Ostatni post na tym blogu zamieściłam dobre kilka lat temu, a od tego czasu wiele się wydarzyło. Na tyle, że postanowiłam powrócić do pisania, skoro mam trochę czasu i trochę słów, którymi chciałabym się gdzieś podzielić.
Nie będę tu streszczać tych kilku lat, bo nie ma to większego sensu, ale może warto wspomnieć, że w międzyczasie przeprowadziłam się, wzięłam ślub i adoptowałam psa.
Oto pies Tesla, który ma trzy łapy/pitfotoart.pl
Zaczęłam też nową pracę i nowe studia, ale nie jest to aż tak interesujące jak na przykład pies.
To naprawdę fajny pies
Skoro już przy psie jesteśmy, to Tesla (bo takie ma imię i nie, nie jest suczką) mieszka z nami już od ponad roku i na pewno będzie jednym z tematów na tym blogu. Aczkolwiek nie będzie to też typowo psi blog. Jaki będzie? Zobaczymy.
W "Wiadomościach Sąsiedzkich Wesoła" pojawiła się (jak co miesiąc) moja
recenzja - tym razem najnowszego wydawnictwa Swans - "To Be Kind". Poniżej, jak zwykle,
zamieszczam początek tekstu, a do całości odsyłam tu (nr 163, str. 24). W numerze 162 znajdziecie też mają recenzję filmu "Zniewolony. 12 Years a Slave".
Następny krok geniuszy
Swans, "To Be Kind"
Ja i Michael Gira po koncercie Swans na festiwalu Unsound w Krakowie
Swans kontynuują swoją karierę najlepszego zespołu na tej planecie. Ich przedostatni album, o którym kiedyś pisałam, „The Seer” osiągał we wszystkich najważniejszych zestawieniach status ówczesnej płyty roku. Podobnie dzieje się z ich kolejnym krążkiem, „To Be Kind”. Od razu po wydaniu, w połowie tego roku (w maju), został nazwany przez krytyków objawieniem i najlepszą płytą w 2014. Pokazał też, że Swans nie jadą utartym torem i potrafią poszukiwać w nieco innych stylach.
„To Be Kind”, podobnie jak „The Seer” jest albumem potężnym (trwa 120 minut, znajduje się na nim 10 utworów). Jednak nieco mniej tu majestatycznych i mrocznych kompozycji, a więcej dziwacznych i pokręconych, zapadających w pamięć utworów. Michael Gira, lider kapeli, wciąż buduje skomplikowane dźwięki, tworząc swój własny muzyczny epos, jednak tym razem podąża nieco innym ścieżkami. Album wydaje się przez to szybszy, bardziej energiczny, ale nie pozbawiony wrażenia z obcowaniem z misternie uplecionym geniuszem.
Główną rolę odgrywa tym razem bas. Nadaje rytm, który jest najważniejszym punktem na albumie. To do niego dodawane są kolejne elementy, podążające wyznaczoną przez niego ścieżką. Słychać to wyraźnie w otwierającym album „Screen Shot”, czy też w utworach takich jak singlowe „Oxygen”. Drugim bohaterem jest tu niewątpliwie budująca pokręcony klimat gitara. Nie brakuje tu jednak niskiego, tajemniczego, momentami zwierzęcego i dzikiego wokalu Giry, wybijającej zabójczy rytm perkusji, czy też innych instrumentów dodających dziwaczności takich jak gongi, syntezatory, dzwonki i inne.
Jak wspomniałam na „To Be Kind” Swans szukają nowych rozwiązań. Jeśli chcemy na albumie znaleźć typowo swansowe, majestatyczne kompozycje, to oczywiście znajdziemy je pod postacią utworów takich jak chociażby „Bring The Sun/Toussaint L'Ouverture”. Jednak dużo tutaj tego, co na „The Seer” dopiero się przebijało – wspomnianych przeze mnie nieco mocniejszych, bardziej energicznych, szybszych, ale za to dużo bardziej pokręconych utworów. Takimi kawałkami są chociażby „A Little God In My Hands”, „Oxygen”, „Screen Shot”. Momentami jest też melancholijne, jak w „Just A Little Boy (For Chester Burnett)”. Mamy więc mieszankę klimatów, która jednak układa się w spójną całość, w której nie brakuje znanym fanom rozciągniętych kompozycji, narastającego klimatu i powtarzających się, budujących utwory sekwencji.
Teksty nie są tutaj prawie w ogóle istotne. Chociaż płyta jest dużo mniej instrumentalna niż „The Seer”, to wokal Giry jest tu raczej kolejnym instrumentem (zwłaszcza w utworach, w których po prostu bełkocze), niż nośnikiem treści. Mamy tu bardziej metafizyczne tematy, takie jak sens życia („Screent Shot”, „Some Things We Do”), czy też bardziej nietypowe dla takiej muzyki - astma w „Oxygen”, czy też film „Melancholia” von Triera w „Kirsten Supine” (według mnie trudno o lepsze połączenie – film o apokalipsie i apokaliptyczna muzyka Swans zdają się do siebie pasować jak ulał). Wszystkie treści są jednak przekazane za pomocą dość minimalistycznej poezji.
Całość do przeczytania w "Wiadomościach Sąsiedzkich Wesoła"!
Ja i Michael Gira po koncercie Swans na festiwalu Unsound w Krakowie
Od niedawna w mediach różnego rodzaju możemy obserwować kampanię
zachęcającą dziewczyny do uczestnictwa w lekcjach WF-u. Zachęca je do
tego wysportowana Anna Lewandowska, mistrzyni karate.
Niby wszystko fajnie.
Popieram każdą akcję, która promuje to, że dziewczynki mogą chcieć
interesować się czymś innym niż tym, na co wskazują stereotypy - czyli
najczęściej kwestiami dotyczącymi własnego wyglądu. Super więc, że
zachęca się je do uprawiania sportu, który na pewno kształtuje
charakter, ale również poprawia zdrowie.
Jednak cały
szkopuł tkwi w tym, że najczęściej bardzo trudno doceniać polskie lekcje
WF-u. Sama uczęszczałam na nie zaledwie kilka lat temu i przyznam
szczerze, że nie darzyłam ich sympatią. Zwolnienia sprawiały radość. Nie
dlatego jednak, że nie lubię sportu. Bardzo dobrze pływam i jeżdżę na
rowerze, całkiem nieźle radzę sobie również na nartach. Średnio to
jednak interesowało większość wuefistów. Polskie WF-y są najczęściej
przeprowadzane na odwal się, na zasadzie "macie piłkę, zróbcie coś". Nie
traktują sportu kompleksowo, a uczniów jak jednostki. Jeśli jesteś w
czymś słaby, to znaczy, że ogólnie się nie nadajesz. Kuriozum spotkałam w
liceum, gdzie głównym punktem naszych zajęć była siatkówka, której
osobiście nie trawię (aczkolwiek jedynie w praktyce, uwielbiam ją za to
oglądać). Jeśli ktoś nie miał ochoty na kolejną pod rząd, setną
rozgrywkę, mógł ewentualnie pobawić się szarfą. Szkoda, że nikt nas nie
nauczył jak tą szarfą się posługiwać. Zamiast prawdziwego sportu
chodziłyśmy więc znudzone po korytarzach ciągnąc za sobą żałosny kawałek
materiału. Na koniec roku, tuż przed pójściem na studia, miałam
zagrożenie tróją z WF-u. Argumentacja nauczycielki? "Czwórka
oznaczałaby, że umiesz grać w siatkówkę. A nie umiesz. Ktoś na studiach
spojrzy na twoje świadectwo i będzie tego wymagał". Jasne. Na studiach
nikt o nic mnie nie pytał, na WF zapisałam się na jaki chciałam
(oczywiście basen), a każda kolejna trenerka wychwalała moje
umiejętności i pokazywała jako przykład grupie rosłych facetów, którzy
ze mną konkurowali (tak, w jednym semestrze byłam jedyną dziewczyną w
męskiej grupie i nie, nie należałam do najgorszych).
Jednak
większość polskich podstawówek, gimnazjów i liceów zapomina, że
istnieją sporty poza grami zespołowymi i bieganiem. Obowiązkowo trzeba
odwalić elementy akrobatyki, takie jak przewroty czy skoki oraz tenisa
stołowego (co z tego, że w liceum dostawałam z nich dobre oceny,
przecież liczy się tylko SIATKÓWKA). Najczęściej nie ma mowy o tańcu,
basenie i tym podobnych. Moje doświadczenia nie są tutaj odosobnione.
Oczywiście nie wszyscy wuefiści
są źli. Spotykałam na swojej drodze nielicznych, którzy rozumieli, że
nie każdy od razu musi być czempionem. Przysłowiowo nie kazali rybie
wchodzić na drzewa, a małpie pływać. Rozumieli, że każdy ma swoje
ograniczenia, zdrowotne czy fizyczne. Proponowali inne rodzaje sportu,
zachęcali do rozwoju. Jednak to kropla w morzu tego, co wymaga
poprawienia.
Także dalej zachęcajmy dziewczyny do
sportu. Ale najpierw sprawmy, żeby rzeczywiście miały gdzie ten
charakter kształtować. Bo chyba nie w polskiej szkolnej sali
gimnastycznej.
W "Wiadomościach Sąsiedzkich Wesoła" pojawiła się (jak co miesiąc) moja
recenzja - tym razem albumu "World Music" zespołu Goat. Poniżej, jak zwykle,
zamieszczam początek tekstu, a do całości odsyłam tu (nr 161, str. 13). W numerze 159 znajdziecie też mają recenzję albumu "Składam się z ciągłych powtórzeń" Artura Rojka.
Szamani XXI wieku
„World Music”, Goat
Kiedy pierwszy raz spotykamy się z zespołem Goat, możemy mieć kilka myśli. Np. że to zespół pochodzenia afrykańskiego, który z dumą czerpie z szamańskich zwyczajów przodków. W końcu ich muzyka brzmi jak czary, a swoje koncerty sami nazywają „rytuałami”, na których tańczą jak opętani przebrani w kolorowe stroje i podobne do zwierząt maski. I wyraźnie jest to skuteczne, bo nie tylko hipnotyzują tysiące fanów, ale na koncercie na OFF Festivalu w zeszłym roku zdołali przywołać pierwszy deszcz (a było naprawdę gorąco). Jednak nasze pierwsze założenie było błędne. Goat to grupa z mroźnej Szwecji. Ale klimat suchych pustyń i sawann oddają doskonale.
Zainteresowania zespołu klimatami vodoo znajdują jednak swoje uzasadnienie. Mimo, że większość jego członków pochodzi z Göteborga, swoich korzeni dopatrują się w Korpilombolo na północy Szwecji. Miasto to ma mieć tradycję związaną z kultem voodoo, po tym jak kiedyś przybył do niego szaman i w nim zamieszkał. Goat sądzą również, że po zniszczeniu miasta przez uczestników krucjaty, mieszkańcy uciekli i nałożyli na nie klątwę. Zainspirowani tymi historiami łączą zatem dawne instrumenty i motywy muzyczne ze współczesnym graniem gitarowym na naprawdę wysokim poziomie. Gatunek? W sumie trudno go określić. Niektórzy dopatrują się w nim afrobeatu, inni fusion, ale najłatwiej pozostać przy dość szerokiej, acz trafnej etykietce – alternatywie.
Album „World Music” to debiut zespołu. Muzycznie wyraźnie czerpie nie tylko z szamańskich rytuałów, ale też z rocka (mocne gitary chociażby w „Goatman”), jazzu (chociażby w jazzowej solówce „Let it bleed”), czy też reggae (znowu gitary, tym razem jednak te bardziej rytmiczne i bujające sekwencje). Przesterowany wokal jest celowo niezrozumiały, krzyki i wycie oraz powtarzanie słów brzmią niczym odprawianie czarów nad wielkim ogniskiem, wokół którego tańczą członkowie plemienia. Czasami brzmi to mrocznie, niczym przywoływanie bądź odpędzanie złych sił, czy też ceremonia pogrzebowa (melancholijne „Goatlord”) ale przez większość czasu podczas słuchania „World Music” mamy ochotę poderwać się do dzikiego tańca (spróbujcie usiedzieć przy hicie „Run To Your Mama”). Mamy wrażenie obcowania z szamanami dwudziestego pierwszego wieku, którzy do swojego arsenału instrumentów magicznych zaprzęgli gitary elektryczne oraz perkusję i czerpią z tradycji gigantów rock and rolla – w końcu trzeba przemówić nowym językiem do nowych wyznawców. Utwory zaskakują zmianami rytmu, nietypowymi połączeniami stylistycznymi, ale jednocześnie doskonałymi umiejętnościami muzycznymi. Płyty słucha się tak dobrze, że nie zauważa się, kiedy się skończyła. Dajemy się ponieść rytmicznym bębnom i pragniemy, aby ta dziwaczna ceremonia jeszcze się ciągnęła.
Całość do przeczytania w "Wiadomościach Sąsiedzkich Wesoła"!
I tak oto przyszedł dzień szkockiego referendum niepodległościowego. Dla mnie, jako wielkiego miłośnika tego kraju, jest to moment szczególnie ważny. Jadąc w sierpniu tego roku na festiwal Fringe myślałam, że chciałabym, żeby Szkoci powiedzieli niepodległości "tak", ale jednocześnie nie wierzyłam, że może się to stać. Teraz kiedy decyzja jest praktycznie postawiona na ostrzu noża (jakiś czas temu po debacie wygranej przez premiera i lidera partii narodowej Alexa Salmonda głosów za niepodległością zaczęło przybywać, co zmieniło znacznie dotychczasową sytuację) można spodziewać się wszystkiego. Tym bardziej, że do ustalenia wyniku referendum wystarczy zwykła większość, nie ma też ograniczeń jeśli chodzi o wymaganą frekwencję. Dosłownie pięć osób może zadecydować o losie Szkocji. Trzy będą na tak, dwie na nie. I tyle. Oczywiście jest to sytuacja skrajnie nieprawdopodobna biorąc pod uwagę spore zainteresowanie referendum, ale tak czy inaczej to co stanie się dzisiaj jest wielką niewiadomą.
Edynburg, fot. Martyna Nowosielska
Edynburg, fot. Martyna Nowosielska
Podczas pobytu w Edynburgu w sierpniu oraz podczas innych wcześniejszych rozmów ze Szkotami starałam się uzyskać obraz tego, jak "zwyczajni" mieszkańcy podchodzą do tematu niepodległości. W mediach światowych przedstawia się to bowiem jako ruch nacjonalistów, który może mieć gigantyczny wpływ nie tylko na Szkocję (większość zakłada jej ekonomiczną tragedię po ewentualnym odłączeniu od Wielkiej Brytanii), ale również na całą Europę i świat. Nie cichną dyskusje o tym, jak zareagować powinna Unia Europejska. Szkocja bowiem wraz z odłączeniem od Królestwa odłączy się również od UE. Pod znakiem zapytania staje kwestia tego, czy UE zechce znowu przyjąć ją na swoje łono. Byłoby to na pewno zachętą dla innych ruchów niepodległościowych do kolejnych odseparowań, co może wpłynąć na destabilizację Europy. Z drugiej jednak strony nie można przecież sprzeciwić się demokratycznie podjętej decyzji.
Edynburg, fot. Martyna Nowosielska
Obywatele Szkocji o referendum, jak widać ze statystyk, myślą różnie. - Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, jak ekonomicznie może to mieć dla nas fatalne konsekwencje. Dlatego jestem przeciw - powiedziała mi znajoma z miasta Oban, studiująca w Glasgow Sarah. Dodała przy tym, że kiedyś taka walka mogła mieć sens, ale obecnie, przy tak szeroko zakrojonej dewolucji, nie ma to sensu. Inne zdanie na ten temat ma Ben, przewodnik wycieczek z Edynburga - Ludzie dużo mówią na temat ewentualnych problemów ekonomicznych. Tymczasem mamy duże zasoby energetyczne jak również potencjał jeśli chodzi o technologię - powiedział. - Chciałbym niepodległości, chociaż z początku byłem przeciwny. Ale nie wiem czy to się stanie. Ludzie nie lubią zmian - dodał.
Edynburg, fot. Martyna Nowosielska
Jednym z zarzutów stawianych ruchowi niepodległościowemu w Szkocji jest oskarżenie o nacjonalizm. - Jestem dumną Szkotką i patriotką, ale nie nacjonalistką - powiedziała znana z talent show piosenkarka Susan Boyle, uzasadniając swój głos na nie. Podobne zdanie ma też chociażby J. K. Rowling, która na kampanię przeciw niepodległości przeznaczyła znaczną sumę pieniędzy kierując przy tym agresywne oświadczenie w stronę "nacjonalistów". Tymczasem w Szkocji zwolennikami referendum są zwolennicy lewicy. - Niepodległość byłaby dobra, ponieważ Szkocja głosuje na lewo, nie zaś na prawo, tak jak reszta Królestwa. Mielibyśmy więcej wpływu na własną politykę, nie ginęlibyśmy w polityce całej Wielkiej Brytanii - powiedział Ben. - Głosy oddawane przez nas na nacjonalistów są wynikiem sprzeciwu, nie zaś poparcia dla samej partii - dodał. Potwierdzać poparcie lewicy może fakt, że podczas pobytu w stolicy spotkałam tylko jedną grupę agitującą na ulicy za niepodległością. Szkocką Partię Socjalistyczną. - Zbliżamy się do 40 paru procent poparcia - powiedział mi jeden z ich przedstawicieli. - Bardzo liczę na to, że Szkoci zagłosują za, ale nawet jeśli nie uda się to w tym roku, to na pewno w przeciągu najbliższych 15 lat - dodał optymistycznie.
Edynburg, fot. Martyna Nowosielska
Głosy za i przeciw widać też w oknach na ulicach Edynburga, gdzie ludzie wywieszają plakaty wyrażające ich pogląd na sprawę. Zaangażowanie to nie jest jednak tak duże, jak można by się spodziewać po tak ważnej kwestii. Należy też pamiętać, że prawdopodobnie inne podejście mogą mieć ludzie mieszkający w stolicy (jak wspominany przeze mnie Ben), który widzą tłumy turystów i pozostają pozytywnie nastawieni do wyzwolenia swojego kraju, jak również mają szerszą wiedzę na ten temat, a inne ludzie mieszkający w mniejszych miastach, gdzie z jednej strony wygrywać może przyzwyczajenie, a z drugiej perspektywa historyczna. Poza tym, jak podkreślił Ben, ruch niepodległościowy w Szkocji wyszedł ze strony polityków - dokładnie Szkockiej Partii Narodowej, która zachęcona głosami poparcia (jak wspomniałam - głosami nie na nich lecz głosami sprzeciwu) wyszła z pomysłem referendum. Inne ruchy tego typu na świecie wychodzą zazwyczaj ze strony ludzi, co sprawia, że cieszą się większym zainteresowaniem. Z tego względu referendum w Szkocji może się jednak zakończyć decyzją o pozostaniu w Królestwie.
Edynburg, fot. Martyna Nowosielska
Edynburg, fot. Martyna Nowosielska
Jakkolwiek Szkocja dziś nie zadecyduje, na pewno wpłynie to na dalszą politykę w ich kraju. Jeśli zagłosują za wpłyną też na losy całego świata. Będzie to precedensowa sytuacja, z którą reszta krajów będzie musiała sobie poradzić. Głosy póki co pozostają podzielone - z jednej strony mamy mówiącą o nacjonalistach Susan Boyle, z drugiej muzyków Mogwai czy Franz Ferdinand, którzy w niepodległości widzą też szansę na większą niezależność artystyczną. Z jednej strony mamy Alexa Salmonda, z drugiej Alistaira Darlinga. Kogo Szkocja dziś poprze? Albo inaczej - jaki los Szkoci wybiorą dla siebie? Bo przecież o ludzi tu chodzi, nie o polityków. Dowiemy się wkrótce.