (sama takie miałam i miewam!). Jeśli szukasz jakiegoś remedium na instagramową mamową słodycz, to serdecznie polecam konto psycholożki Joanny @omatkodepresja, które pełne nie tylko wsparcia i rad, ale też historii kobiet takich jak ty.



3. Codzienna pomoc (od kogokolwiek)  

Ja wiem, że to się powtarza wam po sto razy, ale jeśli tylko możecie to naprawdę proście o pomoc. W domowych obowiązkach, w opiece nad dzieckiem, w zrobieniu jedzenia, w czymkolwiek. A już zwłaszcza partnerów, ojców dzieci (jeśli są w waszym życiu), bo to z ich strony nie jest "pomoc", tylko takie same obowiązki jak wasze - to też ich dziecko, to też ich dom! Takie stwierdzenie naprawdę nie powinno być rewolucyjne. Jeśli nie ma partnerów, odzywajcie się do rodziny, przyjaciół, poproście mamę o obiadki, a tatę o starcie kurzy, siostrę o spacer z dzieckiem, brata o umycie łazienki, przyjaciółkę o chociażby chwilę rozmowy z dorosłym. Proszenie o pomoc to nie jest żaden wstyd - kiedyś dzieci wychowywały całe wioski, a nie jedna kobieta, która poza dzieckiem ma też na głowie cały dom oraz swoje własne życie.

4. Coś dla siebie 

A jak już poprosicie kogoś o pomoc - zróbcie coś dla siebie. Co chcecie. Poczytajcie książkę. Pośpijcie. Wyjdźcie z domu. Zapiszcie się na jakieś zajęcia (ja na przykład w drugiej połowie macierzyńskiego wróciłam do nauki włoskiego). Obejrzyjcie film. Cokolwiek sprawi, że poczujecie, że jesteście wciąż "dawną sobą".



5. Badania i ogólnie pojęte dbanie o zdrowie

Jestem trochę hipokrytką pisząc o tym, że powinnyście zrobić wszystkie konieczne badania, bo sama olałam trochę tę sprawę. Ale może to będzie lekcja dla innych. Ciągle odkładałam wizytę u dentysty, bo wciąż było coś ważniejszego, bo dziecko, bo to, bo tamto. Ostatecznie ból stał się nie do zniesienia i musiałam się z nim borykać aż do wizyty, którą umówiłam dopiero, kiedy już nie mogłam wytrzymać. Tak więc nie odkładajcie zdrowia na potem. Odwiedźcie ginekologa po porodzie, zróbcie wszystkie potrzebne badania krwi, badajcie się regularnie, jeśli coś was boli - chodźcie do lekarza. Nawet jeśli musicie iść z dzieckiem do gabinetu. I pamiętajcie, że wielu leków możecie używać przy karmieniu piersią - możecie to sprawdzić na stronie e-lactancia, odezwać się do Laktaceuty, a w sprawie wielu popularniejszych, jak np. znieczulenie u dentysty, możecie się poradzić na stronie polskiej guru laktacji, czyli Hafiji.

6. Dobre jedzenie 


Przy małym dziecku brakuje często czasu na jedzenie, a co dopiero na gotowanie. Ale musicie jeść, żeby nie zemdleć, co może zwyczajnie stanowić niebezpieczeństwo dla was i dziecka. Dlatego poproście kogoś o gotowanie, postawcie na zamawianie żarcia, zamroźcie sobie trochę żarełka na czarną godzinę (wszystkie wymienione tu rzeczy robiłam też ja). A jeśli karmicie piersią to pamiętajcie, że nie ma diety matki karmiącej i nie głodźcie się bez sensu (tu ponownie polecam wam Hafiję).


7. Sen  


Oprócz dobrego jedzenia warto pamiętać o śnie. Rada "śpij wtedy, kiedy śpi dziecko" jeśli tylko jest możliwa do zrealizowania (np. nie macie jeszcze drugiego dziecka albo mnóstwa obowiązków, które musicie zrobić - ale polecam ODPUSZCZANIE, bo brudna podłoga was nie zabije, a niedobór snu - może) to jest złotą radą. Jeśli mieszka z wami ojciec dziecka niech pomaga w nocy albo nad ranem przejmuje na chwilę dziecko, abyście mogły dospać (tak na przykład co rano robi mój mąż). Macierzyństwo wiąże się nieodzownie z małą ilością snu, ale jeśli tylko możecie - zwiększajcie jego ilość. O śnie swoim i dzieci poczytacie u Magdaleny Komsty.

8. Doradczyni laktacyjna

To rada na koniec, bo tylko dla mam, które chcą karmić piersią, a wiem, że nie są to wszystkie mamy. Jeśli chcecie, karmicie, a macie jakieś problemy to zgłoście się do doradczyni - w szpitalu lub prywatnie.  Możliwe, że rozwiązaniem waszych problemów jest jakaś drobnostka i nie będzie wcale konieczne rezygnowanie z karmienia, jeśli wam na nim zależy (powiem więcej - najczęściej jest tak, że rezygnować nie trzeba!). Sama też byłam u doradczyni laktacyjnej po około dwóch miesiącach macierzyństwa i żałuję, że nie zrobiłam tego wcześniej - skąd w końcu miałam wiedzieć sama, że moje piersi mają nabudowane gruczoły mleczne po bokach i najlepszym rozwiązaniem dla nas będzie karmienie w pozycji "spod pachy"? Tego nie podpowiedziała mi jakoś matczyna intuicja. Przyrosty dziecka ruszyły wtedy jak z kopyta, ja byłam spokojna, że zrobiłam wszystko, co się da, a dziecko zaczęło lepiej sypiać.


Powyżej opisane przykłady wynikają głównie z moich własnych doświadczeń. Jak zawsze - każda mama jest inna, co więc ty dopisałabyś do tej listy?
Czytaj dalej »

sobota, 8 czerwca 2019

Mama wraca do pracy - moje doświadczenia

0
Powrót do pracy przez jakiś czas spędzał mi sen z powiek. Jak mój syn sobie beze mnie poradzi, czy uda mi się dalej karmić piersią? Czy u mnie samej nie pojawią się jakieś trudne emocje? Momentami bałam się ogarnięcia tego tak bardzo, że myślałam, że mój powrót się nie uda. Ale na początku kwietnia, rok od porodu, udało się i to właściwie bez większych problemów. Wiem jednak, że lęk dotyczący powrotu do pracy dotyczy nie tylko mnie, ale wielu innych mam, dlatego postanowiłam podzielić się swoimi doświadczeniami w nadziei, że w ten sposób dodam wam trochę otuchy.



Na początek muszę napisać, że mam to szczęście, że jedna z babć Kartofelka, a moja mama, nie pracuje zawodowo i mieszka w tym samym mieście, co my. Nie musieliśmy więc w ogóle myśleć o żłobku, na którego uniknięciu z powodu kilku kwestii nam zależało. Dodam też, że nie wróciłam do pracy po roku na pełny etat z różnych przyczyn, nie jestem więc bez dziecka codziennie.

Twoi ludzie na miejscu

To, co dla mnie okazało się najbardziej kluczowe w bezproblemowym powrocie do pracy to posiadanie na miejscu swojego człowieka.

Na początku nie wydawało mi się to aż tak istotne, kiedy moje pracowe przyjaciółki starały się ustawić swoje grafiki tak, abym zastała je w biurze, kiedy pojawię się w nim pierwszego dnia po powrocie. Jednak kiedy już przyszłam do pracy dziękowałam mojej przyjaciółce Martynie (tak, jesteśmy imienniczkami) za to, że była obok mnie. Że wiedziałam, że gdyby coś nie szło, to mogę się do niej zwrócić, zagadać, poprosić o każde wsparcie. Więc jeśli tylko macie taką możliwość, to polecam poprosić kogoś, kogo szczególnie w pracy lubicie, aby tego dnia się pojawił. Nawet jeśli nie będziecie potrzebować żadnej faktycznej pomocy to sama obecność kogoś bliskiego daje poczucie bezpieczeństwa. Jeśli w waszej pracy ogólnie panuje przyjazna atmosfera (sama mam to szczęście) to i tak fajnie mieć na miejscu tę najbliższą osobę, z którą rozumiecie się też na pozapracowym gruncie.

Co z drzemkami?

Przejdę do tego, co zazwyczaj najbardziej interesuje mamy, czyli - jak poradzi sobie dziecko? W moim przypadku odpowiedź brzmiała - świetnie. Już wcześniej Kartofelek zostawał na kilka godzin sam z tatą, ma też dobrą więź ze swoją babcią. Zanim moja mama została z nim sama wspomógł ją tata Franka, potem już zostawała na całe dnie z Kartofelkiem bez większych problemów. Okazało się nawet, że nielubiący wózka Franek akceptuje go bardzo długo w obecności babci (o czymś podobnym w swojej książce "Mocno mnie przytul" pisał zwolennik rodzicielstwa bliskości i pediatra Carlos Gonzalez - wspomina on, że starszaki nieraz mniej chcą być brane na ręce przy dziadkach, ponieważ dzieci nie są głupie i wiedzą, że osoby starsze nie mają tyle samo siły, co rodzice).

Martwiłam się co będzie z drzemkami Franka, które do tej pory odbywał albo przy piersi (bądź w stosunkowo niedalekiej odległości od niej) albo w nosidle. Moja mama nie mogła skorzystać z żadnej z tych możliwości. Okazało się, że było dokładnie tak, jak nie raz czytałam na mamowych grupach - dziecko wypracowuje sobie sposób zasypiania inny dla każdego opiekuna. Mama usypia przy piersi, tata w nosidle, babcia kołysze na rękach i śpiewa. Na początku, wiadomo, zasypianie było ciut trudniejsze, ale szybko nauczył się usypiać przy babci w zupełnym spokoju. Nigdy nie było z tego powodu histerii, wielogodzinnego płaczu, raczej kilka minut marudzenia.

I co ważne - kiedy jestem w domu Kartofelek nadal z powodzeniem zasypia przy piersi, na czym mi samej zależało, bo jest to wygodniejsze dla mnie niż noszenie :). 

Co z karmieniem piersią i BLW?

Po roku karmienie piersią przestaje być karmieniem na żądanie. Kartofelek co prawda jadł już sporo w ramach rozszerzania diety kiedy wróciłam do pracy, ale nadal dość często korzystał z mleka mamy, miałam więc obawy o to, jak poradzi sobie z tak długą przerwą.

Ponownie okazało się, że i tu sprawdziły się rady z internetowych grup dla mam - dziecko rozumie, że nie ma mamy - nie ma mleka. 

Tylko pierwszego dnia Kartofelek był nieco marudny, bo wcześniej nigdy nie był aż tak długo bez mamy i bez mleka, ale dzielnie jadł pokarmy stałe. Przez pierwsze kilka dni wyraźnie było widać, że zaczyna mieć większy problem po okołu siedmiu godzinach nieobecności mamy. Dlatego godzina na karmienie, która należy się mamom pracującym jest naprawdę ważna. Franek potem zaczął bardziej cierpliwie czekać na mój powrót (dzieci naprawdę są mądre i rozumieją, że mama wróci), ale ewidentnie widać, że potrzebuje mleka, po które zawsze zgłasza się od razu po moim powrocie.

Jeśli chodzi o cycki, to nie zauważyłam większych problemów. Przez pierwsze kilka dni bolały mnie nieco piersi, ale nie miałam potrzeby odciągania. Cycki szybko dostosowały się do nowych warunków, a laktacja nadal pięknie się utrzymuje.

Rozszerzamy dietę metodą BLW, o czym wcześniej pisałam. Jak wiadomo, często starsze pokolenie się tej metody boi, nawet jeśli dziecko ma rok. Moja mama bała się na samym początku rozszerzania diety, kiedy Franek miał 6-7 miesięcy, ale potem obserwowała go i przestała się obawiać. Jednak ze względu na jej lęk o Franka zawsze konsultujemy jego posiłki i nie zostawiamy mu takiego jedzenia, które jest szczególnie trudne, żeby mama mu je podawała. Nadal je kawałki, nadal je wszystko. Mama też przekonała się w te kilka miesięcy zostawania z Kartofelkiem, że naprawdę radzi sobie on z jedzeniem doskonale i jest coraz bardziej spokojna i otwarta.

Emocje mamy

Tak, kiedy pierwszy raz wyszłam za drzwi, żeby pojechać do biura, czułam się dziwnie. Tak, dzwoniłam po tysiąc razy pierwszego dnia, a potem wtedy, kiedy babcia po raz pierwszy została z wnukiem sama. Ale dość szybko ograniczyłam się do dwóch lub jednego telefonu do mamy dziennie. Ufam, że wie co robi. Oczywiście czasem połączeń jest więcej, bo babcia dzwoni z pytaniami do mnie, ale nie przeszkadza to w pracy, bo zdarza się stosunkowo rzadko.


Tak, bywają dni trudniejsze. Kiedy dziecko przyczepia się do twojej nogi i nie chce puścić, kiedy akurat przed twoim wyjściem wywróci się i płacze. Ale jak we wszystkim co robimy podchodzimy do emocji Franka i własnych z szacunkiem. Tłumaczymy mu co się dzieje, że mama wróci po pracy i będzie to np. po obiedzie, przed kolacją. Tata lub babcia biorą go na ręce, żeby mógł pomachać mamie na do widzenia. Czasem w trakcie pracy robię przerwę i minutkę lub dwie rozmawiam z synem przez telefon - podobno bardzo się cieszy, kiedy dzwoni mama, co mnie rozczula, a jemu pomaga w rozłące.

Ale ogólnie oboje znosimy moje wyjścia do pracy całkiem nieźle. Powiedziałabym nawet, że i mi, i Kartofelkowi ta zmiana w naszym życiu zrobiła dobrze. Czas i przestrzeń osobno okazały się mieć wiele plusów.

W tym miejscu chcę jednak podkreślić, że każda para mama i dziecko jest inna. Nie każda mama może wrócić do pracy, nie każda mama chce wrócić do pracy i to jest zupełnie ok - praca zawodowa to nie jest jedyny sposób w jaki można się realizować chociaż mam wrażenie, że wiele osób często o tym zapomina (może to materiał na kolejny post). Nie każdy będzie mieć te same problemy, czy też brak problemów związanych z powrotem do pracy. Zdaję sobie sprawę z moich ogromnych przywilejów, takich jak na przykład chętna do pomocy babcia, przyjazne miejsce pracy, czy partner z możliwością pomocy.

Ja opisałam tylko to, co mogę, czyli to, co znam z autopsji - i mam nadzieję, że jakoś pomoże to mamom w podobnej sytuacji albo chociaż odnajdą tu dla siebie jakieś interesujące fragmenty.


Czytaj dalej »

wtorek, 28 maja 2019

10 rzeczy, których nauczył mnie mój syn przez rok

5
Nie wiem czy przez jakikolwiek rok w moim życiu nauczyłam się tyle ważnych rzeczy, które powinnam umieć już dawno, jak przez ten pomiędzy porodem a pierwszymi urodzinami mojego syna. Kartofelek okazał się super nauczycielem i prawdopodobnie nawet nie zdaję sobie sprawy ze wszystkiego tego, czego dzięki niemu dowiedziałam się o świecie oraz o sobie. Nie wszystko też tu zmieszczę, ale to 10 rzeczy, które przyszły mi do głowy.



1. robienie wszystkiego w absolutnej ciszy

Wiele z was widziało na pewno film "Ciche miejsce", gdzie bohaterowie wymyślają przeróżne sposoby na to, żeby funkcjonować w absolutnej ciszy, bo czyhają na nich wyjątkowo czułe na dźwięk potwory (między innymi grają w Monopol pionkami z wełny, bardzo powoli zamykają drzwi i tak dalej). Tak mniej więcej kombinuje rodzic w czasie drzemki swojego dziecka, czy też nocnego snu. Nauczyłam się porozumiewać z mężem zupełnie bez słów. Miękko stąpać. Odkładać przedmioty najwolniej na świecie. Pamiętać o wyłączeniu dźwięków w telefonie, położeniu sobie tego, co potrzebne w zasięgu rąk, jeśli dziecko zaśnie na mnie. W razie apokalipsy w postaci ślepych, ale świetnie słyszących potworów, jestem super przygotowana.


2. moje własne stresory i praca nad emocjami

Zastanawiając się nad tym jak pomóc Frankowi się uspokoić w różnych sytuacjach zaczęłam też zauważać, kiedy sama się denerwuję i tracę kontrolę. Na przykład jak destrukcyjny wpływ na mnie ma tłum, jak działają na mnie konkretne słowa, stresory i jak mogę je eliminować albo odreagowywać. Wiem, kiedy mogę się spodziewać własnego gorszego humoru, a co za tym idzie drażliwości oraz wybuchów i często potrafię to uprzedzić. Oczywiście nie zawsze, ale irytacja też jest ludzka.

3. dobry rytm dobowy

Kiedyś siedziałam po nocach i wstawałam skandalicznie wcześnie albo skandalicznie późno. Moje życie było zupełnie pozbawione rytmu, a szkodzące mi nawyki brały górę nad tymi pozytywnymi. Teraz właściwie mój rytm podobny jest do naturalnego oraz zbawiennego dla mojego zdrowia fizycznego i psychicznego rytmu dnia Kartofelka. Nie kładę się później niż 23, a częściej jest to 22. Wstaję po 6, najpóźniej o ósmej (ale nie zdarza się to często). Mimo pobudek nocnych autentycznie się wysypiam (między innymi dzięki karmieniu piersią i po prostu spaniu przez część nocy razem z dzieckiem - czyli zupełnie nie wygląda to tak, jak chcieliby reklamujący butelki, przekonujący, że takie właśnie karmienie pozwoli wam się lepiej wyspać). Korzystam z dnia w pełni. Lubię nasze rytuały. Bardziej niż nieprzewidywalność mojego wcześniejszego życia. 

4. obserwacja zmian natury

Kiedy ma się dziecko czas płynie nieco inaczej, zwraca się uwagę na to, na co do tej pory nie miało się czasu. Prawie codziennie wychodziłam na spacery, a także pokazywałam Kartofelkowi świat przez jego ulubione kuchenne okno, za którym rośnie potężny kasztanowiec. I tak wspólnie obserwowaliśmy najpierw jak opadają z niego liście, potem jak przysypuje go śnieg, w końcu pojawiające się nowe pączki, rozkwitające z dnia na dzień coraz bardziej, aż któregoś dnia ni stąd ni zowąd znowu pojawiły się na nim rozłożyste, zielone liście. I wiedziałam, że Franek jest z nami już okrągły rok.


5. docenianie drobnych rzeczy (np. chmury, muzyka, chwila ciszy, relaks, podróż autobusem)

Jako mama zaczęłam dokładniej obserwować otoczenie. Poza tym kiedy mam przerwę od codziennej gonitwy z dzieckiem i chwilę chociaż jestem sama to potrafię bardziej te chwile docenić. Przyjrzeć się naturze, wsłuchać się w jej muzykę albo po prostu posłuchać ciszy. Wcześniej wypełniałam każdy moment czymś. Podróż autobusem tylko ze słuchawkami, wkurzałam się, kiedy musiałam przejść kilka przystanków z powodu jakiejś awarii. Teraz wykorzystuję te chwile jak najlepiej, rozglądam się, obserwuję niebo. I doceniam - chmury, kolory, światłocienie. Poranny spacer z Kartofelkiem to dla mnie teraz super doświadczenie pełne odkryć, które kiedyś mogłoby wydawać się nudne. A z kolei to co kiedyś wydawało się znacznie ciekawsze... (o tym w kolejnych punktach).


6. zrozumienie jak wiele rzeczy nie ma takiego znaczenia, jak myślałam, że mają

Kiedyś martwiłam się szalenie, kiedy nie mogłam gdzieś być, że coś mnie omija. Jakieś spotkanie, koncert, kolejne piwo w plenerze. Teraz z łatwością odpuszczam (oczywiście nie wszystko, w końcu bycie mamą to nie jest moja jedyna tożsamość!), doceniam kolejne wspólne wieczory z dzieckiem zasypiającym obok mnie. Nie muszę i okazuje się, że wcale nie chcę być wszędzie. A na pewno chcę być tu i teraz. Dodatkowo wcześniejsze problemy, które wydawały się nie do przejścia przy strachu o zdrowie i szczęście dziecka okazały się tym, czym były - czymś może nie nieistotnym, ale na pewno bardziej błahym. Moja piramida potrzeb i priorytetów mocno się poprzestawiała i w ogóle mi to nie przeszkadza.

7. słuchanie swojego ciała

Obserwacja potrzeb mojego dziecka i próba odpowiadania na nie nauczyła mnie słuchania również swojego ciała. Patrząc jak Kartofelek je i pije dokładnie tyle ile mu potrzeba (a nie, bo jest znudzony albo nie chce nic zostawić na talerzu) zaczęłam obserwować swój głód, lepiej rozumieć kiedy naprawdę potrzebuję jeść (i jem też lepiej, bo siłą rzeczy dowiadując się o zdrowym żywieniu dla Franka wypadałoby chociaż część zasad wprowadzić w swoje własne życie). Widząc jak pozwala sobie na odpoczynek, kiedy jest zmęczony sama staram się odpuszczać, kiedy już więcej nie mogę. Obserwuję też sygnały od ciała, że coś jest nie tak i, inaczej niż wcześniej, nie lekceważę ich tylko ruszam po profesjonalną pomoc.


8. odwaga

Częściej mówię "nie" - ale wcale nie dziecku (chociaż też, zwłaszcza jak po raz kolejny wyciąga ręce do kurków od gazu na kuchence), tylko innym. Mówię "nie" dodatkowym zadaniom, jeśli nie mam na coś czasu, bo muszę mieć czas dla dziecka, ale też czas dla siebie, na naładowanie własnych baterii. Mówię "nie", kiedy ktoś sugeruje mi metody wychowawcze, z którymi się nie zgadzam. Zawsze byłam asertywna, ale dziecko nauczyło mnie nowego rodzaju odwagi w bronieniu jego racji oraz bezpieczeństwa. Poza tym doszła też odwaga pozwalania dziecku na popełnianie błędów. Na to, żeby czasem upadło, uderzyło się, ale tym samym pozwolenie mu na samodzielność, danie mu przestrzeni. Kiedy zaczynał raczkować i chodzić, nie stanie nad nim i nie asekurowanie go non stop było dla mnie trudne. Ale Franek szybko przekazał mi niewerbalnie: "mamo, odwagi, dam sobie radę".

9. inne postrzeganie czasu, cierpliwość

Jak wie pewnie każdy rodzic, godziny spędzone przy dziecku zajmują zupełnie inną ilość czasu niż te spędzone na przykład - w pracy. Kiedy już wróciłam do pracy okazało się, że kilka godzin mija szybciej niż wcześniej, a godziny spędzone na jednej, powtarzanej zabawie stają się nagle znacznie dłuższe. Jednocześnie czas w większych wymiarach - tygodni, miesięcy, lat - mija przy dziecku dużo szybciej. Nie wiem kiedy Kartofelek z leżącego bobasa zmienił się w biegającego małego chłopca. Jednocześnie więc nauczył mnie cierpliwości, lepszego wykorzystywania czasu (pytanie do mam - też macie wrażenie, że od kiedy macie dziecko potraficie w godzinę zrobić dużo więcej niż wcześniej, bo tak rzadko macie chwilę wolnego, że wykorzystujecie ją do cna?) i doceniania tego, co jest tu i teraz. Bo dosłownie zaraz tego nie będzie. I wtedy można żałować, że nie było się wystarczająco skupionym, tylko wybiegało się myślami w przód, np. czekając na koniec kolejnej godziny przed drzemką ;).

10. życie lokalnie 

Jak pisałam już nieraz Kartofelek to dziecko dość wymagające - nie lubi wózka, szybko się nudzi, mało śpi i jest bardzo aktywny. Ja nie chcąc siedzieć non stop z dzieckiem w domu (co, nie ukrywajmy, staje się po prostu nudne) zaczęłam szukać różnych zajęć dla nas w pobliskiej okolicy (żeby w razie czego szybko wrócić, ale też nie musieć daleko jechać nielubianym wózkiem bądź taszcząc dziecko w chuście/nosidle). Tak poznałam lepiej lokalne parki, kawiarnie i inne miejsca dla rodziców z dziećmi, wydarzenia dla mam. Poznałam też ogólnie moją okolicę, lepiej orientuję się w terenie. A Franek poznaje świat, zamiast dwóch pokoi naszego mieszkania :).



Tak jak wspomniałam na początku te rzeczy to na pewno nie wszystko, czego nauczyło mnie dziecko. Możliwe, że ten wpis doczeka się update'u. Bardzo możliwe, że nie ze wszystkich nauk od Kartofelka zdaję sobie sprawę. A jak było u was? Czego nauczyły was dzieci?

Czytaj dalej »

niedziela, 9 grudnia 2018

10 gadżetów do wyprawki

0
Małe dziecko tak naprawdę nie potrzebuje wiele, żeby przeżyć i mieć się dobrze. Przede wszystkim potrzebuje opiekuna, czegoś do jedzenia (przez pół roku możesz mieć to prawie za darmo jeśli karmisz piersią), zestawu ubranek, kilku kosmetyków, ciepłej wody w kranie, pieluszek, śpiworków lub rożków i miejsca do spania. Jednak rodzice zazwyczaj zwiększają ilość rzeczy w wyprawce. I może zdecydujecie się na bardzo drogi bujaczek albo leżaczek, wózek z siedmioma amortyzatorami, świecącą i grającą karuzelę, kołyskę, szumiącą maskotkę albo coś jeszcze innego. Moim zdaniem wszystkie te wymienione rzeczy są kompletnie niepotrzebne. Poniżej lista tego, co sama poleciłabym innym mamom na początek macierzyństwa, jeżeli koniecznie chcą wydać więcej pieniędzy.

1. Chusta

Jak pisałam w innym wpisie chusta okazała się u nas absolutną koniecznością. Nie każde dziecko ciężko przechodzi tak zwany 4 trymestr, nie każde ma wrodzoną awersję do wózka. Ale każde potrzebuje bliskości rodzica, a rodzic na pewno chętnie odciąży swój kręgosłup. Więc nawet jeśli wasze dziecko będzie odkładalne, to chusta może się przydać do wzmacniania więzi albo na spacery, na które nie chce wam się ciągnąć wózka. Wbrew pozorom jej wiązanie w ogóle nie jest trudne, łatwo ją ze sobą wszędzie zabrać, a także może ją z powodzeniem nosić zarówno mama, jak i tata. Z perspektywy czasu widzę, że nieco trudniejsze pod pewnymi względami jest nosidło, w którym macie dopasowane do swojego wzrostu i rozmiaru klamry, które trzeba przestawiać przy zmianie noszącego. Poza tym nosidła możecie używać dopiero, kiedy dziecko zacznie samo siadać - jeśli ktoś przekonuje was, że jest inaczej, to prawdopodobnie chce z was ściągnąć kasę (ach ten marketing robiony na rodzicach), bo nic nie da tak prawidłowej postawy i odpowiedniego podparcia jak odpowiednio dociągnięta chusta. 

2. Subskrypcja Netflixa. I może jeszcze HBO GO.

Bardzo potrzebne, jeśli chcesz przeżyć maraton karmień w pierwszych miesiącach (u nas trwały nawet po 12 godzin), a potem drzemki dziecka odbywające się na tobie (tak, wiem, są dzieci, które odłożone śpią w swoich łóżeczkach i nie rozpaczają z tego powodu, ale nie znam takich wiele). I w czasie ciąży najlepiej zwalcz pokusę obejrzenia wszystkich seriali. Przydadzą ci się potem (tak, miałam takie momenty, że już nie miałam co oglądać).

3. Czujnik oddechu lub dostawka do łóżka

Prawie wszystkie mamy mają ze sobą coś wspólnego - sprawdzają, czy ich dziecko oddycha. Przez to nawet przez te krótkie momenty, kiedy w nocy śpi w swoim łóżku, one też nie śpią, zamiast odpoczywać. Sama już w ciąży wiedziałam, że będę jedną z tych mam, która stoi nad dzieckiem i trzęsie się ze strachu, czy na pewno wszystko z nim ok. Ponieważ śpimy na kanapie, do której nie można dołączyć dostawki, zainwestowaliśmy w czujnik. Zielona lampeczka informująca mnie, że wszystko jest ok, pozwoliła mi zmrużyć oczy (chociaż i tak zdarzyło mi się kilka razy sprawdzić, czy Franek oddycha!). Nie jest to tani gadżet (zwłaszcza, że najlepiej kupić ten, który ma status produktu medycznego), ale jeśli macie wydać na coś w stylu mamaroo albo inny leżaczek-zabawiaczek, to to, moim zdaniem da wam dużo więcej spokoju. Jednak, jak zawsze, każda mama i dziecko są inne, więc każdy może mieć inne potrzeby. A i nie zapominajmy, że mimo wszystko najlepszym sprzętem jest czujność rodzica - czujnik więc nie zwalnia nas z myślenia, np. o tym, żeby w dziecięcym łóżeczku nie kłaść przytulanek i kocyków, ochraniaczy, czy też innych bajerów. Zamiast czujnika fajnym rozwiązaniem może być wspomniana dostawka - dziecko jest cały czas tuż obok, możemy trzymać na nim dłoń, ułatwia to też karmienie piersią.

Pies to niestety dość zawodny czujnik oddechu

4. Dobry fotelik samochodowy

Nawet jeśli nie masz samochodu, często przemieszczenie się gdzieś samochodem może być konieczne. Nikomu nie życzę źle, ale być skazanym na komunikację miejską, kiedy trzeba pędzić do lekarza, to nic przyjemnego. A niestety nie wszystkie taksówki są wyposażone w foteliki. 

5. Prosta karuzela lub pałąk edukacyjny

Zapewni chwilową rozrywkę, kiedy musisz siku albo zjeść coś na szybko. Co prawda sprawdza się tylko przez kilka pierwszych miesięcy, kiedy dziecko leży, ale przecież wtedy też ludzie robią siku i jedzą. Karuzela nie musi być droga, świecąca, grająca, zabawiająca na milion sposobów. Można ją nawet zrobić samemu, jeśli tylko ma się lekko kreatywne zacięcie. Musi się tylko obracać, nie musi mieć nawet do tego mechanizmu, wystarczy, że nią zakręcisz.

Pałąk z IKEI był u nas w użyciu prawie codziennie

6. Przewijak

Dziecko można przewijać wszędzie - na podłodze, na łóżku, tapczanie (moja znajoma, mam nadzieję, że nie ma mi za złe, że tu o niej wspominam, przewijała raz dziecko na stole w remizie strażackiej). Ale przewijak to troska o twoje plecy, zwłaszcza na początku, kiedy dziecko tylko leży, nie obraca się, ale za to wiele razy wymaga zmiany pieluszki. Potem część dzieci przestaje lubić przewijaki albo wiercą się na nich na tyle, że ich używanie nie ma sensu. Jednak początkowo do zmian pieluszek i pielęgnacji jest to bardzo pomocna inwestycja. 

7. Jeśli nie masz wanny - wanienka ze stojakiem

Ponownie jest to troska o twój kręgosłup, który i tak będzie zmęczony noszeniem, dźwiganiem i schylaniem się na miliard sposobów. Niech więc wanienka stanie na stojaku, a nie np. pod prysznicem, gdzie trzeba się będzie nagimnastykować, aby z niej skorzystać. Dmuchana wanna pod prysznic to lepsze rozwiązanie na podróże.

Mąż, wanna i Radiohead

8. Szeleściaki

Nie byłam przekonana do tej słynnej zabawki, bo nie rozumiałam, czemu tak fascynujące ma być szeleszczenie. Okazuje się, że dzieci to uwielbiają. U nas szeleściak na początku sprawdzał się doskonale na uspokajanie w podróży (chociaż wiadomo, idealnego spokoju osiągnąć się nie dało), a także na przewijaku, kiedy Kartofelek był noworodkiem i irytowała go pielęgnacja. Potem mógł bawić się nim sam - do woli szeleścić, odkrywać, gryźć, przytulać. Jest to jedna z nielicznych zabawek, które naprawdę polecam na pierwsze miesiące. No może jeszcze różne kontrastowe zabawki, które super skupiają wzrok maluszka - ale o pomysłach na zabawy będzie jeszcze w innym wpisie ;).

Tak, mój syn bawi się i autem, i jednorożcem

9. Lustro

Kolejna "zabawka", która jest warta polecenia. Niemowlaki lubią oglądać drugiego dzidziusia po drugiej stronie, a także zadziwiać się faktem, że rodzic jest zarówno obok jak i w lustrze! Oczywiście nie zachęcam do pozostawiania dziecka z lustrem sam na sam (chyba że to bezpieczne lusterko dla dzieci), ale wspólne oglądanie się jest zajmującą zabawą i potrafi też ukoić płacz i starszego niemowlęcia. 

10. Gryzaki

Niektórym dzieciom zęby wychodzą przed rozszerzaniem diety (na przykład mojemu) i wtedy dla ukojenia nie można zastosować zimnego ogórka z lodówki. Wtedy przy ząbkowaniu życie ratują różne gryzaki - u nas sprawdziły się te wodne, jak również gumowe i kauczukowe. Drewniane też dają radę. Jeśli chcesz używać ich podczas spacerów przydadzą się takie, które można przyczepić do ubranka.

Skoro syn nie jest fanem wózka, to mogą w nim jeździć chociaż gryzaki...

Tak wygląda moja lista gadżetów do wyprawki. Każda z mam i każdy z ojców na pewno mogliby napisać własną, która różniłaby się znacznie od tej. Co znalazłoby się na waszej? Co się przydało, a co właściwie moglibyście sprzedać nienaruszone? 
Czytaj dalej »

niedziela, 2 grudnia 2018

10 rzeczy, które zaskoczyły mnie w byciu rodzicem

0
Często jest tak, że zanim czegoś doświadczymy, to wyobrażamy sobie jak to mniej więcej wygląda. Jako dzieci sądzimy, że życie dorosłych to "mogę wszystko", a potem okazuje się, że to raczej "zobaczę na ile mogę sobie pozwolić, żeby nie przymierać głodem i nie stracić przy tym jasności umysłu". Zanim wybierzemy się na wakacje, wyobrażamy sobie jak będzie na miejscu, jak odpoczniemy leżąc plackiem, a już na samym urlopie zapominamy jak się odpoczywa. I tak dalej. Wszyscy też zanim zostaniemy rodzicami (oczywiście mówię tylko o tych, którzy rodzicami chcą zostać) mamy w głowie jakiś obraz rodzicielstwa, który potem ulega drastycznej zmianie. Oto kilka rzeczy, które mnie zaskoczyły (chociaż wiadomo, że każde dziecko, tak samo jak każdy człowiek dorosły, jest kompletnie inne, więc część tych podpunktów albo wszystkie u innych mam mogą wyglądać kompletnie inaczej).


1. Noworodki wcale nie śpią prawie przez cały czas

Mój "spał cały czas" z przerwami na jedzenie przez jakiś tydzień. Potem zrobiło się dużo, dużo trudniej.

2. Przewijanie i kupa nie są obrzydliwe

Serio, mleczne kupy są całkiem spoko (jakkolwiek to brzmi). Nie śmierdzą, łatwo da się nimi "zarządzać". Nie było dla mnie obrzydliwe nawet przyglądanie się im, kiedy działo się coś niedobrego. Zdarzyło mi się nawet ucieszyć na widok kupy, która już nie wyglądała na objaw problemów. Dlatego nie rozumiem tych całych historii o tym, jakie to przewijanie koszmarne, a w dodatku niemęskie ("Już ja widzę jak Adam będzie przewijał dziecko HE HE HE"). Przewijanie to zupełnie normalna czynność, czasem utrudniana przez zainteresowanego wszystkim wokół noworodka i jedna z najłatwiejszych w całym tym rodzicielstwie. I może być wykonywana z powodzeniem zarówno przez jednego, jak i drugiego rodzica.

3. Nie bałam się ciemiączka

Wizja tego, że moje dziecko będzie miało miękki fragment główki, na który trzeba uważać, była dla mnie naprawdę przerażająca. Bałam się, że go uszkodzę, źle złapię, że trzeba będzie wyjątkowo delikatnie się z tym obchodzić, a każdy najdrobniejszy błąd będzie mógł sprawić, że zrobię mojemu dziecku nieodwracalną krzywdę. Okazało się, że owszem, ciemiączko istnieje, ale dotykanie główki malucha nie wiąże się z przerażeniem. Intuicyjnie wiedziałam jak go łapać, a nawet trochę się cieszyłam, że dzięki ciemiączku widać jak dziecku bije serducho.

4. Nie bałam się podnoszenia dziecka

Może to kwestia tego, że mój kartofelek urodził się naprawdę duży (prawie pięć kilo), ale podnoszenie go również okazało się intuicyjne. Przed porodem myślałam, że będę się bała w ogóle wziąć go na ręce, że przypadkiem zrobię mu coś złego. Położne w szkole rodzenia mówiły nam, że o ile nie będziemy chcieli dziecka skrzywdzić celowo, to nic mu się nie stanie. I to prawda. Wystarczy ostrożność i wrodzona intuicja, a podnoszenie szkraba okazuje się sprawą prostą.

5.  Karmienie piersią za to nie jest proste

Z kolei to, co jawiło mi się jako banalnie proste, czyli karmienie piersią, okazało się najtrudniejszą rzeczą. W szkole rodzenia laktacji poświęcono jedne zajęcia i według mnie i tak dostałam więcej informacji niż większość matek w tym kraju, które nie mają pojęcia o tym, jak ten proces wygląda. Nadal jednak wyobrażałam sobie, że przystawię malucha i wszystko właściwie będzie działo się samo, malec będzie zadowolony i nakarmiony, a ja szczęśliwa i piękna niczym kobiety karmiące ze stylizowanych zdjęć na łąkach. Okazało się, że karmienie piersią to mega ciężka praca, która wymaga poświęcenia, czasu, a także nauki - zarówno ze strony matki, jak i dziecka. Na moje szczęście w moim otoczeniu (poza szpitalem) było niewiele głosów, które karmiły mnie mitami o chudym mleku, diecie matki karmiącej, małej ilości pokarmu, karmieniu co trzy godziny, czy innych równie bzdurnych pierdołach. Trafiła mi się dobra pediatra i wyrozumiała rodzina. Nie spodziewałam się, że przez pierwsze miesiące będę właściwie cały czas karmić, ale dzięki wiedzy, wsparciu, a przede wszystkim samozaparciu udało się, a potem zrobiło się ciut łatwiej. Teraz karmię małego co kilka godzin i cieszę się, że pod ręką mam zawsze niezawodny cyc uspokajacz, a moje dziecko dostaje najlepszy pokarm na świecie. Warto było przez te pierwsze dwa-trzy miesiące karmić właściwie non stop, mimo że ciągle np. w internecie, słyszę głosy o tym, że kp "nie warto za wszelką cenę" i mimo że kompletnie nie spodziewałam się, że tak to będzie wyglądało.

6. Wyjścia z domu bez dziecka kiedy karmisz piersią wcale nie są łatwe

Kiedy byłam w ciąży myślałam, że to żadna filozofia - odciągasz mleko, ktoś podaje dziecku jak cię nie ma, proste! Okazało się, że jest, oczywiście, zupełnie inaczej. Po pierwsze samo odciąganie w ogóle nie jest łatwe, zajmuje dużo czasu (przynajmniej mi), a podczas tego czasu mleka zbiera się niewiele. Nie ma szans, żeby tego samego dnia odciągnąć odpowiednią ilość mleka i zostawić je dziecku. Zwłaszcza jeśli cały czas zajmujesz się dzieckiem i nie masz kiedy tego mleka odciągać... Do tego dochodzą problemy z podaniem mleka - butelka zaburza odruch ssania, inne metody są dość skomplikowane albo przerażające dla innych (np. kubeczek), a nawet jeśli pogodzisz się z ryzykiem zaburzenia odruchu to... dziecko może nie chcieć butelki. I w ogóle może nie chcieć pić twojego mleka nie z cycka. Tak było u nas, co sprawiło, że pożegnałam się na długo z wielogodzinnymi wyjściami z domu bez dziecka. Zabierałam go więc ze sobą lub wychodziłam między karmieniami (na szczęście mały zaakceptował zasypianie z tatą i udawało się nawet wymknąć na koncert, byle szybko!).

7. Pieluszkowe zapalenie opon mózgowych dotyka chyba każdego w pewnym stopniu

Czy chcesz, czy nie, jakkolwiek będziesz się zarzekać, zrobisz jedną z tych dziwnych rzeczy, o które siebie samej nie podejrzewałaś. Ja na przykład poryczałam się na koncercie Beyoncé, kiedy na telebimach pokazano jej dzieci, a ja miałam świadomość, że po raz drugi w życiu zostawiłam syna samego z tatą. 

8. Zrzucenie wagi po porodzie to nie jest aż tak gigantyczny problem (chociaż nie uważam, że to było w jakikolwiek sposób istotne)

Po pierwsze codziennie robisz mega cardio - podnoszenie ciężarów, przysiady, nieraz bieganie (np. żeby szybko zrobić siku zanim dziecko się rozpłacze, że zniknęłaś). Po drugie - jeśli karmisz piersią to (chociaż słyszałam, że nie jest tak u absolutnie każdego) zużywasz mnóstwo energii i zarazem chudniesz. Ja zaczęłam ważyć mniej niż ważyłam przed ciążą bardzo, bardzo szybko, a kompletnie nie przywiązywałam do tego wagi (he he he, wagi) - po prostu nie miało to dla mnie żadnego znaczenia.

9. Chusta to nie fajny bliskościowy gadżet, chusta to konieczność

I znowu - oczekiwania versus rzeczywistość. W ciąży myślałam, że chusta będzie takim fajnym gadżetem do pobycia blisko z maluszkiem, wyjścia na fajny spacer oraz zrobienie sobie super profilowego (to jedno się udało!). Okazało się, że chusta to absolutna konieczność, zwłaszcza na samym początku. Nasz kartofelek to egzemplarz nieodkładalny na czas drzemek, a kiedy w okresie noworodkowym spał i jadł na przemian, a potem przeżywał ciężko kolki, chusta ratowała nam życie. Później przydawała się na spacerach, kiedy nie akceptował wózka. No i ostatecznie - to też jest fajny gadżet i przyjemna bliskość!



10. W życiu matki niemowlaka to wcale nie noce są najgorsze

Noce są trudne. Czasem nie śpi się całą noc, czasem pół, nie raz budzisz się po wielokroć. Zwłaszcza na samym początku. Ale nie wiem, czy to przez mój wcześniejszy dziwny tryb życia (praca w bardzo różnych godzinach, również w nocy, późne kładzenie się spać, wczesne pobudki), czy przez to, że bardzo, bardzo źle znosiłam sen w ciąży i nie spałam prawie w ogóle, ale noce z dzieckiem okazały się nie takie złe w porównaniu do snu i aktywności dziecka w dzień, kiedy to wszystko naprawdę jest wymagające. Oczywiście każde dziecko jest inne, ale mimo, że niektórzy szeroko otwierają oczy, kiedy mówię, że moje dziecko nadal budzi się w nocy (ma dopiero osiem miesięcy i nie spodziewam się, że ten stan szybko się skończy, ale ewidentnie niektórzy sugerują się albo własnym doświadczeniem albo bardzo dziwnymi informacjami) to mi jakoś te pobudki nocne nie przeszkadzają tak bardzo jak zdawało się, że będą przeszkadzać (jakbym dostała dolara za każde "wyśpij się" powiedziane mi w ciąży to dziś byłabym multimilionerem).

I BONUS, czyli podpunkt najważniejszy - zaprawdę nie ma tak wielkiej miłości jak ta do własnego dziecka.

Kocham moją rodzinę, kocham mojego męża (i to już od kilkunastu lat), kocham mojego psa. Moich przyjaciół. Ale, chociaż wcześniej myślałam, że to frazes, miłość do dziecka to jest coś zupełnie innego. To uczucie, którego nie doświadczyłam nigdy wcześniej w życiu, oddanie i radość połączone ze strachem, który towarzyszy ci już zawsze. I nawet jeśli zdajesz sobie sprawę, że miłość do dziecka to największa miłość w życiu, wiesz, bo tak mówią ci znajomi, blogi i telewizja, to nic nie przygotuje cię na to, co cię zaleje. I to będzie naprawdę przepiękne uczucie.
Czytaj dalej »

środa, 5 września 2018

Matka na festiwalu - Open'er i OFF z niemowlakiem

0
Jak wspomniałam ostatnio w tym roku po raz pierwszy wybrałam się na Open'era z nowym członkiem rodziny, czyli moim pierworodnym. Potem skoczyliśmy jeszcze wspólnie na OFF Festival.

Franek w momencie rozpoczęcia Open'era miał 3 miesiące i właściwie dopiero zaczęliśmy od niedawna ogarniać nasze wspólne życie na zadowalającym poziomie, że tak to ujmę - rozumieć siebie nawzajem dość dobrze. Festiwal jawił się więc jako naprawdę trudne przedsięwzięcie. Przed Open'erem szukałam informacji, relacji, jakichkolwiek śladów w internecie pozostawionych przez matki, które już przez to przeszły. Jednak nie bardzo się udało. Dlatego postanowiłam sama napisać z czym to się je, czyli czego możemy się spodziewać na miejscu, na co uważać, a czego się nie bać i jak wypadają OFF i Open'er w rodzicielskim porównaniu.


1. Jeśli karmisz piersią przygotuj się, że będziesz to robić w bardzo dziwnych sytuacjach

Mi się zdarzyło to czynić na backstage Open'era kiedy mijał mnie techniczny The Bad Seeds (o tym jak się tam znalazłam w poniższych punktach), w drodze na teren festiwalu niosąc młodego na rękach, w taksówce, w pociągu, a także na koncertach - między innymi Noela Gallaghera, Depeche Mode, Bruno Marsa, Arctic Monkeys, Big Freedi, Furii, Mosesa Sumneya, Clap Your Hands Say Yeah i wielu innych. Jednak jeśli się nieco wstydzicie to jest pocieszenie w tej całej sytuacji - na tak wielkiej imprezie ludzi jest dużo, a zdecydowaną większość interesuje głównie scena i muzycy na niej, a nie wy i wasze cycki, więc spoko.

1a. W ogóle a propos przygotowań - dobrze się przygotuj, zabierz co trzeba, żebyś nie musiała wracać z terenu na sygnale bo nie masz pieluch, mokrych chusteczek, kilku ubrań na przebranie w razie czego albo czegoś tam jeszcze. I pamiętajozmianach pogody i o żelu antybakteryjnym, bo na festiwalach trudno o umywalki, a przewijać dziecko będziesz na pewno. I nie zawsze na przewijaku. Nie przejmuj się, że masz tak dużo rzeczy, możesz je wozić w wózku, jest to całkiem wygodne!



2. Zapomnij o szczegółowym przeszukiwaniu przez ochronę i kolejce do wejścia

Zarówno na Open'erze, jak i na OFFie rodzice wchodzą na festiwal osobnym wejściem bez kolejki. Na Open'erze dzieje się to dodatkowo przez backstage, żeby było szybciej (stąd moje karmienie na backstage'u!). Przy takim przejściu zawsze towarzyszy wam wolontariusz. Jeśli ochrona was w ogóle przeszukuje, to jedynie pobieżnie (bo wyobraźcie sobie teraz zaglądanie w każdy zakamarek wózka albo niemowlęcej torby pełnej pieluch i mokrych chusteczek). Na Open'erze poza przejściem bez kolejki macie też wstęp na platformy dla niepełnosprawnych, żeby nie stać w tłumie z wózkiem na koncertach. My co prawda z nich nie skorzystaliśmy, uznając że są inni, którzy ich bardziej potrzebują - po prostu stawaliśmy raczej na tyłach i było spoko.


3. Zabierz WŁASNE ochraniacze słuchu dla dziecka

Po pierwsze jeśli masz własne ochraniacze to możesz najpierw wypróbować je w domu. Czy pasują, czy nie denerwują dziecka, czy da się je założyć na dziecko w chuście itd. Po drugie, mimo że organizatorzy obiecują, że na terenie kupisz ochraniacze dla dzieci, to ochraniacze to nie woda z kranu, której można dolewać do baniaków i mogą się skończyć. Tak zdaje się stało w tym roku na OFF Festivalu, gdzie zagubieni rodzice pytali nas skąd mamy ochraniacze, bo w sklepie festiwalowym ich nie ma. A jeśli w ogóle nie pomyśleliście o tym, żeby w takie ochraniacze zainwestować, bo po co, to uwierzcie mi - po prostu to zróbcie. Głośne dźwięki versus uszy malutkiego dziecka to nie jest równa walka, a jak podrośnie to jeszcze będzie miał okazję posłuchać muzyki na żywo bez większego ryzyka.


4. Pamiętaj - cyc albo chusta działają zawsze w 90 procentach 

 Jeśli będzie się coś działo, dziecku będzie źle, nie będzie mogło się uspokoić albo zasnąć, to te rzeczy zazwyczaj działają. Karmisz, wkładasz do chusty i możesz się spokojnie przemieszczać. Młodszy niemowlak pewnie prędko zaśnie, starszy z zaciekawieniem będzie oglądał otoczenie. A jak ci ciężko to zazwyczaj dziecko ma dwóch rodziców i tata też może chustować (chociaż karmić to nie za bardzo).


5. Strefa dla dzieci - Kids Zone versus Piaskoffnica 

Zarówno Open'er jak i OFF mają strefy dla dzieci (aby do nich wejść trzeba mieć specjalną opaskę, którą uzyskuje się po podpisaniu odpowiednich dokumentów, dodatkowo na OFFie na opasce dziecka znajduje się jego imię, nazwisko i numer telefonu do opiekuna). Strefy różnią się jednak i każda ma swoje plusy i minusy.

Open'er Kids Zone 
+ blisko głównej części festiwalu, z widokiem na main stage i łatwym dojazdem
+ czynna dość długo - do północy
+ przewijak i osobna toaleta (przewijaki są nawet dwa - zarówno w toalecie męskiej jak i damskiej)
+ gry i zabawy dla starszych dzieciaków
- jest w niej głośno ze względu na bliskość sceny
- mocno zatłoczona
- przewijak w blaszanym baraku, w którym może być gorąco i ciasno (ale za to nie pada!)
- osobne miejsce dla matek karmiących według mnie sugeruje, że powinny się schować, podczas kiedy uważam, że mogą spokojnie karmić i oglądać koncerty, ale z drugiej strony to plus, bo jeśli jakaś pani się wstydzi to może się tam schować i nie musi się gnieździć w toalecie

Piaskoffnica 
+ cicha i spokojna
+ nie ma sugerowania, że mama karmiąca powinna się schować, ale jakby chciała to z drugiej strony nie bardzo ma gdzie
+ przewijak pod dachem, ale na świeżym powietrzu
+ gry i zabawy dla starszych dzieciaków, a także lody
+ telefon do opiekuna na opasce
- trudny dojazd, daleko od głównej części festiwalu i droga nie jest ubita przez co przejazd z wózkiem jest karkołomny
- tylko jeden przewijak, ale ludzi jest mniej więc nie jest to duży problem
- czynna krótko - tylko do 20

6. Zacznij od zwiadu

Pamiętaj, aby zostawić sobie zapas czasu na sprawdzenie jak wszystko wygląda na miejscu (np. gdzie jest strefa dla dzieci), na uspokojenie się, rozeznanie, nakarmienie dziecka, wsadzenie do chusty i tak dalej. Poza tym z dzieckiem wszystko idzie wolniej.


7. Nastaw się na to, że nie zobaczysz wszystkiego 

Czasem będzie za gorąco albo będzie padało i na coś nie uda się pójść. Nie uda ci się szybko przebiec między scenami. Nie wytrzymasz z dzieckiem do późnych godzin nocnych na terenie (no ok - ja nie wytrzymywałam dłużej niż do 1 w nocy z kawałkiem, bo potem trzeba wstać około siódmej rano przecież). Wydasz więcej na dojazdy, bo komunikacja miejska ww trybie festiwalowym, czyli zatłoczona maksymalnie i bez klimy to nie będą warunki dla bobasa. Z drugiej strony jednak wydasz mniej na inne rzeczy, bo nie będziesz mieć czasu i rąk wolnych na milion przekąsek i piwo (a jeśli karmisz to w ogóle lepiej odpuść piwo). Ale zobaczysz tyle, ile się uda, zobaczysz to na czym ci najbardziej zależy i ogólnie - będzie dobrze, mimo że będzie trzeba czasem spontanicznie i szybko zmienić plan. Będziesz się stresować bardziej niż dziecko, które będzie miało jedzenie i twoją bliskość i będzie zadowolone, także nie przejmuj się i jedź. Będzie ciężko, ale do przeżycia. Najbardziej stresująco będzie pierwszego dnia, a potem to ogarniesz. Zobaczysz! 
Czytaj dalej »

czwartek, 12 października 2017

10 pozytywnych bohaterek dla dziewczynek na Dzień Dziewcząt

0
Zaznaczę na początku, że pozytywnych bohaterek dla dziewcząt na pewno jest więcej niż 10. Nie widziałam wszystkich filmów, nie przeczytałam wszystkich książek. Wybrałam jednak 10 postaci, które są mi szczególnie bliskie bądź dobrze spełniają cechy modelu, na jakim kolejne pokolenia kobiet mogą się wzorować. Niektóre po prostu w danym momencie przyszły mi do głowy. Oto lista 10 pozytywnych bohaterek specjalnie z okazji wczorajszego Międzynarodowego Dnia Dziewczynek.

Pippi Pończoszanka

To ja, kiedy na imprezie przebieranej dobrałam strój do osobowości
Ruda Szwedka była moją towarzyszką w dzieciństwie i zawsze mówię, że bardzo mocno mnie ukształtowała. Zdaje się, że moi rodzice uznali, że rudemu dziecku będzie się łatwo identyfikowało z innym rudym dzieckiem, stąd otaczanie mnie książkami o Pippi Pończoszance. Mówię to w zupełnie pozytywnym sensie - Pippi to mieszkająca sama dziewczynka, której dom jest pełen zagadek i sprzeczności. Jeździ na koniu, a jej zwierzątkiem domowym jest małpa. Przejawia szereg zainteresowań, które nie są stereotypowo dziewczyńskie, a dodatkowo jest nadludzko silna. Pippi walczyła też z mitem urody, zanim to było modne - pamiętacie, jak zaciekawiona pytała w sklepie po co komu maść do likwidowania piegów? Podkreśliła wtedy, że ona swoje lubi. Była też przede wszystkim dobrą przyjaciółką i pomocną osobą - trudno znaleźć lepszy przykład dla dziewczynek.

Emily the Strange // Dziwna Emilka

Obrazek pochodzi z emilystrange.com
Nie ma co ukrywać, Emily nie jest postacią z wybitnej literatury, czy filmu, powstała do ozdabiania ciuchów. Nie znaczy to jednak, że nie rozwinęła się w jak najbardziej pozytywną bohaterkę dla młodych dziewczyn. Do ciuchów dołączyły bowiem między innymi krótkie książeczki, które pozwoliły rozwinąć osobowość 13-latki. Jest blada, ma kruczoczarne włosy i mroczny wygląd. Nie boi się mówić tego, co myśli, otacza się czarnymi kotami i słucha dobrej muzyki. Odstaje od społeczeństwa, ale nie boi się, ani nie wstydzi swojej dziwności - tworzy z niej swój znak rozpoznawczy. Artystka, poszukiwaczka przygód, jeżdżąca na deskorolce wynalazczyni - marzycielka. A przede wszystkim nonkonformistka.

Chihiro ("Spirited Away")

Zródło: Spirited Away, Studio Ghibli
Po dotarciu z rodziną do obcego miejsca w początkowych scenach animacji "Spirited Away" Chihiro ostrzega ich, że coś jest nie tak, jednak jak to około 10-letnia dziewczynka jest lekceważona. Nie zmienia to jednak jej podejścia, przez co część krytyków filmu nazywa ją "niewychowaną", chociaż okazuje się przecież, że jej przeczucia były słuszne - Chihiro i jej rodzice znaleźli się w krainie bogów. Oni zostali zamienieni w świnie za spożycie pokarmu nie dla ludzi, a ich córka postanawia ich ocalić. Jak zauważa portal "Vice" w swoim tekście o filmie, Chihiro nie zmienia się potem w "grzeczną dziewczynkę", nadal pozostaje sobą i nie jest to krytykowane. W ogóle w filmie nie ma dobrych i złych, są za to szarości zamiast bieli i czerni, a interpretacje tego, co widzimy na ekranie są nieskończone - między innymi pojawiła się teoria o tym, że film mówi o konflikcie między nowoczesną i tradycyjną Japonią, jak również, że może poruszać trudny temat dotyczący wykorzystywania dziewcząt w domach publicznych.

Elsa i Anna ("Kraina lodu")

Zródło: Disney
Elsą i Anną z "Krainy lodu" zachwycali się chyba już wszyscy. Film Disneya, w którym najważniejszym związkiem nie jest ten między mężczyzną a kobietą, a między dwoma kochającymi się i wspierającymi siostrami. Tak bardzo kochającymi, że jedna przez lata ogranicza swoje magiczne moce, aby nie skrzywdzić siostry, a ostatecznie ucieka z ich wspólnego zamku, a druga postanawia stawić czoła przeciwnościom i ją odnaleźć. Zachęca też Elsę, nie odrzucając jej dziwności, aby nie ograniczała swoich mocy i korzystając z nich zasiadła na przynależnym jej królewskim tronie - bez konieczności zaślubin.

Tiana ("Księżniczka i żaba")

Zródło: Disney
Przed "Krainą lodu" był jeszcze jeden film Disneya, który dokonał pewnego przełomu, chociaż nie tak dużego i nie na taką skalę (jeśli chodzi o popularność) jak historia Elsy i Anny. "Księżniczka i żaba" pokazała nam Tianę, pierwszą czarnoskórą księżniczkę Disneya, której największym marzeniem był własny biznes. Od początku filmu widzimy, jak dziewczyna dąży do otwarcia własnej restauracji. Inaczej niż w "Krainie lodu" trafia co prawda na księcia, który okazuje się pomocny, ale to ona jest główną siłą napędową. I to ona ratuje go z opresji, kiedy zwiedziony próżnością daje zamienić się w żabę. Ciekawy wątek stanowi też relacja Tiany z jej bogatą przyjaciółką Charlotte. Różowa, typowo "księżniczkowata" i umalowana blondynka nie jest tu czarnym charakterem, pokazując, że każda dziewczyna może realizować swoje marzenia i gusta jak chce, również w bardziej stereotypowy sposób. Kiedy wydaje się, że dziewczyny będą walczyć o faceta, okazuje się, że zamiast tego wspierają siebie nawzajem. A do tego wszystkiego dodajmy jazz i blues prosto z Nowego Orleanu. Bardzo niedoceniony, a bardzo warty waszego czasu film.


Merida ("Merida waleczna")

Zródło: Disney
Między "Księżniczką i żabą" a "Krainą lodu" powstał jeszcze jeden film Disneya godny wymienienia w tym tekście, a mianowicie powstała we współpracy z Pixarem "Merida waleczna". Do Meridy jako naczelny szkocjofil mam szczególnie ciepłe uczucia. Ruda (znowu) dziewczyna odrzuca w filmie tradycje, w tym wizję zaaranżowanego małżeństwa i pokazuje, że bez faceta poradzi sobie najlepiej wygrywając w turnieju strzeleckim ze wszystkimi kandydatami na jej męża. Przez to podejście przez niektóre konserwatywne środowiska amerykańskie Merida była podejrzewana o bycie pierwszą księżniczką-lesbijką, co oczywiście jest zarzutem absurdalnym - bo od kiedy to, że nastolatka nie chce być zmuszana do małżeństwa przesądza o jej orientacji seksualnej? A nawet jeśli? Tak czy inaczej oprócz buntu "Merida waleczna" skupia się na relacji głównej bohaterki z matką (tak jak w "Krainie lodu" zamiast relacji z mężczyzną mamy relację siostrzaną). Nie jest to relacja łatwa (jak w życiu), a obie kobiety muszą przejść długą drogę, aby zrozumieć swoje podejście do siebie nawzajem oraz do tradycji. A w tle tej całej historii mamy piękną szkocką przyrodę. I szkockie zwierzęta.

Diana Prince ("Wonder Woman") 

Zródło: DC Comics
Najnowsza produkcja DC o Wonder Woman nie spełnia wszystkich oczekiwań feministek, ale na pewno zahacza o kilka bardzo istotnych punktów. Diana, podobnie jak inne bohaterki na tej liście, kwestionuje tradycyjne postrzeganie kobiety w społeczeństwie, walczy mieczem lepiej niż wszyscy mężczyźni w filmie razem wzięci, potrafi rozmawiać otwarcie o relacjach międzyludzkich (i seksie) nie kwestionując żadnego sposobu na życie i miłość (zwróćcie uwagę na jej dialog z kapitanem Stevem na łodzi, kiedy opuszczają Themyscirę). Poza tym znowu to mężczyzna jest tutaj "damą w opałach", a Diana nigdy nie daje się usunąć w kąt, kiedy wszystkich pochłania ogień walki. Najważniejszy w tym filmie był jednak nacisk położony na ekologię - Diana broni przyrody dosłownie własnym ciałem, a w obrazie wielokrotnie podkreślone jest to jak istotne są nasze zasoby naturalne. Można by oczekiwać od tego filmu jeszcze trochę więcej, ale to bardzo dobry początek! 


Katniss Everdeen ("Igrzyska śmierci")

Zródło: Lionsgate
Większość pewnie zna Katniss jako dziewczynę z twarzą Jennifer Lawrence, ale "Igrzyska śmierci" to przede wszystkim fantastyczna seria książek dla młodzieży. Dystopijna wizja, w której dzieci co roku zmuszane są do walki na śmierć i życie, a spośród nich wybierany jest jeden zwycięzca - ten, który przeżyje. W tej rzeczywistości żyje Katniss, nastolatka, która postanawia uratować swoją młodszą siostrę i zastąpić ją w Igrzyskach. Podczas samej rozgrywki skupia się przede wszystkim na współpracy, nie zaś na rywalizacji (między innymi z młodszą dziewczyną Rue, a także z kolegą z dystryktu, którego ratuje przed śmiercią). Aby ratować bliskich daje się wkręcić w trybiki machiny propagandowej, a potem bez jej woli opozycja tworzy z niej ikonę oporu. Katniss ma jednak własny plan na walkę z totalitarną władzą, jak również doskonale rozumie niebezpieczne mechanizmy, które tworzą się w nowym reżimie. Nigdy nie idzie z prądem i zawsze jest przeciwna bezsensownej przemocy, a także bezsensownej zemście. Sama decyduje o sobie (a także swoim życiu uczuciowym), sama potrafi zadbać o siebie i całą rodzinę (między innymi poluje). To naprawdę bardzo dobry przykład.

Judy Hopps ("Zwierzogród")

Zródło: Disney
Judy Hopps to jedyne zwierzę na tej liście, ale spokojnie możemy mówić o niej jako o człowieku. W spersonifikowanym zwierzęcym świecie disnejowskiego "Zwierzogrodu" jest główną bohaterką. Mimo bycia królikiem Hopps marzy o pracy w policji - zawodzie do tej pory zdominowanym przez duże zwierzęta, takie jak tygrysy, czy byki. Wyprowadza się ze wsi do dużego miasta i mimo, że dostaje najprostsze zadania - wlepianie mandatów za złe parkowanie - postanawia poświęcić się własnej sprawie tajemniczych zaginięć. Bajka opowiada przede wszystkim o krzywdzącej sile uprzedzeń - Hopps jest uznawana za zbyt słabą ze względu na swój gatunek, zaś przy okazji rozwiązywania zagadki kryminalnej idylliczny Zwierzogród, gdzie wszystkie zwierzęta żyją w pokoju, zwraca się szybko przeciwko drapieżnikom wytaczając przeciw nim argumenty znane nam z życia codziennego - że coś leży "w ich naturze". Judy oczywiście sprzeciwia się stereotypom, chociaż przez moment sama daje się wciągnąć w fałszywą narrację.

Leia Organa i Rey ("Gwiezdne wojny")

Zródlo: Star Wars, Lucasfilm
Na koniec dwa przykłady, które pewnie większości przychodzą na myśl w pierwszej chwili, kiedy myślą o silnych, niezależnych bohaterkach. Leia Organa i Rey, dwie kobiety ze starych i nowych "Gwiezdnych Wojen" (dość świadomie pomijam tu dość przezroczystą Padme...). Leia to wojowniczka, która na równi z Hanem i Lukiem walczy z Imperium. Wojskowa o stopniu generała, ale też księżniczka. Jej romans z Hanem nie jest sytuacją, w której ona jest nagrodą dla niego - ich relacja jest równoważna i nie stanowi jedynego aspektu jej postaci. Dodatkowo grająca Leię Carrie Fisher prywatnie zawsze propagowała idee feministyczne, doradzając również młodszym koleżankom z planu (między innymi polecała, aby nie dały się wcisnąć w seksistowski kostium, tak jak ona - ale wbrew pozorom nawet w nim pokazała swoją siłę). Rey, bohaterka najnowszej serii "Gwiezdnych wojen", nazywana jest z kolei nowym Lukiem Skywalkerem. Nie zna swoich rodziców, sama radzi sobie na nieprzyjaznej, pustynnej planecie. Współpracuje z napotkanymi mężczyznami, a Han Solo widzi w niej córkę, której nigdy nie miał - przekazuje jej swoje umiejętności, a także ufa, że dobrze pokieruje jego statkiem wspólnie z jego dawnym przyjacielem - Chewbaccą. Rey, podobnie jak Luke, odkrywa też w sobie moc, a jako nauczyciela wybiera właśnie Skywalkera. Pozostaje z niecierpliwością czekać, co z tego wyniknie.

Kogo jeszcze widzielibyście na takiej liście?
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia