wtorek, 1 kwietnia 2014

Jak "Newsweek" zdyskredytował tumblr.com

0


Ostatnio w "Newsweeku" (tekst dostępny również w wersji drukowanej z tego tygodnia) pojawił się dyżurny temat zagubionych nastolatków. Zainteresowanie tematem i próbę zainteresowania nim rodziców (często mało świadomych tego, co dzieje się w głowach i duszach ich dzieciaków) szczerze popieram. Z gimnazjalistami i licealistami psychicznie jest coraz gorzej i jest to zupełnie realny problem, z którym jeśli się nie zmierzymy może być już za późno na uratowanie kolejnej generacji od pogrążenia się w nowej chorobie cywilizacyjnej - depresji. Sposoby walki są oczywiście różne - po pierwsze rodzice mogliby realnie poświęcić nieco więcej czasu swoim podopiecznym, których przecież sami na ten świat sprowadzili (chociaż o tym mowa jest od lat i jakoś nie działa), po drugie świat mógłby przestać wywierać tak straszną presję na ludziach już od dzieciństwa. Presję tak silną, że większość dziewczynek już w podstawówce znienawidzi swoje ciało, a w gimnazjum i kolejnych etapach edukacji dołączy do nich kolejne kilkanaście procent koleżanek (w celu zapoznania się z tymi statystykami zachęcam do obejrzenia poniższego TED talk).



Oczywiście w tym przypadku tym bardziej trudno oczekiwać, że cokolwiek się zmieni. Ale to jest to co można by zrobić. "Newsweek" widzi za to zagrożenia w miejscach, po których wiele z nas w ogóle by się tego nie spodziewało. Na przykład na portalu tumblr.com.

Tumblr, niewinny portal służący do blogowania, a raczej mikroblogowania, czyli głównie repostowania znalezionych gdzieś indziej treści bądź pisania krótkich przemyśleń i komentarzy, jest bardzo popularnym portalem za oceanem, jednak używa go coraz więcej Europejczyków, a w tym również Polaków - głównie młodych. Według wspomnianego już tygodnika tumblr to mroczne zakamarki internetu, które kryją w sobie głównie blogi o morderczym odchudzaniu oraz poradach jak pociąć się, aby nikt nie zauważył. Owszem, treści te na tumblr na pewno istnieją (tak jak prawdopodobnie wszystko inne co bylibyśmy w stanie sobie wyobrazić), ale spośród wielu blogów, które sama obserwuję żaden nie wygląda tak, jak to zostało opisane. Mało tego - jest wręcz przeciwnie. Tymczasem w artykule słowo "tumblr" w zestawieniu z cięciem się i praktykami typu pro-ana pojawia się co najmniej kilka razy. Co pomyśli rodzic czytający taki tekst? Wszystko to wina tumblra. Czas dziecko odłączyć od tego zła.

Tymczasem możliwe, że akurat ten zagubiony nastolatek na tumblrze znajduje ratunek. Większość bowiem postów, które znajduję tam ja czy też moi znajomi dotyczą tematów takich jak ulubione seriale, filmy, muzyka, sztuka, czasami coś zabawnego, czasami inspirującego. Pośród nich bardzo często można tam spotkać promowanie pozytywnego postrzegania swojego ciała (na przykład seria zdjęć dziewczyny, która pozując nago zaprezentowała jak wiele zależy od tego w jaki sposób ułożymy swoje ciało - każdy może wyglądać jak supermodelka rozciągając się na łóżku i wyginając plecy, bądź też masa obrazków i tekstów typu: "You want to be skinny? Two steps: Realize you have skin. You are now skinny"), walkę z dręczeniem w szkołach, homofobią, rasizmem, wzajemne wspieranie się w ciężkich sytuacjach. Nie da się ukryć, że z tumblra korzysta na pewno wiele młodych ludzi z objawami depresji bądź innych dysfunkcji psychicznych, ale duża część z nich poszukuje tam pomocy, wsparcia, nie zaś porad jak się pociąć bądź zwymiotować. Redaktorzy "Newsweeka" nie zauważyli też pewnie, że w sekcji "Pomoc", gdzie na innych portalach znajdziemy tylko informacje techniczne, tumblr zadbał też o inny rodzaj wsparcia. Po wpisaniu słowa "samobójstwo" bądź jego pokrewnych w wyszukiwarce w tej sekcji tumblr wyświetli nam taką wiadomość:

"Gdzie mogę zgłosić moją troskę o bezpieczeństwo jakiegoś blogera?
Mimo głębokiej troski o dobro członków naszej społeczności, Tumblr nie zatrudnia przeszkolonych pracowników medycznych ani nie posiada innych zasobów, które umożliwiłyby nam bezpośrednie reagowanie na sytuacje zagrażające bezpieczeństwu osób. Jeśli martwisz się o bezpieczeństwo jakiegoś użytkownika Tumblra, prosimy o niezwłoczne skontaktowanie się z odpowiednim przedstawicielem prawa lub innym organem państwowym. W przypadkach dotyczących samookaleczania się, możesz również skorzystać z naszej listy telefonów zaufania i materiałów prewencyjnych."

Po raz kolejny kłania się kwestia powierzchowności. "Newsweek" wskazał wroga. Oczywiście nie każdy rodzic zrozumie to w ten sposób, ale część na pewno postanowi przekonać dzieciaki do wyłączenia tumblra. Bo to na pewno rozwiąże problem. Zamiast z nimi porozmawiać o co naprawdę chodzi.

Za jedną uwagę muszę jednak "Newsweek" pochwalić:

"Kiedy pytam: "Jakiej muzyki słucha wasze dziecko?", mówią: "Obrzydliwej". "Ale o czym?". "Nie słuchamy". "A jakie książki czyta?", "O matko, o jakichś wampirach". Ale o jakich, nie wiedzą."

Taki początek rozmowy może być kluczem do sukcesu, zwłaszcza, że często mnóstwo emocji, których nie potrafimy wyrazić odnajdujemy w sztuce. Szkoda tylko, że to nie wypowiedź redaktorki "Newsweeka", tylko przytoczony fragment rozmowy z Dorotą Zawadzką. 
Czytaj dalej »

poniedziałek, 24 marca 2014

"Sierpień w hrabstwie Osage" - recenzja

0
W "Wiadomościach Sąsiedzkich Wesoła" pojawiła się (jak co miesiąc) moja recenzja - tym razem filmu "Sierpień w hrabstwie Osage". Poniżej zamieszczam początek tekstu, a do całości odsyłam tu (nr 156, str. 12).

Popisy aktorskie to nie wszystko
"Sierpień w hrabstwie Osage", reż. John Wells

„Sierpień w hrabstwie Osage” zbiera zarówno liczne nominacje do nagród wszelakich jak i pozytywne recenzje od krytyków. Jednak to, co głównie jest zachwalane w tym obrazie to aktorstwo. A co z resztą? Reszta, niestety, też powinna być istotna.

„Sierpień w hrabstwie Osage” to dość zagmatwana historia rodziny, która rozpoczyna się od zaginięcia ojca, którego poszukiwania wszczyna ciężko chora na raka ust żona (Meryl Streep), zwołując do rodzinnego domu swoje córki z rodzinami oraz siostrę z mężem. Tak duże nagromadzenie osób o silnych charakterach i dość spapranych życiorysach zwiastuje tylko jedno – tragedię w postaci niekończącej się serii dramatów i kłótni.

I tym właśnie ten film jest. Serią obrazków, przeskakiwaniem od popisu aktorskiego do popisu aktorskiego. Wszystko jest tu ze sobą połączone, każda postać ma swoją historię, jednak wszystko razem nie łączy się w fabułę. Jest to seria portretów, doskonale pokazanych, ale jednak nie łączących się za pomocą jednej wspólnej historii. Cały czas mamy wrażenie, że film dopiero się rozkręca, że wciąż mamy do czynienia z prezentacją postaci, a prawdziwy wątek niedługo się rozpocznie. Ten moment jednak nie za bardzo następuje, a film pozostawia niedosyt, wrażenie, że został niedokończony.

Całość do przeczytania w "Wiadomościach Sąsiedzkich Wesoła"! 
Czytaj dalej »

wtorek, 14 stycznia 2014

Sylwester i Nowy Rok w Niederlandach

0
Inaczej niż większość zagranicznych studentów, którzy obecny semestr spędzają w Nijmegen ucząc się na Radboud University, postanowiłam wrócić wcześniej do Holandii i nie przedłużać sobie świątecznego pobytu w domu i smacznych obiadków do początku stycznia. A wszystko po to, żeby zobaczyć jak Holendrzy witają Nowy Rok.

Po pierwsze - narzekacie na Sylwestra w Polsce zaczynającego się hukami już o 17? Przyjedźcie do Holandii. Huki zaczynają się z samego rana, wybuchy słychać w jednosekundowych odstępach czasu albo kilka na raz (i nie ma w tym zdaniu ani trochę przesady) i nie tracą na sile aż do dnia następnego. W dodatku przez większość dnia nie ma co podziwiać, ponieważ wszędzie słychać huki petard, nie widać natomiast fajerwerków. Poruszając się 31 grudnia po Nijmegen czułam się jak na wojnie, a mój akademik z kartongipsu przeżywał niemałe wstrząsy. Na co dzień spokojne miasto stało się nagle jednym z głośniejszych w jakich miałam okazję przebywać, a moje myśli skupiały się na biednych stworzeniach domowych, takich jak psy, które muszą co roku przeżywać te bezsensowne salwy. Swoją drogą zastanawiam się jakim cudem jest to wszystko możliwe, ponieważ w Nijmegen jest zaledwie kilka sklepów z materiałami tego typu oraz nie ma tu zwyczaju jak w Polsce, że fajerwerki można dostać w każdym supermarkecie.

Ładnie zaczęło robić się pod wieczór, kiedy na niebie zaczęły się pojawiać kolorowe fajerwerki. Kulminacja, oczywiście, nastąpiła o północy. Aby mieć najlepszy widok na to, co będzie się o tej magicznej godzinie działo, udałam się na most rowerowo-kolejowy łączący ze sobą dwie części miasta. Z tego miejsca idealnie widać zabytkowy brzeg rzeki Waal oraz unoszące się nad miastem wieżyczki. Tenże most przekraczam codziennie na rowerze, aby dostać się na zajęcia na Uniwersytecie.

Za piętnaście dwunasta spotkałam się na moście z innymi znajomymi poznanymi podczas wymiany, którzy zdecydowali się spędzić Sylwestra w Nijmegen - Vivian i Victorią ze Stanów Zjednoczonych oraz Naomi z Niemiec. Chwilę przed północą niebo zaczęło rozbłyskać różnymi kolorami, aby o północy wręcz zapłonąć. Niebo po obu stronach rzeki wyglądało jak kolorowa ogniowa mieszanina, którą wszystkie podziwiałyśmy z lekko opadniętymi szczękami. Czegoś takiego nie widziałam na żadnym Sylwestrze w Warszawie - dla tego momentu warto było przeżyć cały dzień huków. Fajerwerkowe show zdawało się nie mieć końca, dlatego wsiadłyśmy na rowery i ruszyłyśmy na dalsze sylwestrowe przygody. Jechanie rowerem przez rozświetlony most i miasto, podziwiając jednocześnie wybuchowe atrakcje zapamiętam na bardzo długo. Co ciekawe w ciągu tego wieczora przez most jechałam około sześciu razy, ze względu na częste zmiany planów. Z tej okazji razem z Victorią nowy rok nazwałyśmy "rokiem wyrzeźbionego tyłka" (w skrócie - Year of the Butt).

Grafika stworzona (przy mojej pomocy koncepcyjnej) przez Adama.


Planem na dalszą część wieczoru (przed północą bawiłyśmy się na jednej z akademikowych domówek) było udanie się do lokalnych klubów, do których wejście na co dzień jest darmowe, ale w tą noc za przekroczenie progu trzeba zapłacić kilkanaście euro. Szybko jednak dostałyśmy informację od naszej holenderskiej mentorki, że zgodnie z przewidywaniami kluby raczej zieją pustkami - holenderscy studenci najczęściej po świętach Bożego Narodzenia zostają w rodzinnych domach aż do nowego roku, przez co studenckie miasteczko jakim jest Nijmegen raczej się wyludnia. Postanowiłyśmy więc zostać w domowych pieleszach i świętować Sylwestra najbardziej holendersko jak się da - zaopatrzyłyśmy się więc w oliebollen (smażone w głębokim tłuszczu ciasto podobne do znanych nam pączków) i jabłkowy sok z bąbelkami (przypominający nieco nasze Piccolo, ale znacznie lepszy), czyli tradycyjne holenderskie przysmaki na Nowy Rok.

Do swojego akademika wracałam rowerem około piątej rano, mijając po drodze wielu innych rowerzystów wracających ze świętowania Sylwestra do domów. Mijaliśmy się pozdrawiając się życzeniami wszystkiego dobrego na Nowy Rok, chociaż to akurat głównie wychodziło z mojej strony. Kolejny dzień był już raczej spokojny. Holendrzy zdaje się zużyli wszystkie swoje wybuchowe zapasy 31 grudnia i huki było słychać już tylko co kilka godzin. Tradycyjnie 1 stycznia rozpoczęto New Year's Dive, czyli biegiem do lodowatej wody (rzeki, jeziora, morza) w pomarańczowych czapkach. Największe tego typu biegi odbywają się w nadmorskich miejscowościach. W Nijmegen oprócz porannego biegu do rzeki, niedaleko brzegu ustawiono basen, do którego wielbiciele tej tradycji mogli wskoczyć i dostać charakterystyczne czapki. Z okazji do zamoczenia się ze wspomnianą Victorią nie skorzystałyśmy, ale w czapki oczywiście się zaopatrzyłyśmy.


Podsumowując, do Nijmegen na Sylwestra przyjechać było zdecydowanie warto. Mimo mojej miłości dla warszawskich tematycznych domówek to doświadczenie obserwowania płonącego wszystkimi kolorami tęczy nieba nad najstarszym miastem Holandii jest po prostu niezapomniane.

P.S. Szkoda, że fajerwerkom nie da się zrobić naprawdę fajnych zdjęć, które oddałyby ich rzeczywisty wygląd...
Czytaj dalej »

poniedziałek, 6 stycznia 2014

"Push the Sky Away" - recenzja

0
Jeśli ktoś jest zainteresowany moimi przemyśleniami na temat ostatniego albumu Nicka Cave'a to odsyłam do "Wiadomości Sąsiedzkich", gdzie ostatnio ukazała się recenzja "Push the Sky Away". Numer z nią znajdziecie pod tym linkiem. (nr 153 "Wiadomości Sąsiedzkich Wesoła", strona 8).



A tutaj zamieszczam teaser całości:

Powrót w wielkim stylu

Na powrót The Bad Seeds czekałam od minuty, kiedy ogłosili, że czas się rozstać. Czytający mój dział od dawna na pewno pamiętają moją recenzję „Murder Ballads” sprzed kilku lat, co może tylko potwierdzać moje ustawiczne zachwycanie się tą formacją. A przede wszystkim jej niesamowicie utalentowanym liderem, Nickiem Cavem. Każdy powrót ulubionego zespołu to obawy. Zwłaszcza, że w międzyczasie The Bad Seeds opuścili jedni z ich najważniejszych muzyków – Blixa Bargeld i Mick Harvey. Jednak nie było się czego bać – album „Push the Sky Away” nie mógłby być lepszy.

„Push the Sky Away” jest niczym mieszanka The Bad Seeds z ich dawnych lat (kiedy, jak to mówią fani, każdy album miał liczbę ofiar) z dodatkowymi nowościami. Tak więc mamy Nicka, który tak jak dawniej opowiada nam różne historyjki, wracając do swojej sprawdzonej techniki narracji (zanim jeszcze zwrócił się w stronę osobistych przemyśleń znanych chociażby z dzieła jakim jest „The Boatman’s Call”), ale z drugiej strony album jest prawie całkiem pozbawiony gitary, co dla Bad Seeds jest dość nietypowe. Jak mówi sam Cave stało się tak, ponieważ odejście gitarzysty (a właściwie dwóch gitarzystów) pozostawiło w zespole „dziurę w kształcie gitary”, która powinna pozostać dziurą i dać wybrzmieć pozostałym instrumentom. I zaiste wybrzmiewają w niesamowity sposób i w dużej ilości. Znowu wracamy również do klimatycznych, skomplikowanych kompozycji, znanych nam niemalże ze wszystkich albumów Złych Nasion. Niski głos Cave’a przeszedł pewne zmiany (nie da się ukryć – nie będzie młodniał), ale nadal słucha się go niczym balsamu dla uszu (Cave twierdzi, że dopiero teraz słucha własnego wokalu z przyjemnością). Na większości albumu pozostaje w melancholijnej, spokojnej stylistyce, dobrej na wieczory we dwoje bądź nocne spacery w deszczu (ja najczęściej słucham go nocą na rowerze), jednakowoż utwory te wykonywane na żywo (zwłaszcza „Jubilee Street”) nabierają nowej, zwierzęcej energii. Album jest raczej stonowany, ale nie brakuje mu bardziej agresywnych bądź majestatycznych elementów. Muzyka to majstersztyk w każdym calu. Trudno tu wybrać najlepszy utwór, ale osobiście postawiłabym na zamykający album kawałek o tym samym tytule – „Push the Sky Away”.


Ciąg dalszy w "Wiadomościach Sąsiedzkich".
Czytaj dalej »

czwartek, 2 stycznia 2014

NAJlepsze koncerty w 2013

0
Mamy styczeń. Styczeń to nie tylko czas świąt, ale również czas podsumowań mijającego roku. Stąd pozwoliłam sobie na moje własne podsumowanie tego co najlepsze w 2013. Jak to u mnie - w muzycznym stylu.

NAJlepsze koncerty
1. Nick Cave and the Bad Seeds na Heineken Open'er Festival, jak również w każdym innym miejscu na globie - po prostu perfekcyjny. Rozpisywałam się już na ten temat tu, tu i tu, jeśli ktoś jest ciekaw.


2. Swans w Stodole - 16 marca 2013, moje 23 urodziny i mój kochany apokaliptyczny zespół. Swego czasu moja recenzja tego koncertu znalazła się tu.


3. KoRn na Impact Festival - Head po raz pierwszy w składzie po powrocie na łono kapeli.

fot. Paweł Wegner, mmwarszawa.pl

4. Rammstein na Impact Festival - ogień, ogień i jeszcze raz ogień.
5. Godspeed You! Black Emperor na Off Festivalu - mistrzowie dźwięku i oprawy, słów brak. Kilka słów ode mnie na temat całego Offa znajdziecie tu.


6. Roger Waters na Stadionie Narodowym - show totalne, tak samo jak album The Wall. Moja relacja z tego wydarzenia do przeczytania tutaj.


7. The Offspring na Orange Warsaw Festival - głównie ze względu na gimnazjalny sentyment, ale też na wciąż tlącą się w tych panach punkową iskrę.


8. Elementary Penguins na Popronde - przyjemne, holenderskie i z przytupem.


9. Goat na Off Festivalu - ci szamani przywołali pierwszy deszcz w trakcie tych kilku gorących katowickich dni. Ponownie odsyłam do mojej relacji z Offa.
10. Zbigniew Wodecki with Mitch & Mitch na Off Festivalu - za pozytywne zaskoczenie roku. Kilka słów na ich temat znalazło się również we wspomnianej relacji z Off Festivalu.


11.Steve Reich na Open'er Festival - klasyczna magia, trochę gorsza niż zeszłoroczny Penderecki, ale nadal zachwycająca. Moja relacja z Open'erowych koncertów znajduje się pod tym linkiem.


12. Franz Ferdinand na Coke Live Music Festival - bo jak ich tutaj nie lubić.
13. Florence and the Machine również na powyższym - bo całkiem ładnie to wyszło, chociaż nie nazwałabym tego wydarzeniem muzycznym dziesięcioleci, jak to proponują forsować niektóre portale.
14. Paradise Bangkok Molam International Band na Off Festivalu - bo nigdzie nie bawiłam się tak wesoło jak tam. Relacja, jak już pisałam, tu.


15. Gogol Bordello w Stodole - za slowiański żywioł


16. Retro Stefson w Powiększeniu - za energię i optymizm


17. Patrick Wolf w Palladium - za emocje, które niestety panu Wolfowi nie udały się na koncercie na pierwszym dniu Offa - a szkoda...


+ bonus - Jelonek zawsze daje radę. W tym roku na beznadziejnych Ursynaliach też.


Oczywiście w minionym roku koncertów odbyło się wielokrotnie więcej i o każdym, na którym byłam mogłabym napisać parę dobrych (bądź złych) słów. Jednak te przyszły mi na myśl jako pierwsze, kiedy myślałam o najlepszych. A jak Wy podsumujecie koncertowy rok 2013? 

Czytaj dalej »

wtorek, 17 grudnia 2013

Sport na Radboud University

0
Już dawno obiecywałam, że wezmę się za opisanie jak w Radboud University funkcjonuje sport dla studentów i dlaczego jest to jedna z rzeczy, której (już całkiem niedługo :( ) będzie brakowało mi najbardziej.

Student Radbouda może zakupić kartę sportową, która jest "nabijana" na jego legitymację studencką (podobnie jak karta na ksero, drukowanie, skanowanie i inne studenckie rozrywki). Przyjemność taka kosztuje zaledwie ok. 14 euro miesięcznie, co uważam za cenę ekstremalnie niską jak na możliwości, jakie owa karta oferuje.

Zacznijmy od tego, że pozwala ona na zapisanie się na jeden (bądź kilka, jeśli po pierwszej rejestracji zostaną jeszcze miejsca) kurs z danego sportu (jest ich kilkadziesiąt, poza tradycyjnym pływaniem czy sportami zespołowymi do wyboru są również takie ciekawostki jak łyżwiarstwo, pole dancing czy też samoobrona kobiet). Jednak to dopiero początek zabawy.

Karta sportowa pozwala też na rejestrowanie się na pojedyncze zajęcia z różnych dyscyplin, wystarczy kliknąć w pasującą nam datę, a następnie wydrukować sobie bilet w specjalnej maszynie tuż przed zajęciami. Do wyboru znowu mamy kilkadziesiąt różnych rodzajów ćwiczeń, takich jak zumba, spinning, taniec, ćwiczenia sprawnościowe, aerobik i tym podobne. Wśród tych biletów mamy również testy sprawnościowe i spotkania z trenerami, którzy doradzą jak dalej rzeźbić sylwetkę. Jednorazowo można zarejestrować dwa bilety (kiedy wykorzystamy jeden z nich możemy od razu zarejestrować się na kolejne zajęcia, co pozwala uczęszczać na różnego rodzaju ćwiczenia praktycznie codziennie, jeśli ktoś jest na tyle ambitny).

Zapisy na zajęcia pojedyncze

To nadal nie koniec. Karta pozwala również na rejestrację na basen (miejsce na torze na pół godziny, co jednak nie jest zbyt atrakcyjne ze względu na przeładowanie basenu - pięciu studentów na jeden krótki tor), a także na rezerwację boisk do tenisa czy squasha bądź innych miejsc na konkretną godzinę.

Zapisy na pływanie/tennis/squash

Dodatkową atrakcją są "walk-in hours" czyli gigantyczne treningi (np. z zumby bądź aerobiku), na które można wejść bez uprzedniej rejestracji. Możliwe jest również korzystanie z siłowni.

Nie muszę chyba dodawać, że każda rejestracja odbywa się przez bardzo wygodny system internetowy, a wszystkie zajęcia (no może oprócz nieszczęsnego pływania, o czym pisałam kilka postów wcześniej) odbywają się w zaawansowanych technicznie salach czy też na doskonale przygotowanych boiskach. Centrum sportowe to wielki konglomerat, dzięki czemu w tym samym czasie odbywa się mnóstwo zajęć, na które możemy się wybrać. Wszystkie ćwiczenia prowadzą wykwalifikowani trenerzy, więc naprawdę można się namęczyć. Naprawdę trudno tu znaleźć jakiekolwiek wady.

UW ze swoją niezbyt szeroką ofertą sportów, nie zawsze dobrze przygotowanymi miejscami (oprócz, oczywiście, basenu, który w porównaniu do tego w Nijmegen jest luksusem, zresztą nawet w porównaniu do innych polskich basenów jest na wysokim poziomie) i dość wysokimi cenami po wykorzystaniu wszystkich żetonów na W-F w tym porównaniu wypada naprawdę słabo. Może warto coś zmienić?

Więcej na ten temat możecie przeczytać na stronie centrum sportowego Radboud University: http://www.ru.nl/sportscentre/

Czytaj dalej »

wtorek, 10 grudnia 2013

USOS vs. OSIRIS - "przedruk" w Sednie

0


Jeśli ktoś nie widział jeszcze mojego posta o holenderskim "usosie" albo chce go przeczytać jeszcze raz może to teraz uczynić zaglądając na stronę Gazety Studenckiej "Sedno" pod tym linkiem:
http://gazeta-sedno.pl/5830/narzekacie-na-usos-i-slusznie-czyli-troche-o-holenderskim-portalu-dla-studentow/


Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia