poniedziałek, 24 marca 2014

"Sierpień w hrabstwie Osage" - recenzja

0
W "Wiadomościach Sąsiedzkich Wesoła" pojawiła się (jak co miesiąc) moja recenzja - tym razem filmu "Sierpień w hrabstwie Osage". Poniżej zamieszczam początek tekstu, a do całości odsyłam tu (nr 156, str. 12).

Popisy aktorskie to nie wszystko
"Sierpień w hrabstwie Osage", reż. John Wells

„Sierpień w hrabstwie Osage” zbiera zarówno liczne nominacje do nagród wszelakich jak i pozytywne recenzje od krytyków. Jednak to, co głównie jest zachwalane w tym obrazie to aktorstwo. A co z resztą? Reszta, niestety, też powinna być istotna.

„Sierpień w hrabstwie Osage” to dość zagmatwana historia rodziny, która rozpoczyna się od zaginięcia ojca, którego poszukiwania wszczyna ciężko chora na raka ust żona (Meryl Streep), zwołując do rodzinnego domu swoje córki z rodzinami oraz siostrę z mężem. Tak duże nagromadzenie osób o silnych charakterach i dość spapranych życiorysach zwiastuje tylko jedno – tragedię w postaci niekończącej się serii dramatów i kłótni.

I tym właśnie ten film jest. Serią obrazków, przeskakiwaniem od popisu aktorskiego do popisu aktorskiego. Wszystko jest tu ze sobą połączone, każda postać ma swoją historię, jednak wszystko razem nie łączy się w fabułę. Jest to seria portretów, doskonale pokazanych, ale jednak nie łączących się za pomocą jednej wspólnej historii. Cały czas mamy wrażenie, że film dopiero się rozkręca, że wciąż mamy do czynienia z prezentacją postaci, a prawdziwy wątek niedługo się rozpocznie. Ten moment jednak nie za bardzo następuje, a film pozostawia niedosyt, wrażenie, że został niedokończony.

Całość do przeczytania w "Wiadomościach Sąsiedzkich Wesoła"! 
Czytaj dalej »

wtorek, 14 stycznia 2014

Sylwester i Nowy Rok w Niederlandach

0
Inaczej niż większość zagranicznych studentów, którzy obecny semestr spędzają w Nijmegen ucząc się na Radboud University, postanowiłam wrócić wcześniej do Holandii i nie przedłużać sobie świątecznego pobytu w domu i smacznych obiadków do początku stycznia. A wszystko po to, żeby zobaczyć jak Holendrzy witają Nowy Rok.

Po pierwsze - narzekacie na Sylwestra w Polsce zaczynającego się hukami już o 17? Przyjedźcie do Holandii. Huki zaczynają się z samego rana, wybuchy słychać w jednosekundowych odstępach czasu albo kilka na raz (i nie ma w tym zdaniu ani trochę przesady) i nie tracą na sile aż do dnia następnego. W dodatku przez większość dnia nie ma co podziwiać, ponieważ wszędzie słychać huki petard, nie widać natomiast fajerwerków. Poruszając się 31 grudnia po Nijmegen czułam się jak na wojnie, a mój akademik z kartongipsu przeżywał niemałe wstrząsy. Na co dzień spokojne miasto stało się nagle jednym z głośniejszych w jakich miałam okazję przebywać, a moje myśli skupiały się na biednych stworzeniach domowych, takich jak psy, które muszą co roku przeżywać te bezsensowne salwy. Swoją drogą zastanawiam się jakim cudem jest to wszystko możliwe, ponieważ w Nijmegen jest zaledwie kilka sklepów z materiałami tego typu oraz nie ma tu zwyczaju jak w Polsce, że fajerwerki można dostać w każdym supermarkecie.

Ładnie zaczęło robić się pod wieczór, kiedy na niebie zaczęły się pojawiać kolorowe fajerwerki. Kulminacja, oczywiście, nastąpiła o północy. Aby mieć najlepszy widok na to, co będzie się o tej magicznej godzinie działo, udałam się na most rowerowo-kolejowy łączący ze sobą dwie części miasta. Z tego miejsca idealnie widać zabytkowy brzeg rzeki Waal oraz unoszące się nad miastem wieżyczki. Tenże most przekraczam codziennie na rowerze, aby dostać się na zajęcia na Uniwersytecie.

Za piętnaście dwunasta spotkałam się na moście z innymi znajomymi poznanymi podczas wymiany, którzy zdecydowali się spędzić Sylwestra w Nijmegen - Vivian i Victorią ze Stanów Zjednoczonych oraz Naomi z Niemiec. Chwilę przed północą niebo zaczęło rozbłyskać różnymi kolorami, aby o północy wręcz zapłonąć. Niebo po obu stronach rzeki wyglądało jak kolorowa ogniowa mieszanina, którą wszystkie podziwiałyśmy z lekko opadniętymi szczękami. Czegoś takiego nie widziałam na żadnym Sylwestrze w Warszawie - dla tego momentu warto było przeżyć cały dzień huków. Fajerwerkowe show zdawało się nie mieć końca, dlatego wsiadłyśmy na rowery i ruszyłyśmy na dalsze sylwestrowe przygody. Jechanie rowerem przez rozświetlony most i miasto, podziwiając jednocześnie wybuchowe atrakcje zapamiętam na bardzo długo. Co ciekawe w ciągu tego wieczora przez most jechałam około sześciu razy, ze względu na częste zmiany planów. Z tej okazji razem z Victorią nowy rok nazwałyśmy "rokiem wyrzeźbionego tyłka" (w skrócie - Year of the Butt).

Grafika stworzona (przy mojej pomocy koncepcyjnej) przez Adama.


Planem na dalszą część wieczoru (przed północą bawiłyśmy się na jednej z akademikowych domówek) było udanie się do lokalnych klubów, do których wejście na co dzień jest darmowe, ale w tą noc za przekroczenie progu trzeba zapłacić kilkanaście euro. Szybko jednak dostałyśmy informację od naszej holenderskiej mentorki, że zgodnie z przewidywaniami kluby raczej zieją pustkami - holenderscy studenci najczęściej po świętach Bożego Narodzenia zostają w rodzinnych domach aż do nowego roku, przez co studenckie miasteczko jakim jest Nijmegen raczej się wyludnia. Postanowiłyśmy więc zostać w domowych pieleszach i świętować Sylwestra najbardziej holendersko jak się da - zaopatrzyłyśmy się więc w oliebollen (smażone w głębokim tłuszczu ciasto podobne do znanych nam pączków) i jabłkowy sok z bąbelkami (przypominający nieco nasze Piccolo, ale znacznie lepszy), czyli tradycyjne holenderskie przysmaki na Nowy Rok.

Do swojego akademika wracałam rowerem około piątej rano, mijając po drodze wielu innych rowerzystów wracających ze świętowania Sylwestra do domów. Mijaliśmy się pozdrawiając się życzeniami wszystkiego dobrego na Nowy Rok, chociaż to akurat głównie wychodziło z mojej strony. Kolejny dzień był już raczej spokojny. Holendrzy zdaje się zużyli wszystkie swoje wybuchowe zapasy 31 grudnia i huki było słychać już tylko co kilka godzin. Tradycyjnie 1 stycznia rozpoczęto New Year's Dive, czyli biegiem do lodowatej wody (rzeki, jeziora, morza) w pomarańczowych czapkach. Największe tego typu biegi odbywają się w nadmorskich miejscowościach. W Nijmegen oprócz porannego biegu do rzeki, niedaleko brzegu ustawiono basen, do którego wielbiciele tej tradycji mogli wskoczyć i dostać charakterystyczne czapki. Z okazji do zamoczenia się ze wspomnianą Victorią nie skorzystałyśmy, ale w czapki oczywiście się zaopatrzyłyśmy.


Podsumowując, do Nijmegen na Sylwestra przyjechać było zdecydowanie warto. Mimo mojej miłości dla warszawskich tematycznych domówek to doświadczenie obserwowania płonącego wszystkimi kolorami tęczy nieba nad najstarszym miastem Holandii jest po prostu niezapomniane.

P.S. Szkoda, że fajerwerkom nie da się zrobić naprawdę fajnych zdjęć, które oddałyby ich rzeczywisty wygląd...
Czytaj dalej »

poniedziałek, 6 stycznia 2014

"Push the Sky Away" - recenzja

0
Jeśli ktoś jest zainteresowany moimi przemyśleniami na temat ostatniego albumu Nicka Cave'a to odsyłam do "Wiadomości Sąsiedzkich", gdzie ostatnio ukazała się recenzja "Push the Sky Away". Numer z nią znajdziecie pod tym linkiem. (nr 153 "Wiadomości Sąsiedzkich Wesoła", strona 8).



A tutaj zamieszczam teaser całości:

Powrót w wielkim stylu

Na powrót The Bad Seeds czekałam od minuty, kiedy ogłosili, że czas się rozstać. Czytający mój dział od dawna na pewno pamiętają moją recenzję „Murder Ballads” sprzed kilku lat, co może tylko potwierdzać moje ustawiczne zachwycanie się tą formacją. A przede wszystkim jej niesamowicie utalentowanym liderem, Nickiem Cavem. Każdy powrót ulubionego zespołu to obawy. Zwłaszcza, że w międzyczasie The Bad Seeds opuścili jedni z ich najważniejszych muzyków – Blixa Bargeld i Mick Harvey. Jednak nie było się czego bać – album „Push the Sky Away” nie mógłby być lepszy.

„Push the Sky Away” jest niczym mieszanka The Bad Seeds z ich dawnych lat (kiedy, jak to mówią fani, każdy album miał liczbę ofiar) z dodatkowymi nowościami. Tak więc mamy Nicka, który tak jak dawniej opowiada nam różne historyjki, wracając do swojej sprawdzonej techniki narracji (zanim jeszcze zwrócił się w stronę osobistych przemyśleń znanych chociażby z dzieła jakim jest „The Boatman’s Call”), ale z drugiej strony album jest prawie całkiem pozbawiony gitary, co dla Bad Seeds jest dość nietypowe. Jak mówi sam Cave stało się tak, ponieważ odejście gitarzysty (a właściwie dwóch gitarzystów) pozostawiło w zespole „dziurę w kształcie gitary”, która powinna pozostać dziurą i dać wybrzmieć pozostałym instrumentom. I zaiste wybrzmiewają w niesamowity sposób i w dużej ilości. Znowu wracamy również do klimatycznych, skomplikowanych kompozycji, znanych nam niemalże ze wszystkich albumów Złych Nasion. Niski głos Cave’a przeszedł pewne zmiany (nie da się ukryć – nie będzie młodniał), ale nadal słucha się go niczym balsamu dla uszu (Cave twierdzi, że dopiero teraz słucha własnego wokalu z przyjemnością). Na większości albumu pozostaje w melancholijnej, spokojnej stylistyce, dobrej na wieczory we dwoje bądź nocne spacery w deszczu (ja najczęściej słucham go nocą na rowerze), jednakowoż utwory te wykonywane na żywo (zwłaszcza „Jubilee Street”) nabierają nowej, zwierzęcej energii. Album jest raczej stonowany, ale nie brakuje mu bardziej agresywnych bądź majestatycznych elementów. Muzyka to majstersztyk w każdym calu. Trudno tu wybrać najlepszy utwór, ale osobiście postawiłabym na zamykający album kawałek o tym samym tytule – „Push the Sky Away”.


Ciąg dalszy w "Wiadomościach Sąsiedzkich".
Czytaj dalej »

czwartek, 2 stycznia 2014

NAJlepsze koncerty w 2013

0
Mamy styczeń. Styczeń to nie tylko czas świąt, ale również czas podsumowań mijającego roku. Stąd pozwoliłam sobie na moje własne podsumowanie tego co najlepsze w 2013. Jak to u mnie - w muzycznym stylu.

NAJlepsze koncerty
1. Nick Cave and the Bad Seeds na Heineken Open'er Festival, jak również w każdym innym miejscu na globie - po prostu perfekcyjny. Rozpisywałam się już na ten temat tu, tu i tu, jeśli ktoś jest ciekaw.


2. Swans w Stodole - 16 marca 2013, moje 23 urodziny i mój kochany apokaliptyczny zespół. Swego czasu moja recenzja tego koncertu znalazła się tu.


3. KoRn na Impact Festival - Head po raz pierwszy w składzie po powrocie na łono kapeli.

fot. Paweł Wegner, mmwarszawa.pl

4. Rammstein na Impact Festival - ogień, ogień i jeszcze raz ogień.
5. Godspeed You! Black Emperor na Off Festivalu - mistrzowie dźwięku i oprawy, słów brak. Kilka słów ode mnie na temat całego Offa znajdziecie tu.


6. Roger Waters na Stadionie Narodowym - show totalne, tak samo jak album The Wall. Moja relacja z tego wydarzenia do przeczytania tutaj.


7. The Offspring na Orange Warsaw Festival - głównie ze względu na gimnazjalny sentyment, ale też na wciąż tlącą się w tych panach punkową iskrę.


8. Elementary Penguins na Popronde - przyjemne, holenderskie i z przytupem.


9. Goat na Off Festivalu - ci szamani przywołali pierwszy deszcz w trakcie tych kilku gorących katowickich dni. Ponownie odsyłam do mojej relacji z Offa.
10. Zbigniew Wodecki with Mitch & Mitch na Off Festivalu - za pozytywne zaskoczenie roku. Kilka słów na ich temat znalazło się również we wspomnianej relacji z Off Festivalu.


11.Steve Reich na Open'er Festival - klasyczna magia, trochę gorsza niż zeszłoroczny Penderecki, ale nadal zachwycająca. Moja relacja z Open'erowych koncertów znajduje się pod tym linkiem.


12. Franz Ferdinand na Coke Live Music Festival - bo jak ich tutaj nie lubić.
13. Florence and the Machine również na powyższym - bo całkiem ładnie to wyszło, chociaż nie nazwałabym tego wydarzeniem muzycznym dziesięcioleci, jak to proponują forsować niektóre portale.
14. Paradise Bangkok Molam International Band na Off Festivalu - bo nigdzie nie bawiłam się tak wesoło jak tam. Relacja, jak już pisałam, tu.


15. Gogol Bordello w Stodole - za slowiański żywioł


16. Retro Stefson w Powiększeniu - za energię i optymizm


17. Patrick Wolf w Palladium - za emocje, które niestety panu Wolfowi nie udały się na koncercie na pierwszym dniu Offa - a szkoda...


+ bonus - Jelonek zawsze daje radę. W tym roku na beznadziejnych Ursynaliach też.


Oczywiście w minionym roku koncertów odbyło się wielokrotnie więcej i o każdym, na którym byłam mogłabym napisać parę dobrych (bądź złych) słów. Jednak te przyszły mi na myśl jako pierwsze, kiedy myślałam o najlepszych. A jak Wy podsumujecie koncertowy rok 2013? 

Czytaj dalej »

wtorek, 17 grudnia 2013

Sport na Radboud University

0
Już dawno obiecywałam, że wezmę się za opisanie jak w Radboud University funkcjonuje sport dla studentów i dlaczego jest to jedna z rzeczy, której (już całkiem niedługo :( ) będzie brakowało mi najbardziej.

Student Radbouda może zakupić kartę sportową, która jest "nabijana" na jego legitymację studencką (podobnie jak karta na ksero, drukowanie, skanowanie i inne studenckie rozrywki). Przyjemność taka kosztuje zaledwie ok. 14 euro miesięcznie, co uważam za cenę ekstremalnie niską jak na możliwości, jakie owa karta oferuje.

Zacznijmy od tego, że pozwala ona na zapisanie się na jeden (bądź kilka, jeśli po pierwszej rejestracji zostaną jeszcze miejsca) kurs z danego sportu (jest ich kilkadziesiąt, poza tradycyjnym pływaniem czy sportami zespołowymi do wyboru są również takie ciekawostki jak łyżwiarstwo, pole dancing czy też samoobrona kobiet). Jednak to dopiero początek zabawy.

Karta sportowa pozwala też na rejestrowanie się na pojedyncze zajęcia z różnych dyscyplin, wystarczy kliknąć w pasującą nam datę, a następnie wydrukować sobie bilet w specjalnej maszynie tuż przed zajęciami. Do wyboru znowu mamy kilkadziesiąt różnych rodzajów ćwiczeń, takich jak zumba, spinning, taniec, ćwiczenia sprawnościowe, aerobik i tym podobne. Wśród tych biletów mamy również testy sprawnościowe i spotkania z trenerami, którzy doradzą jak dalej rzeźbić sylwetkę. Jednorazowo można zarejestrować dwa bilety (kiedy wykorzystamy jeden z nich możemy od razu zarejestrować się na kolejne zajęcia, co pozwala uczęszczać na różnego rodzaju ćwiczenia praktycznie codziennie, jeśli ktoś jest na tyle ambitny).

Zapisy na zajęcia pojedyncze

To nadal nie koniec. Karta pozwala również na rejestrację na basen (miejsce na torze na pół godziny, co jednak nie jest zbyt atrakcyjne ze względu na przeładowanie basenu - pięciu studentów na jeden krótki tor), a także na rezerwację boisk do tenisa czy squasha bądź innych miejsc na konkretną godzinę.

Zapisy na pływanie/tennis/squash

Dodatkową atrakcją są "walk-in hours" czyli gigantyczne treningi (np. z zumby bądź aerobiku), na które można wejść bez uprzedniej rejestracji. Możliwe jest również korzystanie z siłowni.

Nie muszę chyba dodawać, że każda rejestracja odbywa się przez bardzo wygodny system internetowy, a wszystkie zajęcia (no może oprócz nieszczęsnego pływania, o czym pisałam kilka postów wcześniej) odbywają się w zaawansowanych technicznie salach czy też na doskonale przygotowanych boiskach. Centrum sportowe to wielki konglomerat, dzięki czemu w tym samym czasie odbywa się mnóstwo zajęć, na które możemy się wybrać. Wszystkie ćwiczenia prowadzą wykwalifikowani trenerzy, więc naprawdę można się namęczyć. Naprawdę trudno tu znaleźć jakiekolwiek wady.

UW ze swoją niezbyt szeroką ofertą sportów, nie zawsze dobrze przygotowanymi miejscami (oprócz, oczywiście, basenu, który w porównaniu do tego w Nijmegen jest luksusem, zresztą nawet w porównaniu do innych polskich basenów jest na wysokim poziomie) i dość wysokimi cenami po wykorzystaniu wszystkich żetonów na W-F w tym porównaniu wypada naprawdę słabo. Może warto coś zmienić?

Więcej na ten temat możecie przeczytać na stronie centrum sportowego Radboud University: http://www.ru.nl/sportscentre/

Czytaj dalej »

wtorek, 10 grudnia 2013

USOS vs. OSIRIS - "przedruk" w Sednie

0


Jeśli ktoś nie widział jeszcze mojego posta o holenderskim "usosie" albo chce go przeczytać jeszcze raz może to teraz uczynić zaglądając na stronę Gazety Studenckiej "Sedno" pod tym linkiem:
http://gazeta-sedno.pl/5830/narzekacie-na-usos-i-slusznie-czyli-troche-o-holenderskim-portalu-dla-studentow/


Czytaj dalej »

sobota, 30 listopada 2013

Myślicie, że rower to bezpieczny sport?

1
Historia moich wypadków na rowerze niedługo stanie się tematem na osobnego bloga. Jednak spróbuję póki co moje doświadczenia ograniczyć do jednej notki, która ma być przestrogą dla tych, którzy sądzą, że w przeciwieństwie do sportów takich jak jazda na nartach bądź łyżwiarstwo jazda na rowerze to sport pozbawiony ryzyka kontuzji.

Zacznijmy od tego, że niektóre upadki kontuzjami się nie kończą, np. kiedy po wkręceniu się sznurówek w łańcuch (tak, sznurówki i szerokie spodnie to coś na co na rowerze należy uważać - spodnie najlepiej spinać spinkami bądź agrafkami po boku, zaś sznurówki po prostu mocno zawiązać a dyndające części włożyć do buta) upadłam z takim impetem na wiadukt, że aż cały się zatrząsł. Ale nic mi się nie stało. Innym razem po zderzeniu z jadącym z naprzeciwka rowerzystą skręciła się jedynie kierownica w moim rowerze.

Jednak zderzenie z kimś może również zaowocować poważniejszymi obrażeniami, tak jak wtedy kiedy złamałam sobie mały palec u prawej dłoni, po tym kiedy mój znajomy stracił panowanie nad rowerem i z dość dużą prędkością wjechał we mnie a następnie razem z rowerem przewrócił się na mnie (i mój rower). Wydawało się to błahe, ale kiedy musiałam spędzić kilka dni podróżując codziennie do holenderskiego szpitala, następnie przejść operację z prawdziwego zdarzenia, a na koniec przez cztery tygodnie nie móc używać prawej dłoni pod prysznicem (bo opatrunek nie może się zamoczyć) uznałam, że faktycznie niefajnie złamać palec. Poznałam za to holenderskie szpitale publiczne, które oczywiście wyglądają jak te prywatne w Polsce, a na operację czekałam dosłownie jeden dzień (warto dodać, że zanim dotarłam do szpitala szukałam porady u lokalnego lekarza - kiedy zajechałam na miejsce, zobaczyłam budynek z mini farmą, na której były kozy i kucyki - nie byłam pewna czy może nie trafiłam do weterynarza). Holenderska służba zdrowia to jest to.

Przy okazji owego wypadku nie obyło się bez zadrapań na dłoniach, łokciach i twarzy, ale to nic przy męce spowodowanej nieszczęsnym palcem, który pod opatrunkiem po operacji wyglądał tak:

Tak, tak - to co widzicie to wbite w kość dwa długie gwoździe, które znajdującymi się kawałek dalej obcęgami były wyciągane bez znieczulenia, kiedy już kość się zrosła (kawałek się odłamał). 

Przejdźmy jednak do mojego spektakularnego wypadku numer dwa, który wydarzył się całkiem niedawno. Jadąc na bagażniku roweru wyraźnie upominałam kolegę, aby zaczął hamować przed zjazdem w dół. Niestety, mój rower (na którym jechał), w przeciwieństwie do tego, którego używa na co dzień, ma hamulce w pedałach, nie zaś na kierownicy. Oczywiście możecie się domyślić co za chwilę się stało. Kraksa. Spadając na ziemię uderzyłam brodą w betonowy słup i obiłam sobie kolana. Błyskawicznie podbiegła do nas obca kobieta (mimo późnej pory) oferując wodę i swój własny rower (!), abyśmy mogli bezpiecznie dojechać na miejsce. Kolega z oferty pożyczenia roweru i oddania kluczy następnego dnia nie skorzystał tylko udał się do autobusu, a ja po dojściu do siebie i sprawdzeniu czy wszystko w moim ciele działa wsiadłam na rower i dojechałam do akademika (ok. 5-6 kilometrów). Dopiero na miejscu zauważyłam jakich zniszczeń dokonał ten feralny upadek. Zdejmując szalik zobaczyłam, że jest cały we krwi. Ok, czyli jednak dość mocno obiłam ten podbródek. Zdejmując spodnie zaś ujrzałam swoje kolana całe pokryte zadrapaniami i sińcami oraz obolałe z każdej strony (podobnie jak niektóre inne części ciała, takie jak ramiona). Cieszyłam się jednak, że tym razem chyba nic nie złamałam, zaś krew lejącą się z malutkiego rozcięcia na podbródku dość szybko udało się zatamować. Z tego wynika jedna lekcja - choć wcześniej jeżdżenie na bagażniku zawsze było bezpieczne, czas z tym skończyć. 

Wygląd moich kolan po upadku numer dwa (jako że rana na podbródku mimo obfitego krwawienia nie wygląda w ogóle spektakularnie): 
Ostatnio moje kolana tak wyglądały po koncercie Atari Teenage Riot w Progresji, kiedy obijałam się nogami o brzeg sceny (bo nikt nie pomyślał o barierkach).

Najdziwniejsze jest to, że przy każdym z tych wypadków bardziej martwiłam się o powykręcane bądź zniszczone części roweru, jako że to mój jedyny środek transportu, niż o siebie. Będąc w szpitalu poza przejmowaniem się tym, że leżę tam zupełnie sama, mając przejść pierwszą w życiu operację, podczas kiedy przy wszystkich stoją bliscy (pomógł nieco bezprzewodowy internet, który pozwolił na kontakt z rodziną i chłopakiem przez skype) moim głównym problemem było to, że nie mogłam do niego dojechać rowerem, ani że nie będę mogła nim wrócić (ze szpitala odebrała mnie autobusem moja szkocka znajoma jako że nie dałabym rady wrócić z bezwładną prawą ręką, zaczynając od pretensji, że nic jej nie powiedziałam kiedy mam operację, bo przecież by ze mną pojechała i mnie wspierała - ja jednak nie chciałam nikogo narażać na wstawanie przed ósmą rano. Później zaopiekowała się mną przygotowując mi kolację). Cóż, mieszkając w Holandii ma się nieco inne priorytety. 

Nadal myślicie, że jeżdżenie na rowerze jest bezpieczne? Nie jest. Zwłaszcza jadąc z kimś - bo wszystkie moje przykre zdarzenia zostały spowodowane przez osoby trzecie... Miejmy nadzieję, że to koniec serii. 
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia