czwartek, 6 listopada 2014

Swans, "To Be Kind" - recenzja

0
W "Wiadomościach Sąsiedzkich Wesoła" pojawiła się (jak co miesiąc) moja recenzja - tym razem najnowszego wydawnictwa Swans - "To Be Kind". Poniżej, jak zwykle, zamieszczam początek tekstu, a do całości odsyłam tu (nr 163, str. 24). W numerze 162 znajdziecie też mają recenzję filmu "Zniewolony. 12 Years a Slave".

Następny krok geniuszy
Swans, "To Be Kind"

Ja i Michael Gira po koncercie Swans na festiwalu Unsound w Krakowie

Swans kontynuują swoją karierę najlepszego zespołu na tej planecie. Ich przedostatni album, o którym kiedyś pisałam, „The Seer” osiągał we wszystkich najważniejszych zestawieniach status ówczesnej płyty roku. Podobnie dzieje się z ich kolejnym krążkiem, „To Be Kind”. Od razu po wydaniu, w połowie tego roku (w maju), został nazwany przez krytyków objawieniem i najlepszą płytą w 2014. Pokazał też, że Swans nie jadą utartym torem i potrafią poszukiwać w nieco innych stylach.

„To Be Kind”, podobnie jak „The Seer” jest albumem potężnym (trwa 120 minut, znajduje się na nim 10 utworów). Jednak nieco mniej tu majestatycznych i mrocznych kompozycji, a więcej dziwacznych i pokręconych, zapadających w pamięć utworów. Michael Gira, lider kapeli, wciąż buduje skomplikowane dźwięki, tworząc swój własny muzyczny epos, jednak tym razem podąża nieco innym ścieżkami. Album wydaje się przez to szybszy, bardziej energiczny, ale nie pozbawiony wrażenia z obcowaniem z misternie uplecionym geniuszem.

Główną rolę odgrywa tym razem bas. Nadaje rytm, który jest najważniejszym punktem na albumie. To do niego dodawane są kolejne elementy, podążające wyznaczoną przez niego ścieżką. Słychać to wyraźnie w otwierającym album „Screen Shot”, czy też w utworach takich jak singlowe „Oxygen”. Drugim bohaterem jest tu niewątpliwie budująca pokręcony klimat gitara. Nie brakuje tu jednak niskiego, tajemniczego, momentami zwierzęcego i dzikiego wokalu Giry, wybijającej zabójczy rytm perkusji, czy też innych instrumentów dodających dziwaczności takich jak gongi, syntezatory, dzwonki i inne.

Jak wspomniałam na „To Be Kind” Swans szukają nowych rozwiązań. Jeśli chcemy na albumie znaleźć typowo swansowe, majestatyczne kompozycje, to oczywiście znajdziemy je pod postacią utworów takich jak chociażby „Bring The Sun/Toussaint L'Ouverture”. Jednak dużo tutaj tego, co na „The Seer” dopiero się przebijało – wspomnianych przeze mnie nieco mocniejszych, bardziej energicznych, szybszych, ale za to dużo bardziej pokręconych utworów. Takimi kawałkami są chociażby „A Little God In My Hands”, „Oxygen”, „Screen Shot”. Momentami jest też melancholijne, jak w „Just A Little Boy (For Chester Burnett)”. Mamy więc mieszankę klimatów, która jednak układa się w spójną całość, w której nie brakuje znanym fanom rozciągniętych kompozycji, narastającego klimatu i powtarzających się, budujących utwory sekwencji.

Teksty nie są tutaj prawie w ogóle istotne. Chociaż płyta jest dużo mniej instrumentalna niż „The Seer”, to wokal Giry jest tu raczej kolejnym instrumentem (zwłaszcza w utworach, w których po prostu bełkocze), niż nośnikiem treści. Mamy tu bardziej metafizyczne tematy, takie jak sens życia („Screent Shot”, „Some Things We Do”), czy też bardziej nietypowe dla takiej muzyki - astma w „Oxygen”, czy też film „Melancholia” von Triera w „Kirsten Supine” (według mnie trudno o lepsze połączenie – film o apokalipsie i apokaliptyczna muzyka Swans zdają się do siebie pasować jak ulał). Wszystkie treści są jednak przekazane za pomocą dość minimalistycznej poezji.

Całość do przeczytania w "Wiadomościach Sąsiedzkich Wesoła"!  

Ja i Michael Gira po koncercie Swans na festiwalu Unsound w Krakowie

Czytaj dalej »

piątek, 3 października 2014

Dziewczyny na WF! Najpierw jednak niech WF stanie się sportem

1
Od niedawna w mediach różnego rodzaju możemy obserwować kampanię zachęcającą dziewczyny do uczestnictwa w lekcjach WF-u. Zachęca je do tego wysportowana Anna Lewandowska, mistrzyni karate.



Niby wszystko fajnie. Popieram każdą akcję, która promuje to, że dziewczynki mogą chcieć interesować się czymś innym niż tym, na co wskazują stereotypy - czyli najczęściej kwestiami dotyczącymi własnego wyglądu. Super więc, że zachęca się je do uprawiania sportu, który na pewno kształtuje charakter, ale również poprawia zdrowie.

Jednak cały szkopuł tkwi w tym, że najczęściej bardzo trudno doceniać polskie lekcje WF-u. Sama uczęszczałam na nie zaledwie kilka lat temu i przyznam szczerze, że nie darzyłam ich sympatią. Zwolnienia sprawiały radość. Nie dlatego jednak, że nie lubię sportu. Bardzo dobrze pływam i jeżdżę na rowerze, całkiem nieźle radzę sobie również na nartach. Średnio to jednak interesowało większość wuefistów. Polskie WF-y są najczęściej przeprowadzane na odwal się, na zasadzie "macie piłkę, zróbcie coś". Nie traktują sportu kompleksowo, a uczniów jak jednostki. Jeśli jesteś w czymś słaby, to znaczy, że ogólnie się nie nadajesz. Kuriozum spotkałam w liceum, gdzie głównym punktem naszych zajęć była siatkówka, której osobiście nie trawię (aczkolwiek jedynie w praktyce, uwielbiam ją za to oglądać). Jeśli ktoś nie miał ochoty na kolejną pod rząd, setną rozgrywkę, mógł ewentualnie pobawić się szarfą. Szkoda, że nikt nas nie nauczył jak tą szarfą się posługiwać. Zamiast prawdziwego sportu chodziłyśmy więc znudzone po korytarzach ciągnąc za sobą żałosny kawałek materiału. Na koniec roku, tuż przed pójściem na studia, miałam zagrożenie tróją z WF-u. Argumentacja nauczycielki? "Czwórka oznaczałaby, że umiesz grać w siatkówkę. A nie umiesz. Ktoś na studiach spojrzy na twoje świadectwo i będzie tego wymagał". Jasne. Na studiach nikt o nic mnie nie pytał, na WF zapisałam się na jaki chciałam (oczywiście basen), a każda kolejna trenerka wychwalała moje umiejętności i pokazywała jako przykład grupie rosłych facetów, którzy ze mną konkurowali (tak, w jednym semestrze byłam jedyną dziewczyną w męskiej grupie i nie, nie należałam do najgorszych).

Jednak większość polskich podstawówek, gimnazjów i liceów zapomina, że istnieją sporty poza grami zespołowymi i bieganiem. Obowiązkowo trzeba odwalić elementy akrobatyki, takie jak przewroty czy skoki oraz tenisa stołowego (co z tego, że w liceum dostawałam z nich dobre oceny, przecież liczy się tylko SIATKÓWKA). Najczęściej nie ma mowy o tańcu, basenie i tym podobnych. Moje doświadczenia nie są tutaj odosobnione.

Oczywiście nie wszyscy wuefiści są źli. Spotykałam na swojej drodze nielicznych, którzy rozumieli, że nie każdy od razu musi być czempionem. Przysłowiowo nie kazali rybie wchodzić na drzewa, a małpie pływać. Rozumieli, że każdy ma swoje ograniczenia, zdrowotne czy fizyczne. Proponowali inne rodzaje sportu, zachęcali do rozwoju. Jednak to kropla w morzu tego, co wymaga poprawienia.

Także dalej zachęcajmy dziewczyny do sportu. Ale najpierw sprawmy, żeby rzeczywiście miały gdzie ten charakter kształtować. Bo chyba nie w polskiej szkolnej sali gimnastycznej.
Czytaj dalej »

poniedziałek, 22 września 2014

Goat, "World Music" - recenzja

0
W "Wiadomościach Sąsiedzkich Wesoła" pojawiła się (jak co miesiąc) moja recenzja - tym razem albumu "World Music" zespołu Goat. Poniżej, jak zwykle, zamieszczam początek tekstu, a do całości odsyłam tu (nr 161, str. 13). W numerze 159 znajdziecie też mają recenzję albumu "Składam się z ciągłych powtórzeń" Artura Rojka.



Szamani XXI wieku
„World Music”, Goat 

Kiedy pierwszy raz spotykamy się z zespołem Goat, możemy mieć kilka myśli. Np. że to zespół pochodzenia afrykańskiego, który z dumą czerpie z szamańskich zwyczajów przodków. W końcu ich muzyka brzmi jak czary, a swoje koncerty sami nazywają „rytuałami”, na których tańczą jak opętani przebrani w kolorowe stroje i podobne do zwierząt maski. I wyraźnie jest to skuteczne, bo nie tylko hipnotyzują tysiące fanów, ale na koncercie na OFF Festivalu w zeszłym roku zdołali przywołać pierwszy deszcz (a było naprawdę gorąco). Jednak nasze pierwsze założenie było błędne. Goat to grupa z mroźnej Szwecji. Ale klimat suchych pustyń i sawann oddają doskonale.

Zainteresowania zespołu klimatami vodoo znajdują jednak swoje uzasadnienie. Mimo, że większość jego członków pochodzi z Göteborga, swoich korzeni dopatrują się w Korpilombolo na północy Szwecji. Miasto to ma mieć tradycję związaną z kultem voodoo, po tym jak kiedyś przybył do niego szaman i w nim zamieszkał. Goat sądzą również, że po zniszczeniu miasta przez uczestników krucjaty, mieszkańcy uciekli i nałożyli na nie klątwę. Zainspirowani tymi historiami łączą zatem dawne instrumenty i motywy muzyczne ze współczesnym graniem gitarowym na naprawdę wysokim poziomie. Gatunek? W sumie trudno go określić. Niektórzy dopatrują się w nim afrobeatu, inni fusion, ale najłatwiej pozostać przy dość szerokiej, acz trafnej etykietce – alternatywie.

Album „World Music” to debiut zespołu. Muzycznie wyraźnie czerpie nie tylko z szamańskich rytuałów, ale też z rocka (mocne gitary chociażby w „Goatman”), jazzu (chociażby w jazzowej solówce „Let it bleed”), czy też reggae (znowu gitary, tym razem jednak te bardziej rytmiczne i bujające sekwencje). Przesterowany wokal jest celowo niezrozumiały, krzyki i wycie oraz powtarzanie słów brzmią niczym odprawianie czarów nad wielkim ogniskiem, wokół którego tańczą członkowie plemienia. Czasami brzmi to mrocznie, niczym przywoływanie bądź odpędzanie złych sił, czy też ceremonia pogrzebowa (melancholijne „Goatlord”) ale przez większość czasu podczas słuchania „World Music” mamy ochotę poderwać się do dzikiego tańca (spróbujcie usiedzieć przy hicie „Run To Your Mama”). Mamy wrażenie obcowania z szamanami dwudziestego pierwszego wieku, którzy do swojego arsenału instrumentów magicznych zaprzęgli gitary elektryczne oraz perkusję i czerpią z tradycji gigantów rock and rolla – w końcu trzeba przemówić nowym językiem do nowych wyznawców. Utwory zaskakują zmianami rytmu, nietypowymi połączeniami stylistycznymi, ale jednocześnie doskonałymi umiejętnościami muzycznymi. Płyty słucha się tak dobrze, że nie zauważa się, kiedy się skończyła. Dajemy się ponieść rytmicznym bębnom i pragniemy, aby ta dziwaczna ceremonia jeszcze się ciągnęła.

Całość do przeczytania w "Wiadomościach Sąsiedzkich Wesoła"! 
Czytaj dalej »

czwartek, 18 września 2014

Wybór Szkocji

0
I tak oto przyszedł dzień szkockiego referendum niepodległościowego. Dla mnie, jako wielkiego miłośnika tego kraju, jest to moment szczególnie ważny. Jadąc w sierpniu tego roku na festiwal Fringe myślałam, że chciałabym, żeby Szkoci powiedzieli niepodległości "tak", ale jednocześnie nie wierzyłam, że może się to stać. Teraz kiedy decyzja jest praktycznie postawiona na ostrzu noża (jakiś czas temu po debacie wygranej przez premiera i lidera partii narodowej Alexa Salmonda głosów za niepodległością zaczęło przybywać, co zmieniło znacznie dotychczasową sytuację) można spodziewać się wszystkiego. Tym bardziej, że do ustalenia wyniku referendum wystarczy zwykła większość, nie ma też ograniczeń jeśli chodzi o wymaganą frekwencję. Dosłownie pięć osób może zadecydować o losie Szkocji. Trzy będą na tak, dwie na nie. I tyle. Oczywiście jest to sytuacja skrajnie nieprawdopodobna biorąc pod uwagę spore zainteresowanie referendum, ale tak czy inaczej to co stanie się dzisiaj jest wielką niewiadomą. 

Edynburg, fot. Martyna Nowosielska
Edynburg, fot. Martyna Nowosielska

Podczas pobytu w Edynburgu w sierpniu oraz podczas innych wcześniejszych rozmów ze Szkotami starałam się uzyskać obraz tego, jak "zwyczajni" mieszkańcy podchodzą do tematu niepodległości. W mediach światowych przedstawia się to bowiem jako ruch nacjonalistów, który może mieć gigantyczny wpływ nie tylko na Szkocję (większość zakłada jej ekonomiczną tragedię po ewentualnym odłączeniu od Wielkiej Brytanii), ale również na całą Europę i świat. Nie cichną dyskusje o tym, jak zareagować powinna Unia Europejska. Szkocja bowiem wraz z odłączeniem od Królestwa odłączy się również od UE. Pod znakiem zapytania staje kwestia tego, czy UE zechce znowu przyjąć ją na swoje łono. Byłoby to na pewno zachętą dla innych ruchów niepodległościowych do kolejnych odseparowań, co może wpłynąć na destabilizację Europy. Z drugiej jednak strony nie można przecież sprzeciwić się demokratycznie podjętej decyzji. 

Edynburg, fot. Martyna Nowosielska

Obywatele Szkocji o referendum, jak widać ze statystyk, myślą różnie. - Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, jak ekonomicznie może to mieć dla nas fatalne konsekwencje. Dlatego jestem przeciw - powiedziała mi znajoma z miasta Oban, studiująca w Glasgow Sarah. Dodała przy tym, że kiedyś taka walka mogła mieć sens, ale obecnie, przy tak szeroko zakrojonej dewolucji, nie ma to sensu. Inne zdanie na ten temat ma Ben, przewodnik wycieczek z Edynburga - Ludzie dużo mówią na temat ewentualnych problemów ekonomicznych. Tymczasem mamy duże zasoby energetyczne jak również potencjał jeśli chodzi o technologię - powiedział. - Chciałbym niepodległości, chociaż z początku byłem przeciwny. Ale nie wiem czy to się stanie. Ludzie nie lubią zmian - dodał. 

Edynburg, fot. Martyna Nowosielska

Jednym z zarzutów stawianych ruchowi niepodległościowemu w Szkocji jest oskarżenie o nacjonalizm. - Jestem dumną Szkotką i patriotką, ale nie nacjonalistką - powiedziała znana z talent show piosenkarka Susan Boyle, uzasadniając swój głos na nie. Podobne zdanie ma też chociażby J. K. Rowling, która na kampanię przeciw niepodległości przeznaczyła znaczną sumę pieniędzy kierując przy tym agresywne oświadczenie w stronę "nacjonalistów". Tymczasem w Szkocji zwolennikami referendum są zwolennicy lewicy. - Niepodległość byłaby dobra, ponieważ Szkocja głosuje na lewo, nie zaś na prawo, tak jak reszta Królestwa. Mielibyśmy więcej wpływu na własną politykę, nie ginęlibyśmy w polityce całej Wielkiej Brytanii - powiedział Ben. - Głosy oddawane przez nas na nacjonalistów są wynikiem sprzeciwu, nie zaś poparcia dla samej partii - dodał. Potwierdzać poparcie lewicy może fakt, że podczas pobytu w stolicy spotkałam tylko jedną grupę agitującą na ulicy za niepodległością. Szkocką Partię Socjalistyczną. - Zbliżamy się do 40 paru procent poparcia - powiedział mi jeden z ich przedstawicieli. - Bardzo liczę na to, że Szkoci zagłosują za, ale nawet jeśli nie uda się to w tym roku, to na pewno w przeciągu najbliższych 15 lat - dodał optymistycznie. 

Edynburg, fot. Martyna Nowosielska

Głosy za i przeciw widać też w oknach na ulicach Edynburga, gdzie ludzie wywieszają plakaty wyrażające ich pogląd na sprawę. Zaangażowanie to nie jest jednak tak duże, jak można by się spodziewać po tak ważnej kwestii. Należy też pamiętać, że prawdopodobnie inne podejście mogą mieć ludzie mieszkający w stolicy (jak wspominany przeze mnie Ben), który widzą tłumy turystów i pozostają pozytywnie nastawieni do wyzwolenia swojego kraju, jak również mają szerszą wiedzę na ten temat, a inne ludzie mieszkający w mniejszych miastach, gdzie z jednej strony wygrywać może przyzwyczajenie, a z drugiej perspektywa historyczna. Poza tym, jak podkreślił Ben, ruch niepodległościowy w Szkocji wyszedł ze strony polityków - dokładnie Szkockiej Partii Narodowej, która zachęcona głosami poparcia (jak wspomniałam - głosami nie na nich lecz głosami sprzeciwu) wyszła z pomysłem referendum. Inne ruchy tego typu na świecie wychodzą zazwyczaj ze strony ludzi, co sprawia, że cieszą się większym zainteresowaniem. Z tego względu referendum w Szkocji może się jednak zakończyć decyzją o pozostaniu w Królestwie. 

Edynburg, fot. Martyna Nowosielska

Edynburg, fot. Martyna Nowosielska

Jakkolwiek Szkocja dziś nie zadecyduje, na pewno wpłynie to na dalszą politykę w ich kraju. Jeśli zagłosują za wpłyną też na losy całego świata. Będzie to precedensowa sytuacja, z którą reszta krajów będzie musiała sobie poradzić. Głosy póki co pozostają podzielone - z jednej strony mamy mówiącą o nacjonalistach Susan Boyle, z drugiej muzyków Mogwai czy Franz Ferdinand, którzy w niepodległości widzą też szansę na większą niezależność artystyczną. Z jednej strony mamy Alexa Salmonda, z drugiej Alistaira Darlinga. Kogo Szkocja dziś poprze? Albo inaczej - jaki los Szkoci wybiorą dla siebie? Bo przecież o ludzi tu chodzi, nie o polityków. Dowiemy się wkrótce.
Czytaj dalej »

poniedziałek, 21 lipca 2014

Niezłe Sztuki: Czy muzyka nadal jest najważniejsza?

0
Niezłe Sztuki: Czy muzyka nadal jest najważniejsza?: Relacja z Open'er Festival cz. 1- polecam swój tekst :)


Czytaj dalej »

sobota, 19 lipca 2014

Do konkursów nikt nie zmusza - o aferze wokóła OFFa

0
OFF 2013

Jestem wielką fanką OFF Festivalu. Muzycznie na bardzo wysokim poziomie, taniej niż na gorszych pod tym względem festiwale, a i atmosfera jest niczego sobie. Dlatego kiedy przeczytałam nagłówki o "złym traktowaniu zespołów przez Artura Rojka" na festiwalu, zaniepokoiłam się. Cóż, jednak nie było się czym niepokoić, bo według mnie Rojek jest bez winy. Po przeczytaniu listy oskarżeń jestem za to zła.

Otóż jakiś czas temu organizatorzy OFF Festivalu ogłosili konkurs, w którym nagrodą był występ na scenie głównej w Dolinie Trzech Stawów. Do finału Artur Rojek wraz z doradcami wybrał 10 zespołów, które dalej miały walczyć o tytuł najlepszego w rywalizacji smsowej. Na liście znalazły się między innymi kapele już dość znane, takie jak Sjón, Szezlong, czy też We Call It a Sound. I na początku finału zaczęły się problemy - kilka zespołów chyba dopiero przeczytało regulamin i zorientowało się, że nie do końca pasują im warunki. Brak zapłaty, brak zwrotu kosztów noclegu i dojazdu. Podniósł się protest, a Rojek, jako jedyne znane nazwisko pośród organizatorów, zebrał wszystkie cięgi.

Więcej na ten temat próbował napisać nieudolnie autor z portalu natemat.pl (tekst znajdziecie tu).

Tytuł już wspomina o Arturze R., bo przecież bez nazwiska się nie kliknie - "F**k OFF Festival. Zespoły protestują przeciwko złemu traktowaniu na imprezie Artura Rojka". Dalej mamy opis sytuacji i tłumaczenia zespołów, dlaczego postanowiły podnieść głowy i powiedzieć "nie" tym okrutnym praktykom.

Uważam, że za wykonaną pracę ludziom powinno się płacić. Płacę za wejściówkę, kiedy idę na koncert kumpli. Jestem przeciwko zgadzaniu się na granie za darmo. Ale litości - to jest konkurs. Żaden z tych artystów nie był zmuszony brać w nim udziału. Jest skierowany do zespołów mniejszych, młodszych, którym na tę chwilę zależy przede wszystkim na rozgłosie, na pieniądzach zacznie zależeć im dopiero za jakiś czas. Jeśli Szezlong czy We Call It a Sound czują się już zbyt znani na konkursy może trzeba było się nie zgłaszać i dać szansę innym?

Wróćmy jednak do "rzetelnego" tekstu z natemat.pl. Po pierwsze - implikowanie, że OFF Festival stał się popularny dzięki niedawnym umieszczeniu go na liście najlepszych festiwali pisma "Time" jest co najmniej ignorancją. Na OFFa od lat przyjeżdżają ludzie z różnych miejsc świata, a w zeszłym roku dwa dni zostały całkowicie wyprzedane. To, że autor tekstu nie zna grających na katowickiej imprezie zespołów, a z festiwalem pewnie kojarzy mu się głównie słowo "Open'er" nie oznacza, że o OFFie nikt nie słyszał.

Dalej mamy stwierdzenie, które woła o pomstę do nieba: "Większość zespołów zaprosił organizator, wypłacając sowite wynagrodzenia. Ale te mniej znane, aby zagrać na katowickiej imprezie musiały wystartować w konkursie i spodobać się jury, które wybrało finałową dziesiątkę." Nie. Nie. I jeszcze raz: nie. Część małych polskich projektów, takich jak Kaseciarz, Jerz Igor, Eric Shoves Them In His Pockets znajduje się w podstawowym line-upie OFFa i od lat festiwal znany jest z promowania muzyki nieznanej. Zresztą za chwilę w tekście autor przytacza wypowiedź, która to potwierdza, ale przecież to nie problem, jeśli materiał sam sobie przeczy.

"– Cały protest nie jest przeciwko OFF Festivalowi, ale przeciwko takim konkursom i podejściu do polskich artystów grających mało popularną muzykę – mówi Bartłomiej Maczaluk, gitarzysta i wokalista zespołu Szezlong." - Po raz kolejny. OFF Festival zajmuje się mało popularną muzyką.
"Panowie z Szezląga (sic!) są rozgoryczeni tym bardziej, że organizatorzy nierówno traktują zespoły. – Zaproszono zespoły o zbliżonym poziomie jak nasz, ale one grają bez konkursu, dostają za to pieniądze – narzeka. – W tym roku byliśmy na Openerze byliśmy (sic!) zaproszeni bez konkursu, na normalnych warunkach." - Meritum tej wypowiedzi jest takie, że jednak OFF promuje zespoły nieznane, czemu przed chwilą autor zaprzeczał. Naturalnym natomiast jest, że nie wszystko w line-upie się zmieści. Prawdopodobnie dlatego zorganizowano konkurs, w którym zadecydować o tym miała publiczność. Rojek nie uwzględnił was w line-upie, a Ziółkowski tak? Widocznie według Rojka na OFFa jesteś za słabi. Przykro mi. Życie. 

Zespół We Call It a Sound stwierdza, że regulamin przeczytali, ale celowo wzięli udział w konkursie, aby zwrócić uwagę na problem. Okej, rozumiem, chociaż średnio w to wierzę. 

Podsumowując - do konkursów absolutnie nikt nie zmusza. Regulaminy czytać warto. A OFF jak zapraszał, tak zaprasza małe i nieznane zespoły, zaś konkurs był dla tych, którzy do line-upu się nie zmieścili, a też chcieliby dostać szansę. Nie pasuje? Daj szansę innym. A już na pewno nie ma sensu oskarżanie dyrektora artystycznego, który z pisaniem regulaminu mógł mieć bardzo niewiele wspólnego.

A swoją drogą czemu tak samo jak zespoły głów nie podniosą dziennikarze? Pracujemy ciągle za darmo, płatne praktyki są niczym yeti. Może czas najwyższy? Skoro można się buntować przeciw konkursowi to czemu nie przeciwko regularnej pracy za frajer? Pojedyncze sprzeciwy oczywiście nie mają sensu i zrozumiała jest idea okresu próbnego, ale chyba wszyscy się zgodzimy, że często sytuacja doprowadzana jest do przesady.
Czytaj dalej »

sobota, 17 maja 2014

Spokojnie, ale nadal niepokojąco - Michael Gira w Pardon, To Tu

0
Jako, że kilka dni temu w sprzedaży pojawił się najnowszy album Swans, "To Be Kind", postanowiłam przypomnieć swoje spisane jakiś czas temu wspomnienia z koncertów lidera, Michaela Giry, w Warszawie, które odbyły się w marcu tego roku.

Michael Gira zawitał do Warszawy aż na dwa koncerty. Oba odbyły się w tym samym miejscu – klubie Pardon, To Tu. Już kilka miesięcy temu rozegrała się wojna o bardzo ograniczoną ilość biletów – bo jak się okazało wiele osób (w tym ja) postanowiło się wybrać na oba koncerty.

W oczekiwaniu na koncert

Dwa wieczory, mimo prawie takiego samego zestawu utworów (uwzględniając to, że duża część osób przyszła na koncert dwa razy, podczas drugiego dnia Gira dodał do setu dodatkowy utwór „Blind”) nieco różniły się od siebie. Podczas pierwszego Gira znacznie więcej rozmawiał z publicznością, podczas drugiego mniej, ale za to wchodził w ciekawsze interakcje – chociażby takie jak rozdawanie miętówek. Oba koncerty były zagrane bardzo poprawnie, jednak drugi wydał mi się być dużo bardziej emocjonalny – prawdopodobnie przez większą ekspresję okazywaną przez Girę mimiką oraz ciałem. Niestety, trzeba przyznać, że bez zespołu Swans Michael Gira nie robi aż tak ogromnego wrażenia. Owszem, było również głośno (mimo, że sam artysta w pewnym momencie stwierdził, że jest „too loud” i delikatnie ściszył swój jedyny wzmacniacz, co wywołało salwy śmiechu), mrocznie i eksperymentalnie, ale tym razem nie apokaliptycznie i epicko – raczej intymnie, spokojnie. Na pewno wpływało na to także miejsce – malutki klub, w którym ludzie cisnęli się niczym sardynki w puszce (krążą legendy, że niektórzy na tyłach omdleli).

W solowych występach Gira jako głównego instrumentu używa własnego głosu, stawiając przede wszystkim na przekaz tekstowy, mniej zaś na warstwę muzyczną, która momentami była wręcz banalnie prosta w porównaniu do bardzo rozbudowanych kompozycji Swans. Jednak tak ja wspomniałam – zdawać się może, że to o tekst tu głównie chodziło. Jak sam Gira zaznaczył, jest w końcu poetą. I trochę jak nieco zwariowany wieczorek poetycki to wyglądało. Przy czym naprawdę bezbłędny, ekspresywny i hipnotyczny – wątpię, aby ktokolwiek opuścił klub zawiedziony. Tym bardziej, że po każdym z koncertów Gira poświęcił każdemu zainteresowanemu rozmową i wymianą poglądów kilka minut.

Ja i Michael Gira po pierwszym koncercie w Warszawie

W setliście znalazły się zarówno covery Swans jak i utwory z albumów solowych bądź stworzonych przy okazji innych projektów. Było trochę nowszych kawałków jak „Jim” oraz starszych jak „Love Will Save You”. Wszystko ładnie się komponowało i nie sposób było oderwać oczu (i uszu) od sceny bądź choć przez moment się nudzić. Dlatego też na sali dało się wyczuć naprawdę duże skupienie – poza pewnym momentem wieczoru pierwszego, kiedy jedna ze słuchaczek odebrała telefon i podczas ciszy między utworami wszyscy usłyszeliśmy głośne „TAK, MOGĘ”. Aż dziwne, że nie została poraniona uzbrojonymi w lasery spojrzeniami całego tłumu. Przed kolejnym koncertem organizatorzy wystosowali ogłoszenie, aby telefony bezwzględnie wyłączyć.

Podsumowując – było zadowalająco, interesująco i inaczej niż zwykle. Muzyka Giry tak jak i Swans jest trudna, dlatego na pewno byli tacy, dla których wysiedzenie tej półtorej godziny mogło okazać się wyzwaniem. Jednak wierni fani talentu muzyka na pewno są zachwyceni. Pozostaje jedynie czekać na koncert całego zespołu w naszym kraju, który już w październiku na festiwalu Unsound w Krakowie.

Ja i Michael Gira po drugim koncercie w Warszawie
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia