Gdzie? ISKRA, Warszawa
Organizator: fource.pl
Za ile? w chwili, w której to piszę 99 zł
(oprócz Tommy'ego na nowym festiwalu Hip Hop Waves Warsaw zagra też
dwóch innych raperów, ale osobiście interesuje mnie tylko gwiazda
główna)
Ja i Tommy na bardzo niewyraźnym zdjęciu
Tommy Cash to częsty gość stolicy, niemniej za każdym razem
przynajmniej podejmuję próbę zobaczenia go na żywo. Raper z Estonii jest
trochę niczym słowiańskie Die Antwoord - obciachowa stylistyka, mało
skomplikowana muzyka i teksty o wanabee gangsterze z blokowiska mieszają
się tu z prawdziwą sztuką pokazaną w klipach. Nie do końca wiemy co
jest na serio, a co jest ironią i kreacją. Jedno jest pewne -
postkomunistyczne sentymenty na pewno rezonują w Polsce lepiej niż zef z
townships. A na żywo gwarantują chociaż trochę połączenie umysłów i
przede wszystkim dużo potu wytraconego w szaleńczym tańcu.
13 września - Deafheaven
Gdzie? Hybrydy, Warszawa
Organizator: P.W. Events
Za ile? 79/84/89 zł
Deafheaven na OFF Festivalu 2014
Deafheaven widziałam na OFFie 2014 (co widać na załączonym wykonanym przeze mnie obrazku). Poszłam na koncert z ciekawości i spodobało mi się. Nie był to jeden z najlepszych koncertów tamtego OFFa, ale na pewno pozostał mi w pamięci na tyle, żeby przesłuchać kawałek dyskografii szanownych panów później w domu. Muzyka (a właściwie ściana dźwięku) zdecydowanie się broni i słucha jej się naprawdę przyjemnie (jakkolwiek dziwnie może brzmieć ten przymiotnik w tym kontekście). Jedyne co mnie wkurza to wokal, ale na tyle ginie on w strumieniu odgłosów, że da się przeżyć. Zresztą to moja przypadłość - często podoba mi się to, co prezentują muzycznie zespoły black metalowe, ale całe cudowne wrażenie zabija dla mnie wokal. Podobny problem miałam w tym roku na OFF Festivalu z Furią (do której zresztą stojąc w rozsądnej odległości od namiotu usypiałam swoje kilkumiesięczne dziecko - i to z powodzeniem!).
A to cudo objawiło się nam przy bramie wyjściowej od strony Kosakowa
Jeśli dobrze liczę, to był mój siódmy Open'er. I zdecydowanie najcięższy ze wszystkich, bo pierwszy raz udałam się na festiwal z dzieckiem. Trzymiesięcznym dzieckiem. O tym na ile ogromne było to wyzwanie i jak ogólnie poradzić sobie z maluchem na takim festiwalu na pewno napiszę coś osobnego. Ten wpis poświęcę tylko podsumowaniu muzycznemu, a wstęp ma służyć jedynie temu, żebyście zrozumieli czemu tak mało udało mi się zobaczyć - nie dość, że z dzieckiem, to w tym roku ze względu na wyprzedane wszystkie karnety i bilety organizacja leżała i kwiczała. Kwiczała tak bardzo, że ostatniego dnia na samym festiwalu byliśmy krócej niż na niego jechaliśmy połączeniem pociąg + taxi.
No ale przejdźmy do muzyki. Koncert po koncercie, dzień po dniu.
DZIEŃ 1
Noel Gallagher's High Flying Birds
Kilka lat temu widziałam Noela na Orange Warsaw Festival i przyznam, że tam podobał mi się dużo bardziej. Nie wiem jednak, czy to kwestia samej muzyki, zebranych po drodze doświadczeń, czy może pogody (w momencie jego koncertu słońce prażyło niemiłosiernie, a cień niewiele pomagał). Do wszystkiego mógł mi się dołożyć stres i kiepskie nagłośnienie. Było nudnawo. Najciekawszym elementem była obserwacja z daleka tłumów, które podnosiły się i podchodziły pod scenę słysząc każdy hit Oasis.
Nick Cave and the Bad Seeds
Nick dla mnie to, jak wiecie, najwyższy poziom umiejętności koncertowych. Widziałam go tym razem po raz piąty i znowu nie zawiódł. Nie było to tak pełne show jak ostatnie na Torwarze, gdzie wszystko było zaplanowane i budowało spójną całość, raczej wymieszanie greatest hits i klasycznych chwytów z kładzeniem się na tłumie oraz wyciąganiem z niego ludzi. Bez miejsca na zbyt wiele sentymentalnych spowolnień. Jednak nie można powiedzieć, że nie została w to włożona najszczersza energia, mimo że Nicka ewidentnie irytowało świecące prosto w jego twarz zachodzące słońce (ostatecznie sprawił, że zaszło całkowicie). Największe wrażenie tym razem zrobiło dla mnie "From Her to Eternity" przy którym Nick tak wytężał twarz i głos, że zaczęłam się obawiać. Było duuuuużo mocy.
Arctic Monkeys
Nigdy nie rozumiałam fenomenu tego zespołu i nie rozumiem nadal. Oglądałam ich przez chwilę względnie z bliska, aby potem się oddalić i niestety nadal słyszeć Alexa Turnera. Szkoda, że w przeciwieństwie do Open'era pięć lat temu Nick grał przed małpami, a nie po nich. Wtedy może zgromadzone pod sceną nastoletnie fanki pana Alexa nie przeszkadzałyby w odbiorze Nicka, bo wtedy po zakończeniu koncertu swoich idoli grzecznie opuściły teren.
Fleet Foxes
To mój największy zawód tegorocznej edycji - że na koncercie Fleet Foxes nie mogłam zostać dłużej (no i może jeszcze to, że znowu nie zobaczyłam Massive Attack, zawsze się jakoś mijamy). Tańczyło się przepięknie, muzyka brzmiała jak należy, szkoda mi tylko było jak patrzyłam na ludzi wychodzących z Arctic Monkeys i przechodzących przez Tent tylko po to, żeby udać się do wyjścia z terenu.
DZIEŃ II
Organek
Na Organka poszłam ze względu na mojego tatę, który akurat tego dnia poszedł na Open'era. Poświęciłam się rozmowom ze znajomymi gdzieś za najdalszym telebimem. Chyba nie żałuję.
Young Fathers
Cieszę się, że udało mi się wcześniej zobaczyć Young Fathers na OFFie, bo na Open'erze nie miałam na to zbyt wiele czasu. Nadal jednak, nawet przez te raptem pół godzinki, brzmiało to zupełnie ok.
MØ
Energiczna MØ zawsze daje dobre koncerty, tym razem nie było inaczej.
David Byrne
I tu oto, proszę państwa, mamy gwiazdę tegorocznego Open'era. Na jego koncert nie szłam ze szczególnie wysokimi oczekiwaniami, nie były one też zbyt niskie. Okazało się, że był to zdecydowanie show dnia. Byrne nie tylko świetnie śpiewa, a jego muzycy bezbłędnie grają, ale też cudownie tańczy. Koncert wydawał się zaplanowany, a jednocześnie radosny i nieco spontaniczny. Cała grupa na scenie poruszała się płynnie i wykonywała przedziwne ruchy, które czasem przypominały nowoczesny taniec, innym razem składanie prania albo krojenie chleba. Trudno było nie dać się w to wciągnąć, a najlepiej całość podsumowuje jeden z tekstów Byrne'a: "We dance like this because it feels so damn good".
Depeche Mode
Koncert Depeche Mode już genialnie opisał fanpage "Są na świecie płyty, o których nie śniło się młodym klerykom". Liczyłam na coś więcej po tym ile osób zachwycało się DM na żywo, dostałam lekko totalitarnie śmierdzące show, w którym najlepszym momentem było machanie rękami przez tłum ludzi. Gahanowi na pewno nie można zarzucić słabego głosu, to brzmi jak należy. Ale wszystko jest powtarzalne i ma się brzydkie wrażenie, że ktoś tu odcina kupony i wykorzystuje polskich januszy, którzy łykną dosłownie wszystko co Depeche Mode im poda. Mi nie smakowało za bardzo.
DZIEŃ III
Gorillaz
Po zobaczeniu ich w Warszawie za legendarne już 2 złote bardzo czekałam na ten występ. Warszawski był naprawdę bezbłędny, więc liczyłam, że na Open'erze będzie podobnie. I Gorillaz idealnie spełnili oczekiwania. Koncert był zupełnie inny niż w stolicy - nie była to zaplanowana całość przygotowana pod promocję albumu, bardziej podróż przez "greatest hits plus", ale nadal uzupełniona niczego sobie wizualizacjami, licznymi gośćmi i przede wszystkim wielkim talentem i charyzmą muzyków. Chciałoby się tylko więcej.
DZIEŃ IV
Sevdaliza
Koncert Sevdalizy podobnie jak w przypadku Gorillaz miał być moim drugim jej koncertem i podobnie miałam dość duże oczekiwania. Jednak w tym przypadku nieco się zawiodłam, ale chyba nie z winy samej artystki. To był ten dzień, kiedy na samego Open'era jechaliśmy dłużej niż na nim byliśmy (zajęło nam to 4,5 godziny). Spóźniliśmy się na koncert zespołu Bomba Estero, poddenerwowani i zestresowani udaliśmy się od razu na Sevdalizę. Jako że cały czas zżerał mnie jeszcze stres i było mi słabo o skupienie było trudno. Dodatkowo staliśmy dość daleko od sceny, a na telebimach zamiast kocio-wężowych ruchów Iranki zobaczyliśmy bardzo nieruchome wizualizacje. Szkoda, bo jej taniec na pewno, jak zawsze, był niesamowity.
Bruno Mars
Mars to muzycznie zupełnie nie moja bajka, ale mam słabość do laserów i fajerwerków. Dostałam dużo fajerwerków i trochę laserów, które oglądałam ze strefy Kids Zone, gdzie spotkały się one z należytym piskiem i ekscytacją przebywających tam dzieciaków. Bruno też nieźle tańczy, więc miło było popatrzeć. Jednak nie na tyle miło, żeby zostać do końca.
***
Ogólnie Open'er jak zwykle zastosował swoją taktykę zapraszania artystów z zupełnie różnych grup stylistycznych z zupełnie różnymi grupami fanów. I rozbijaniem ich tak, żeby wiele osób musiało przyjść na wszystkie dni, aby zobaczyć wszystko to, co ich interesuje. W tym roku tej ogromnej ilości osób kompletnie nie udźwignęli logistycznie, a w całej imprezie coraz mniej pomysłu na ciekawy content, a coraz więcej komercjalizacji. Z jednej strony trochę szkoda, z drugiej - fajnie, że Polska ma swoją Coachellę. Na takie festiwale w końcu też musi być miejsce.
No i jeszcze dwie istotne zmiany w stosunku do lat ubiegłych - toi toie stały się różowe, a telebimy czarno-białe.
Wczoraj podobno był Światowy Dzień Bez Mięsa. Od jakiegoś czasu dla mnie to dzień jak co dzień. Nie pamiętam już dokładnie daty, kiedy zostałam wege. Na pewno działo się to stopniowo. Na początek ograniczałam mięso, potem zrezygnowałam z każdego mięsa z wyjątkiem drobiu i ryb. Następnie porzuciłam też jedzenie drobiu. Zostałam przy rybach i jem je do dziś, więc właściwie jestem pescowegetarianką (podobno taka dieta ma sporo plusów i wcale nie jest bardzo niehumanitarna, jednak czasem sobie wyrzucam, że z ryb nie umiem zrezygnować).
To ja i szkockie mięsiwa w 2014 roku, zanim zostałam wege
Zanim przestałam jeść mięso byłam jedną z tych osób, która śmiała się niczym Ron Swanson, że wegetarianie jedzą jak króliki. Posiłek bez mięsa był dla mnie trudny do wyobrażenia. Na śniadanie kanapki z sopocką, na obiad kotlecik, na kolację bekon. Mawiałam, że warzywa to zło. Jednak w którymś momencie wzięła górę empatia. Zrozumiałam, że skoro nie podoba mi się jak się traktuje zwierzęta w produkcji przemysłowej, że skoro coś we mnie sprawia, że nie mogę patrzeć na świnie zamknięte w ciężarówce w ścisku, a dodatkowo ekologia przemawia za niejedzeniem mięsa (no bo co emituje więcej syfu do atmosfery - produkcja mięsa czy roślin?) to znaczy, że nie powinnam zajadać efektów tego procesu. Byłaby to po prostu hipokryzja, co nie znaczy, że każdy to przeżywa. Innym może to nie przeszkadzać i to nie mój problem. Nie znaczy to też, i podkreślam to od początku, że nigdy się nie złamię. Jestem tylko człowiekiem, a człowiek niestety jest słaby.
Jestem wege już ponad około półtora roku, może trochę więcej. Przez ten czas nie było mi raczej tęskno do mięsa, może trochę do żelków (w końcu zawierają żelatynę, czyli też produkt zrobiony ze zwierzęcia). Będąc wege przeszłam swoją pierwszą ciążę. Mimo nacisków rodziny, że powinnam zjeść mięso dla dobra dziecka (whaaat) nie uległam. Babcia pomstowała, że urodzę słabe dziecko o niskiej masie urodzeniowej. Jak już kiedyś pisałam urodziłam chłopaka o wadze prawie 5 kilogramów, więc argument babci upadł (w co do tej pory nie jest ona w stanie uwierzyć). Moje wyniki badań (a w ciąży robi się ich naprawdę mnóstwo) były zawsze wzorowe. W szpitalu po porodzie stwierdzono, że mam żelazo zdecydowanie w normie i nie trzeba go suplementować, w przeciwieństwie do sytuacji niektórych mięsożernych koleżanek. Chcę wam tylko tym powiedzieć, że kluczem do wszystkiego jest tak naprawdę zbalansowana dieta. Nie potrzebujecie mięsa. Nawet jego smak możecie zastąpić czymś innym - Bezmięsny Mięsny robi świetne produkty przypominające boczek, kiełbasy, pieczeń, pepperoni, hamburgery a ostatnio także kebab czy gyros. W prawie każdym sklepie dostaniecie produkty z soi zastępujące np. parówki. I na pewno będą to parówki zdrowsze niż te ze zmielonych resztek najgorszej jakości mięsiwa. Ba, ostatnio przekonuję się też, że da się żyć również wegańsko - z powodu alergii malucha na mleko krowie od miesiąca moja dieta stała się jeszcze bardziej restrykcyjna. Oczywiście pewnie z radością powrócę do serów kiedy tylko będzie taka możliwość (ale może je ograniczę?), ale nie jest to tragedia nie do przeżycia. Da się, a tofu to świetna sprawa. Nie jestem jednak wojownikiem. Nikogo do niczego nie mam zamiaru zmuszać, ani nawet namawiać. Chciałabym wychować swoje dziecko w duchu wege, ale jeśli któregoś dnia powie, że chce spróbować kurczaka, to go dostanie. Dieta to tylko mój wybór i nie będę innym mówić co mają robić. Przeczytałam ostatnio, żeby starać się być takim wegetarianinem jakiego samemu chciałoby się spotkać na swojej drodze będąc jeszcze mięsożercą. Nie reaguję więc odruchem wymiotnym, kiedy ktoś wcina szynkę (a widziałam takie akcje u znajomych wege), nie ogłaszam na głos, że czyjeś jedzenie śmierdzi mi śmiercią, nie szepczę też do ucha jedzącemu kiełbasę na ognisku o okrucieństwach, które musiała przejść ta świnka. Nie każę też nie podawać mięsa tam, gdzie akurat przebywam (jak kolega Morrissey). Szanujmy się, bo wszystko jest dla ludzi. To tylko kwestia wyboru.
Trwa czerwiec, czyli miesiąc Pride. W każdym większym mieście odbywają się parady równości, spotify proponuje nam specjalne playlisty, a wielkie korporacje sprzedają tęczowe gadżety (jest jeszcze dobrze, jeśli jakiś procent przekazują organizacjom pomagającym społeczności LGBTQ).
To ja podczas Europride 2010 w Warszawie
I jak co roku odzywają się ci, którzy twierdzą, że po co to komu, przecież nie ma miesiąca dumy osób heteroseksualnych i nie mają one potrzeby paradować po ulicach. Inni mówią, że może czas na miesiąc heteroseksualnej dumy. Moim (i chyba nie tylko moim) zdaniem jest on zupełnie niepotrzebny. Dlaczego? Bo trwa przez pozostałe 11 miesięcy w roku. Jeśli jesteś hetero i chcesz sprawdzić, czy jest ci potrzebny miesiąc dumy, odpowiedz dobie na poniższe 10 pytań.
1. Czy możesz wziąć legalnie ślub w swoim kraju?
2. Czy pocałowanie twojej drugiej połówki w miejscu publicznym przysparza ci jakiekolwiek trudności?
3. Jakie modele związków najczęściej widzisz w telewizji, w reklamie, na billboardach, w kinie (wszędzie)? Czy są to w większości związki heteroseksualne?
4. Czy w filmie, w którym ostatnio widziałeś wątek osoby ze społeczności LGBTQ, było to użyte jako problem w fabule (czy raczej była to po prostu opowieść o czymkolwiek, gdzie przy okazji bohater jest gejem/lesbijką/trans/non-binary, ale sam ten fakt nie ma żadnego wpływu na fabułę - tutaj przykład na to, że tak się o dziwo da zrobić)?
5. Czy musiałeś powiedzieć swojej rodzinie i przyjaciołom o swojej orientacji? Czy powiedzenie komukolwiek o twojej orientacji seksualnej albo identyfikacji płciowej byłoby dla ciebie jakimkolwiek problemem?
6. Czy twoja orientacja seksualna jest używana jako obelga (np. "heteryk")?
7. Czy możesz adoptować dziecko ze swoją drugą połówką?
8. Czy osoby publiczne, które mają taką samą orientację seksualną/identyfikację płciową jak ty mają to podkreślane przez media/inne osoby publiczne na niemalże każdym kroku - np. poseł heteroseksualista, piosenkarz cis?
9. Czy kiedy złapiesz swoją drugą połówkę za rękę i przejdziecie się przez park to sądzisz, że wywołasz tym jakiekolwiek emocje u osób postronnych? Czy idąc tak ze swoją połówką późnym wieczorem będziesz się bał?
10. Czy o twojej orientacji seksualnej mówi się, że "odbiega od normy", a o innych, że są "normalne"?
Chodzę na bardzo dużo koncertów. Naprawdę dużo. Ok, ostatnio dużo mniej, bo mam w domu małego człowieczka. Ale jak tylko ogarniemy zostawanie z tatą, to pewnie do wieczornych wyjść uda się wrócić. Tak czy inaczej, na pewno jest wiele koncertów, na które potencjalnie chciałabym pójść. I jednocześnie zachęcić do tego innych. Stąd ten przegląd, który, mam nadzieję, będzie się pojawiał tutaj co miesiąc.
To ja na Open'erze, na którym usłyszałam po raz pierwszy artystę numer jeden z tego zestawienia
5 czerwca - Father John Misty
Gdzie? Palladium, Warszawa
Organizator: Go Ahead
Za ile? 120 zł
Ojca Misty'ego poznałam na Open'erze kilka lat temu. Bardzo go wtedy bawiło, że mnóstwo ludzi poszło najpierw zobaczyć przez chwilę Drake'a, a potem przyszło na jego koncert (tak, tak, sama tak zrobiłam). Muzyka była ok, ale to charyzma pana Misty sprawiła, że zostałam do końca. No i jeszcze ruchy bioderkami. Potem okazało się, że ukrywający się pod tym pseudonimem Joshua Tillman ma trochę dziwną i lekko kontrowersyjną prezencję w social mediach i poza nimi. Nie mniej jednak ironiczne i niegłupie teksty, całkiem niezła muzyka, dziwaczne klipy i wspomniana charyzma sprawiają, że chętnie zobaczyłabym go ponownie na żywo. Poza tym kiedyś ucięliśmy sobie przyjemną "pogawędkę" na twitterze o Taylor Swift.
7 czerwca - Haim
Gdzie? Stodoła, Warszawa
Organizator: Live Nation
Za ile? 129 zł
Haim również miałam okazję widzieć na żywo i również było to na Open'erze. Kobieca siła sióstr jaka płynęła z tego występu to coś, co naprawdę warto przeżyć. Muzyka nie jest wybitna, ale przyjemna, w domu słucham jej raczej rzadko, ale na żywo prezentuje się z taką mocą, że nie da się tego porównać ze słuchaniem z głośników w domowym zaciszu. Do tego wszystkiego trzeba dodać miny, jakie robi grająca na basie Este Haim (zespół składa się z trzech sióstr, które mają na nazwisko, uwaga, Haim).
16 czerwca - Slim Cessna's Auto Club
Gdzie? Hydrozagadka, Warszawa
Organizator: Hydrozagadka
Za ile? 59/69/79 zł
Nie słucham raczej country (chyba że chodzi o Trixie Mattel albo Dolly Parton), ale alternatywne country to już inna bajka. Slim Cessna's Auto Club grają od 25 lat i chociaż do tej pory nie miałam okazji widzieć ich w akcji to słyszałam, że warto. Może nieprzekonanych przekona ten fragment z opisu wydarzenia: "Slim Cessna's Auto Club słynie przede wszystkim z niezwykle
żywiołowych występów, gdzie można spodziewać się dosłownie wszystkiego:
od klimatów niczym z tarantinowskiego podłego baru, przez dzikie kazania
rodem z baptystycznej mszy, po rock'n'rollowe tańce. To wszystko w
postaci niesamowitych wokalnych dialogów dwóch frontmanów -
charyzmatycznego Slima Cessny i mrocznego Jay'a Munly'ego".
19 czerwca - Queens Of The Stone Age
Gdzie? Torwar, Warszawa
Organizator: Alter Art
Za ile? 178-198 zł
QOTSA na żywo widziałam już dwa razy ale oba razy były na dużych festiwalach (Open'er i OWF), a nigdy nie był to ich samodzielny koncert. Mimo festiwalowych ograniczeń potrafili mnie jednak wciągnąć w to, co robią na scenie. Chociażby poprzez dobre wizualizacje oraz gitarowo-wokalną, czystą energię bez zbędnych udziwnień. Poza tym Josh to miły facet. Chyba że akurat kopie kogoś po głowie.
30 czerwca - Beyoncé and Jay-Z
Gdzie? Stadion Narodowy
Organizator: Live Nation
Za ile? Beyoncé może wziąć ode mnie wszystkie pieniądze
Czy naprawdę muszę tu cokolwiek pisać? To Beyoncé do cholery!
Pisałam już, że w ciąży spodziewałam się rozkładającego się przede mną czerwonego dywanu, ale nie jest to jedyna rzecz, która rozminęła się z rzeczywistością. Dlatego dziś powiem wam, drogie siostry, czego po ciąży się nie spodziewacie. A przynajmniej mi nikt o tym nie powiedział.
1. Rozstępy nie wyglądają tak jak te kilka kresek na waszych udach
Tak samo jak wiele z was (a przynajmniej ta pechowa część) jako nastolatka rozszerzyłam się tu i ówdzie, co zaowocowało niczym innym jak rozstępami. Mama ganiała za mną z wynalazkami pseudomedycyny, które miały pomóc mi się ich pozbyć. Ja jednak kompletnie nie miałam problemu z tym, że mam kilka ledwo widocznych, białych kresek na jednym i drugim udzie. Trochę jak tygrys, tylko mniej. Dlatego słysząc, że w ciąży nabawię się rozstępów myślałam, że będzie to wyglądało całkiem podobnie. Kilka białych kresek na krzyż, żaden problem, jednak prewencyjnie tym razem posłuchałam mamy i używałam wspaniałych olejków. Okazało się jednak, że olejki pomagają tylko w jednym - brzuch swędzi mniej. Nie zmieniły jednak tego, że mój słusznej wielkości globus zaczął wyglądać raczej jak mapa rzek, pokryta niebiesko-fioletowymi strugami. Nigdzie w social mediach, czy w ogóle mediach, nie widziałam czegoś takiego. Na pomoc przyszła Michelle Visage, która pokazała w czasie mojej ciąży swój ciążowy brzuch z przeszłości na instagramie w reakcji na przeidealizowane fotki Kylie Jenner. Dopisała też, że w przeciwieństwie do samochodu, który Jenner dostała w prezencie za ciążę, ona dostała tylko rozstępy. Dziękuję mamo Visage i żałuję, że nie ma więcej kobiet, które odważyłyby się pokazać jak to może wyglądać (chociaż nie musi!). Dzięki Michelle poczułam, że należę do elitarnego klubu, w którym jest ona sama.
Wszyscy znajomi, rodzina, krewni i nie-krewni powtarzali "wyśpij się póki możesz". Bo wiadomo, przecież przy dziecku się nie wyśpisz, wiemy to wszyscy i jest to punchline zbyt wielu durnych komedii. Nie wiem jak będzie u ciebie, czy u kogokolwiek innego, ale więcej wysypiam się z dzieckiem niż będąc w ciąży. Pomyślicie pewnie, że przeszkadzał mi brzuch. Tak, to jest jedna z przyczyn. Ale do tego dochodzi budząca w nocy i nie dająca zasnąć zgaga, skurcze przepowiadające, ruchy dziecka (tak, one nie są tylko urocze, czasami bolą jak cholera!), wycieczki do kibla (dobrze, że zainwestowałam w tandetne kolorowe światełka do muszli z Chin - myślałam, że tę decyzję podjęło moje wewnętrzne dziecko, ale okazała się bardzo dojrzała) oraz temperatura. Tak, będzie wam gorąco. Bardzo gorąco. W środku zimy kazałam otwierać w sypialni okna na przestrzał, ku "uciesze" mojego męża, który zaczął spać pod dwoma kołdrami. Wstawanie do dziecka, nawet co godzinę, czy też czuwanie przy nim kiedy śpi z wami w łóżku (tak, dobrze słyszycie, dzieci nie zawsze, a nawet rzadko, sypiają długo w swoim łóżeczku, które tak pięknie dobrałyście do ich bardzo instagramowego kącika!) to przy spaniu w ciąży dla mnie pikuś.
3. Wszyscy będą chcieli dotknąć twojego brzucha, a część ludzi będzie to robiła bez pytania, jakby nie była to już część ciebie. I - o dziwo - będzie ci to przeszkadzać.
Wyobrażasz sobie, jakie to będzie słodkie, jak pozwolisz koleżankom i kolegom dotknąć swojego brzucha, żeby poczuli jak dziecko kopie? Po pierwsze - obecność ludzi, którzy akurat chcą poczuć kopniaczka i rzeczone kopniaczki prawie nigdy się nie zgrają. Po drugie, nawet jeśli dziecko nie wierzga, wielu ludzi będzie cię traktowało jak totem. Znacie na pewno te rzeźby z zagranicznych i polskich miast z wytartymi częściami ciała, bo tam je trzeba pomacać na szczęście. Taką rzeźbą staniesz się ty. Oczywiście nikt ci nie powie, że robi to na szczęście, tak naprawdę nikt ci nie powie w ogóle po co to robi, ani nie zapyta czy sobie tego życzysz. Prawdopodobnie ci ludzie sami nie wiedzą czemu to robią. To jak odruch bezwarunkowy. O ile naprawdę bliskim można to wybaczyć, o tyle nauczysz się swojego własnego odruchu bezwarunkowego stopowania cudzej ręki, kiedy będą ją wyciągać ci mało tobie życzliwi.
4. Istnieją dolegliwości, o których nie masz zielonego pojęcia
Jest ich mnóstwo, ale ponieważ nie jestem lekarzem i piszę tylko ze swojej wąskiej perspektywy napiszę tylko o sobie. Mnie dopadła odwapniająca się miednica. Wciąganie w siebie solidnych porcji wapnia niewiele pomagało. Najbardziej pomagał odpoczynek w pozycji półleżącej, bo siedzenie prosto przez kilka godzin też sprawiało ból. Kroki sprawiały ból. Stanie sprawiało ból. Możesz pomyśleć, że perspektywa 2-3 miesięcy na kanapie z Netflixem brzmi dobrze. Brzmi póki naprawdę na tej kanapie nie zasiądziesz i nie zaczniesz się nudzić.
5. Poranne mdłości wcale nie są poranne i wcale nie jest fajnie, jeśli nie kończą się wymiotami
Nie wiem, kto wymyślił określenie poranne mdłości. Zwłaszcza chodzi mi o człon "poranne". U mnie przez pierwszy trymestr były one raczej całodzienne. W dodatku w ogóle nie wymiotowałam, więc nie spotykało mnie żadne uczucie ulgi.
6. Jakąkolwiek decyzję w sprawie pracy w ciąży podejmiesz, znajdzie się ktoś, kto będzie ją kwestionował
Chciałam chodzić do pracy w ciąży jak najdłużej. Przed zajściem w ciążę myślałam, że przed porodem to pewnie wystarczą jakieś dwa tygodnie wolnego. Jednak jak wspomniałam moja miednica postanowiła nie dać mi żyć. Lekarz zaordynował, że chodzenie do pracy musi skończyć się dużo wcześniej, gdzieś w początkach trzeciego trymestru. Zastosowałam się więc do jego zaleceń, co większość ludzi w pracy, czy też poza pracą, przyjęła zupełnie neutralnie. Znalazły się jednak wyjątki, czyli ci, którzy twierdzili, że robię to za późno albo za wcześnie. Niektórzy pytali, czemu nie poleciałam na zwolnienie od razu po zobaczeniu dwóch kresek na teście. Inni patrzyli krzywo i komentowali, że trochę wcześnie idę na te swoje "wakacje" (tak wiem, śmiechu warte). Także jakkolwiek nie zrobisz - źle zrobisz. A tak naprawdę to powinna być tylko decyzja twoja i lekarza. Czasem trzeba iść na zwolnienie od razu, inni mogą pojechać z pracy na porodówkę. I żadnego z tych wyborów nikt nie powinien podważać. Dla mnie słuchanie, że idę się lenić było jak wbijanie szpil w psychikę, bo czułam, że ciało odmawia mi posłuszeństwa i nie mogę robić tego, co szczerze chciałabym robić, a do tego było to kwestionowane.
7. Nie dość, że nie jesz za dwoje, to jeszcze nie jesz w ogóle tak jakbyś chciała
Myślisz ciąża, widzisz siebie w pieleszach wcinającą nutellę proste ze słoika. Na śniadanie. I na obiad. I w sumie też na kolację. Nic bardziej mylnego. Okazuje się, że lista tego, czego nie możesz jeść jest strasznie długa. W kuchni zaczyna się lawirowanie i kombinowanie. A nutella i batoniki? Spoko, ale pamiętaj, że nie jesz za dwoje tylko na dwoje. Najlepiej jak najzdrowiej, bo jak nie, to może cię dopaść cukrzyca ciążowa. U mnie każde jedzenie zaczynało się od wujka google. "Ryby a ciąża", "herbata a ciąża", i tak dalej. I nawet jeśli część źródeł wydaje się podejrzana, będziesz im wierzyć. Na wszelki wypadek.
8. Niektórzy, mimo deklaracji, że nie znikniesz z ich życia, zaczną cię olewać
Tak po prostu będzie. Nagle nie zobaczysz jakiegoś zaproszenia na imprezę. Innym razem komuś nie uda się dostosować do tego, że nie przemieścisz się zbyt daleko. Stopniowo będziesz wchodzić w etap bycia matką, kiedy o życie towarzyskie będzie jeszcze trudniej. Ale pamiętaj - jeśli ktoś naprawdę chce, to w twoim życiu zostanie i nie da się z niego wykurzyć. Ja na szczęście mam wiele takich ludzi.
9. Zrezygnujesz z rzeczy, z których nigdy w życiu byś nie zrezygnowała
Jak pisałam w moim poprzednim wpisie ja zrezygnowałam z co najmniej kilku naprawdę fajnych koncertów, które to wcześniej były moim życiem. Zrezygnowałam z pięciu herbat dziennie, bo podobno wypłukują cenne mikroelementy. I z kilku innych rzeczy.
10. Twój brzuch to prowokacja do cudzych opinii
Trochę już tutaj o tym napisałam. Będziesz więc słyszała, że masz się wyspać, mimo że nie możesz spać. Będziesz słyszała, że masz ubierać to czy tamto, robić to czy tamto, pracować tyle, a tyle. Ktoś ci będzie wmawiał, że spodziewasz się bliźniaków, chociaż doskonale wiesz, że nosisz jedno dziecko, ale widocznie metoda na oko jest lepsza niż USG. Ktoś inny skomentuje twoją dietę albo uda. Miliard razy usłyszysz, że jesteś gruba - tak, gruba, nie duża, okrągła, ciężarna, wstaw tu jakiekolwiek określenie, które będzie brzmiało dobrze. Niektórzy po prostu będą ci mówić w twarz, że jesteś gruba i czekać aż się uroczo uśmiechniesz i podziękujesz za komplement. Zresztą może seria absurdów, które usłyszałam nosząc syna pod sercem to temat na kolejny wpis? A i jeszcze jedno - liczba tych złotych przemyśleń tylko się zwiększy jak już urodzisz.
Miałam małą przerwę w blogowaniu, która była spowodowana głównie końcówką mojej pierwszej ciąży i tym co się w związku z tym dzieje, czyli porodem i nowym współlokatorem. Współlokator zaczął już jednak więcej drzemać w ciągu dnia, a ja postanowiłam powspominać jak to było, jak jeszcze mieszkał w swojej dawnej chałupie, czyli mojej macicy.
Zdjęcie: Paulina i Tomasz - Duet Fotografów
Na wszelakich stronach, blogach i fanpejdżach o macierzyństwie temat ustępowania miejsca kobietom w ciąży czy przepuszczania ich w kolejkach jest dość gorący. Z jednej strony włosy się jeżą na historie o nazywaniu kobiet roszczeniowymi "krowami", z drugiej niektórzy chętnie wychwalają rycerskość Polaków, którzy kobiety w ciąży mają niby traktować niczym królowe. Obserwując swój powiększający się brzuszek czekałam więc tylko aż przede mną rozwinie się czerwony dywan, a nasi wspaniali polscy mężczyźni będą zrywać się z miejsc na mój widok.
Na początku podkreślę, że nie każdej kobiecie w ciąży miejsce siedzące w autobusie czy szybsza obsługa w kolejce jest potrzebna każdego dnia. Jak i inni ludzie mamy lepsze i gorsze dni, niektóre z nas przechodzą ciąże bardzo łagodnie (jak moja koleżanka z porodówki, która do ostatnich dni przed godziną zero pracowała na budowie), inne - wyjątkowo ciężko. Problem w tym, że nigdy nie wiecie, która kobieta w ciąży wam się trafi. A niektóre mogą mieć naprawdę poważne problemy zdrowotne, czy też chociaż są pewne że ustoją tę godzinę w tramwaju, to zachwieją się przy zakręcie, upadną i nieszczęście gotowe. Nie warto więc ryzykować.
Mogę mówić tylko ze swojego doświadczenia. Jakoś do połowy ciąży było w miarę ok jeśli chodzi o moją mobilność i wytrzymałość. Później, z powodu, jak się dowiedziałam, zbyt dużego obciążenia miednicy (ostatecznie mój najdroższy klusek urodził się ważąc prawie 5 kilo), każdy krok okupowałam bólem. Dlatego wszelkie wyjścia z domu w ostatnim trymestrze starałam się skracać, pod koniec zrezygnowałam ze wszystkiego (również moich ukochanych koncertów), zrezygnować musiałam też z komunikacji miejskiej. Sama nie mam samochodu, więc każde wyjście z domu było wielką operacją. Jednak musiałam to robić dla dobra swojego i dziecka, bo moje dotychczasowe doświadczenie wskazywało, że prawie nikt inny o tym nie pomyśli.
Zacznijmy od od tego, że przez całą ciążę nie spotkałam w busach, tramwajach i kolejkach żadnego z tych, rzekomo licznych, polskich rycerzy. Wszyscy ludzie, którzy kiedykolwiek ustąpili mi miejsca byli kobietami (nie mówię tu, że tylko faceci mają miejsca ustępować, zwracam się głównie do nich właśnie z tego powodu, że to oni sprawę olali). I to bardzo często kobietami, którym również to miejsce się należy. Jedna starsza pani widząc mnie wstała, podczas kiedy czterech panów na oko około 40-50 spokojnie siedziało na miejscach oznaczonych jako te dla osób bardziej potrzebujących. Kiedy usłyszeli moją konwersację z emerytką (bo przecież przekonywałyśmy się nawzajem, że to ta druga bardziej potrzebuje tego miejsca) wszyscy nagle, zsynchronizowani niczym najlepsza drużyna pływacka spojrzeli w stronę Wisły i tacy zauroczeni jej pięknem pozostali do końca podróży. Wtedy się okazało, że jednak nie są magicznie przyspawani do krzeseł i potrafią wstać. Nawet oznaczeni znakiem "Polska" polscy rycerze pewnego dnia w metrze zdawali się widzieć bardzo ciekawe formy skalne za oknami, bo nie zauważyli że stoję na środku wagonu. Ja, matka Polka, między, dosłownie, samymi kibicami wracającymi z meczu na Narodowym. Szara i niewidoczna na tle biało-czerwonego wagonu.
Nie ma większego sensu opisywać każdej sytuacji w tym stylu, która mi się przytrafiła, ale uwierzcie mi - nie było ich mało. Nie chcę też zbytnio narzekać, bo poza przeciążoną miednicą wiele w mojej ciąży mi nie doskwierało. Chcę tylko powiedzieć, że niektóre kobiety mają gorzej. Dla nich naprawdę małe potknięcie albo dłuższa chwila na nogach może oznaczać tragiczne konsekwencje. I warto, żeby stały się widoczne. Żeby te wszystkie deklaracje o obronie polskich kobiet, a zwłaszcza tych w ciąży, przez szlachetnych polskich mężczyzn stały się po prostu prawdą. Wielu z was zapewne wie jak się w takich sytuacjach zachować i nie udaje, że nie ma oczu. Moje doświadczenie wskazuje jednak, że wciąż nie jest was wystarczająco dużo, aby mówić o wspaniałej pozycji matki w naszym społeczeństwie.
A po ciąży zaczyna się karmienie piersią. I nagle stajesz się bardzo widoczna. Nagle szyja ludzka nie działa, nie to co wtedy, kiedy trzeba było spojrzeć na Wisłę. To dopiero jest niesamowite! Ale to temat na zupełnie inny wpis...