sobota, 19 lipca 2014

Do konkursów nikt nie zmusza - o aferze wokóła OFFa

OFF 2013

Jestem wielką fanką OFF Festivalu. Muzycznie na bardzo wysokim poziomie, taniej niż na gorszych pod tym względem festiwale, a i atmosfera jest niczego sobie. Dlatego kiedy przeczytałam nagłówki o "złym traktowaniu zespołów przez Artura Rojka" na festiwalu, zaniepokoiłam się. Cóż, jednak nie było się czym niepokoić, bo według mnie Rojek jest bez winy. Po przeczytaniu listy oskarżeń jestem za to zła.

Otóż jakiś czas temu organizatorzy OFF Festivalu ogłosili konkurs, w którym nagrodą był występ na scenie głównej w Dolinie Trzech Stawów. Do finału Artur Rojek wraz z doradcami wybrał 10 zespołów, które dalej miały walczyć o tytuł najlepszego w rywalizacji smsowej. Na liście znalazły się między innymi kapele już dość znane, takie jak Sjón, Szezlong, czy też We Call It a Sound. I na początku finału zaczęły się problemy - kilka zespołów chyba dopiero przeczytało regulamin i zorientowało się, że nie do końca pasują im warunki. Brak zapłaty, brak zwrotu kosztów noclegu i dojazdu. Podniósł się protest, a Rojek, jako jedyne znane nazwisko pośród organizatorów, zebrał wszystkie cięgi.

Więcej na ten temat próbował napisać nieudolnie autor z portalu natemat.pl (tekst znajdziecie tu).

Tytuł już wspomina o Arturze R., bo przecież bez nazwiska się nie kliknie - "F**k OFF Festival. Zespoły protestują przeciwko złemu traktowaniu na imprezie Artura Rojka". Dalej mamy opis sytuacji i tłumaczenia zespołów, dlaczego postanowiły podnieść głowy i powiedzieć "nie" tym okrutnym praktykom.

Uważam, że za wykonaną pracę ludziom powinno się płacić. Płacę za wejściówkę, kiedy idę na koncert kumpli. Jestem przeciwko zgadzaniu się na granie za darmo. Ale litości - to jest konkurs. Żaden z tych artystów nie był zmuszony brać w nim udziału. Jest skierowany do zespołów mniejszych, młodszych, którym na tę chwilę zależy przede wszystkim na rozgłosie, na pieniądzach zacznie zależeć im dopiero za jakiś czas. Jeśli Szezlong czy We Call It a Sound czują się już zbyt znani na konkursy może trzeba było się nie zgłaszać i dać szansę innym?

Wróćmy jednak do "rzetelnego" tekstu z natemat.pl. Po pierwsze - implikowanie, że OFF Festival stał się popularny dzięki niedawnym umieszczeniu go na liście najlepszych festiwali pisma "Time" jest co najmniej ignorancją. Na OFFa od lat przyjeżdżają ludzie z różnych miejsc świata, a w zeszłym roku dwa dni zostały całkowicie wyprzedane. To, że autor tekstu nie zna grających na katowickiej imprezie zespołów, a z festiwalem pewnie kojarzy mu się głównie słowo "Open'er" nie oznacza, że o OFFie nikt nie słyszał.

Dalej mamy stwierdzenie, które woła o pomstę do nieba: "Większość zespołów zaprosił organizator, wypłacając sowite wynagrodzenia. Ale te mniej znane, aby zagrać na katowickiej imprezie musiały wystartować w konkursie i spodobać się jury, które wybrało finałową dziesiątkę." Nie. Nie. I jeszcze raz: nie. Część małych polskich projektów, takich jak Kaseciarz, Jerz Igor, Eric Shoves Them In His Pockets znajduje się w podstawowym line-upie OFFa i od lat festiwal znany jest z promowania muzyki nieznanej. Zresztą za chwilę w tekście autor przytacza wypowiedź, która to potwierdza, ale przecież to nie problem, jeśli materiał sam sobie przeczy.

"– Cały protest nie jest przeciwko OFF Festivalowi, ale przeciwko takim konkursom i podejściu do polskich artystów grających mało popularną muzykę – mówi Bartłomiej Maczaluk, gitarzysta i wokalista zespołu Szezlong." - Po raz kolejny. OFF Festival zajmuje się mało popularną muzyką.
"Panowie z Szezląga (sic!) są rozgoryczeni tym bardziej, że organizatorzy nierówno traktują zespoły. – Zaproszono zespoły o zbliżonym poziomie jak nasz, ale one grają bez konkursu, dostają za to pieniądze – narzeka. – W tym roku byliśmy na Openerze byliśmy (sic!) zaproszeni bez konkursu, na normalnych warunkach." - Meritum tej wypowiedzi jest takie, że jednak OFF promuje zespoły nieznane, czemu przed chwilą autor zaprzeczał. Naturalnym natomiast jest, że nie wszystko w line-upie się zmieści. Prawdopodobnie dlatego zorganizowano konkurs, w którym zadecydować o tym miała publiczność. Rojek nie uwzględnił was w line-upie, a Ziółkowski tak? Widocznie według Rojka na OFFa jesteś za słabi. Przykro mi. Życie. 

Zespół We Call It a Sound stwierdza, że regulamin przeczytali, ale celowo wzięli udział w konkursie, aby zwrócić uwagę na problem. Okej, rozumiem, chociaż średnio w to wierzę. 

Podsumowując - do konkursów absolutnie nikt nie zmusza. Regulaminy czytać warto. A OFF jak zapraszał, tak zaprasza małe i nieznane zespoły, zaś konkurs był dla tych, którzy do line-upu się nie zmieścili, a też chcieliby dostać szansę. Nie pasuje? Daj szansę innym. A już na pewno nie ma sensu oskarżanie dyrektora artystycznego, który z pisaniem regulaminu mógł mieć bardzo niewiele wspólnego.

A swoją drogą czemu tak samo jak zespoły głów nie podniosą dziennikarze? Pracujemy ciągle za darmo, płatne praktyki są niczym yeti. Może czas najwyższy? Skoro można się buntować przeciw konkursowi to czemu nie przeciwko regularnej pracy za frajer? Pojedyncze sprzeciwy oczywiście nie mają sensu i zrozumiała jest idea okresu próbnego, ale chyba wszyscy się zgodzimy, że często sytuacja doprowadzana jest do przesady.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia