poniedziałek, 17 lipca 2017

Kobieta Doktorem. Czy to naprawdę takie dziwne?

0
Stało się - kolejnym Doktorem w serialu "Doctor Who" będzie kobieta. A konkretnie Jodie Whittaker, uznana aktorka serialowa i filmowa z niezłym dorobkiem (grała między innymi w "Black Mirror" oraz "Broadchurch").


Wydawałoby się, że to super wiadomość - serial odchodzi od znanej formuły (do tej pory rolę Doktora od lat sześćdziesiątych grali tylko mężczyźni). Dodatkowo wpisuje się w oczekiwania, o których spekulowano już od lat. Jednak głosów oburzenia nie brakuje.

Pozwólcie, że trochę przybliżę wam tę kwestię - Doktor jest kosmitą. Kosmitą, który ma około tysiąca lat (wersje są różne), podróżuje w czasie i przestrzeni, ma też możliwość rozumienia wszystkich języków wszechświata. Ma dwa serca i co jakiś czas regeneruje się przyjmując zupełnie nową postać. Nie zapomnijmy o tym, że walczy z armią czajników (tak, tak, Daleków). Jednak to właśnie fakt, że w kolejnej regeneracji stał się kobietą wydaje się w tej mieszance części osób osobliwy.

Dodatkowo "Doctor Who" od dawna jest serialem bardzo liberalnym i otwartym. Od dawna istnieje w nim powracająca para postaci - kosmitki o wyglądzie jaszczurki i młodej kobiety-człowieka. Pozostają w międzygalaktycznym, lesbijskim związku romantycznym i wspólnie rozwiązują zagadki kryminalne. Serial nigdy nie bał się poruszać różnych kontrowersyjnych kwestii dotyczących rasy, płci czy orientacji seksualnej. Niedawno towarzyszką przygód Doktora została czarnoskóra lesbijka, a kosmici i ludzie których spotyka na swojej drodze reprezentują przeróżne środowiska i poglądy.

Nie powinno więc dziwić, że w końcu twórcy zdecydowali się na krok, o którym plotkowano od dawna. Na zmienienie płci Doktora przy kolejnej regeneracji. Mimo wszystko dla części ludzi jest to problem. Mówię "ludzi", nie "fanów", bo trudno mi uwierzyć, że jacykolwiek fani serialu nie widzieli tego, co robi on do tej pory. Oraz nie zrozumieli jednego z jego głównych przekazów - że nieważne kim jesteś i co sobą reprezentujesz, zawsze trzeba być otwartym na wzajemne zrozumienie.



Na koniec chcę zaapelować do mężczyzn, którzy mają problem z nową płcią Doktora - naprawdę jedna kobieta w do tej pory męskiej roli tak bardzo wam zagraża...?
Czytaj dalej »

wtorek, 20 czerwca 2017

Gorillaz w Warszawie - relacja

0
Wszystko odszczekuję. To, że mówiłam, że zamiast prawdziwego koncertu Gorillaz zobaczymy tylko wizualizacje, to, że będzie to krótki, biedny showcase niepodobny do pełnego show prezentowanego przez Goryle na ich światowej trasie. Odszczekuję, bo w Warszawie, i z tego co wiem również w Katowicach, było zdecydowanie na bogato.



Czekaliśmy na Gorillaz trochę niepewnie - bilety wstępu kosztowały raptem 1,23,  a koncerty nie znalazły się nawet na trasie podanej na oficjalnej stronie zespołu. Wtedy pojawiła się pierwsza wątpliwość, że możemy zobaczyć jedynie wizualizacje z muzyką w tle. T-mobile jednak szybko rozwiało te dumania tłumacząc, że na koncercie pojawią się Gorillaz z krwi i kości (o ironio). Potem pojawił się strach, że koncert będzie dużo bardziej ubogi niż te na oficjalnej trasie zespołu. Ta wątpliwość towarzyszyła mi aż do samego koncertu.





Trzeba przyznać, że event był przygotowany z niezłym rozmachem. Na dziedzińcu grał DJ, wszędzie było mnóstwo magentowych gadżetów i elementów dekoracji. Wnętrze Nowego Teatru było zaaranżowane podobnie do wirtualnego studia Gorillaz. Pracownicy T-mobile rozdawali gorylowo-t-mobilowe gadżety, można było też zrobić sobie "zdjęcie z zespołem" na ściance za pomocą techniki rozszerzonej rzeczywistości.
Post udostępniony przez Martyna Nowosielska (@tinex90)




Właściwie od razu po pojawieniu się Damona Albarna i reszty jego ekipy na scenie było wiadomo, że koncert zostanie nam zaserwowany na grubym cieście, z sosami i dodatkami. Gorillaz zaczęli na poziomie maksymalnej energii i tak też było do końca, w sumie bez żadnego spadku formy.





Oprócz niesamowitych wizualizacji, muzycznej perfekcji i tańczącego dziko Albarna (trzeba przyznać, że nietrudno mieć siłę na takie szaleństwa, jeśli prawie w ogóle się nie śpiewa) na scenie pojawili się również goście, którzy brali udział w stworzeniu albumu "Humanz". Albarn przepraszał też za Brexit i Theresę May. W występie nie zabrakło właściwie niczego.





Większość repertuaru, oprócz kilku końcowych utworów, wypełnił album "Humanz" właśnie. Nie byłam do tej pory do niego zupełnie przekonana, jednak na koncercie elektronika ustąpiła trochę miejsca gitarom i w utwory wstąpiła zupełnie nowa energia.





Dodatkowo na koniec Damon dał nam prawdziwą wisienkę na torcie. Zapytał tłum, kto jest raperem. Zgłosiła się skromnie wyglądająca dziewczyna z długimi włosami w sukience. "Can you do 'Clint Eastwood'?" - zapytał Albarn wyciągając ją na scenę. Chociaż dziewczyna była zupełnie sparaliżowana z wrażenia (wokalista też stwierdził, że jest ona dość "frozen") to nie zawiodła i zaserwowała nam wersy z "Clinta Eastwooda" prawie jak w oryginale. Potem trochę się pogubiła, ale nikt nie miał jej tego za złe. Zachwycony tłum okazywał jej tylko ciepło, wsparcie i entuzjazm.



Czytaj dalej »

wtorek, 6 czerwca 2017

Islam Chipsy - wywiad dla musicNOW.pl

0
Kilka miesięcy temu rozmawiałam z jednym z muzyków należących do EEK, czyli trio, w którego skład wchodzi słynny już w Polsce Islam Chipsy. Podchodzący z Egiptu muzycy z powodzeniem łączą tradycyjną muzykę chaabi (znaną z tamtejszych wesel) z elektroniką.


 W zeszłym roku pojawili się jako jedna z egzotycznych niespodzianek na OFF Festivalu w Katowicach, potem zagrali jeszcze kilka koncertów w Polsce. Ostatni z nich miał miejsce w Gdańsku w sobotę.

Mahmoud Refat, jeden z perkusistów EEK i jednocześnie jedyny muzyk ze składu, który umie komunikatywnie posługiwać się językiem angielskim, opowiedział mi między innymi o muzyce, podróżach, weselach, nietypowym sposobie grania na klawiszach, ale też swoich odczuciach związanych z ksenofobią.

Całą rozmowę możecie przeczytać tutaj.
Czytaj dalej »

niedziela, 14 maja 2017

Słów kilka do corocznych krytyków Conchity Wurst

0
żródło: conchitawurst.com
"Rodzimy się nago, a reszta to drag" - tych znanych słów RuPaula, prowadzącego amerykański program "RuPaul's Drag Race" nie znają chyba "specjaliści", którzy podnoszą głowy co roku na Konkurs Piosenki Eurowizji tylko po to, żeby powiedzieć, że to konkurs dla "dewiantów" jak Conchita Wurst. Wczoraj znowu działo się to samo. "Wreszcie wygrała muzyka, a nie Conchita Wurst!". 

Po pierwsze - po Conchicie było miejsce jeszcze na Jamalę, ukraińską wokalistkę, która nie tylko świetnie śpiewała, ale wykonywała też bardzo emocjonalną piosenkę z ważnym przekazem politycznym. Jamala wygrała konkurs w zeszłym roku, dwa lata temu wygrana przypadła Månsowi Zelmerlöw, który zaśpiewał popowy hiciorek "Heroes". 



Po drugie, kiedy trzy lata temu konkurs wygrała Conchita Wurst, też wygrała muzyka - piosenka była dobra jak na pompatyczny pop, a wokal Wurst opiewa na ponad dwie oktawy, co wcale nie zdarza się tak często. Owszem, osobowość wokalistki też na pewno miała znaczenie, a wiele głosów było "politycznych", ale co by nie mówić - muzyka nadal była wygrana (chociaż wiadomo, Eurowizja to nie jest miejsce do szukania ambitnej muzyki, raczej dobrych wokalistów i niezłego popu, a do wszystkiego trzeba podejść z dystansem). 

Po trzecie - naprawdę nie rozumiem wszystkich tych słów oburzenia, które słyszałam chociażby na imprezie eurowizyjnej, na którą wybrałam się w sobotę. "Przecież to facet, który chciał być babką!" - no i? Co to zmienia w życiu osób, które tak głośno krzyczą, że każdy ma być tym, kim się urodzi? Jak to na nich wpływa? A już ostatecznie - skąd ta pewność, że każdego dobrze identyfikują? Widzą tylko to, kim się przedstawia i jak dla mnie każdy może się przedstawiać tak, jak tego chce (Conchita Wurst dla swojej osobowości scenicznej używa żeńskich zaimków, w życiu prywatnym - męskich, jak wiele drag queens). Tylko dana osoba może stwierdzić, jak mamy się do niej zwracać i jak chce być widziana (tym bardziej, że większość ludzi rodzi się nie spełniając wszystkich cech danej płci). Nie wiem, czemu tę decyzję miałby podejmować ktokolwiek inny i czemu miałby czuć dyskomfort z tego powodu. 

Pomijam już to, że Conchita Wurst to nie pierwszy drag na Eurowizji. Warto przypomnieć chociażby Verkę Serduchkę, reprezentantkę Ukrainy z 2007 roku, która w tym roku również pojawiła się na wielkim finale. 


W 2002 roku zaś Słowenię reprezentowała cała grupa w dragu - Sestre. 



Na koniec jeszcze gratulacje dla zwycięzcy, Portugalczyka Salvadora Sobrala, który wyglądał jak Hozier, ale śpiewał znacznie lepiej od niego, inspirując się chyba nieco, jak ktoś słusznie zauważył, Devendrą Banhartem. Wygrana zasłużona i do zobaczenia za rok - w Lizbonie.
Czytaj dalej »

wtorek, 9 maja 2017

"Girlboss". Założycielka Nasty Gal nie taka feministyczna?

0
Na Netflixie pojawił się serial "Girlboss", o założycielce sklepu Nasty Gal (obejrzałam w jeden dzień). Zarówno serial jak i Sophia Amoruso, pierwowzór głównej bohaterki, kreują Sophię na feministyczną ikonę. Tymczasem rzeczywistość wcale nie jest taka różowa.


Zacznijmy od tego, że w 2016 roku, już po tym jak Netflix rozpoczął prace nad serialem, Nasty Gal ogłosiło bankructwo. Do tego stanu doprowadziło kilka istotnych czynników, między innymi procesy wytoczone firmie przez byłych pracowników.

Część oskarżeń dotyczyła tego, jak firma traktowała ciężarne kobiety. Kilka złożyło pozwy, w których twierdziły, że zostały zwolnione po zajściu w ciążę, inni pracownicy mieli zostać zwolnieni w obliczu przewlekłej choroby. Wiele z tych spraw znalazło swoje rozwiązanie poza sądem. Poza tym pracownicy zaczęli mówić głośno o "toksycznej" atmosferze w Nasty Gal oraz o tym, że Amoruso była bardziej skupiona na budowaniu marki wokół samej siebie, niż zajęta firmą. Więcej o tym możecie przeczytać między innymi w tekście The Telegraph.

Chociaż Amoruso ustąpiła z pozycji CEO w 2014 roku i wyjaśnia, że nie miała wpływu na upadek marki to jednak nadal pełniła jedną z kluczowych ról w Nasty Gal. Trudno uwierzyć w takie tłumaczenia, zwłaszcza że zarówno w serialu, jak i w swoich wspomnieniach nie stroni od opisywania innych niepokojących zachowań. Sophia przyznała się między innymi do tego że kradła, zaś w nowej produkcji Netflixa widzimy jak przedmiotowo traktuje swoich pracodawców, czy też współpracowników. Sama odtwórczyni głównej roli w serialu przyznała, że Amoruso nie jest postacią do lubienia, a widzowie raczej słusznie kwestionują motywy jej działań.

Skupione na sobie i odnoszące sukces kobiety nie stworzą feministycznych środowisk pracy z samej racji tego, że są silnymi kobietami na ważnych pozycjach. Rynek pracy nie stanie się przyjazny dla mniej uprzywilejowanych kobiet tylko dlatego, że część kobiet odniosła sukces. Muszą one jeszcze chcieć tego samego dla innych kobiet - chcieć zmienić ich warunki, sytuację, pomóc wystartować z tej samej pozycji co mężczyźni, czy też wyrównać ich szanse mimo bardziej czasochłonnej roli kobiet w procesie reprodukcyjnym.

Problemem części młodych feministek jest to, że w ferworze walki o prawa reprodukcyjne zapominają o prawach matek, które nieraz uważane są przez nie za te gorsze i sponiewierane przez patriarchat. Nie będzie jednak prawdziwej jedności kobiet i prawdziwego wolnego wyboru jeśli wszystkie i wszyscy nie uznamy, że mamy wspólny problem, którego nie rozwiąże wzajemne pogrążanie się oraz uznawanie, że konkretny sposób na życie i decyzje są lepsze od innych. Zdaje się, że ten problem mogła mieć również Amoruso, chociaż nie przesądzam, że rzeczywiście tak było. Trudno jednak nie wyobrażać jej sobie jako wyzwolonej kobiety, której udało się osiągnąć sukces między innymi poprzez spacerowanie po barkach swoich sióstr.

Czytaj dalej »

środa, 19 kwietnia 2017

To już koniec "Girls" - pierwsze wrażenia (SPOILER ALERT!)

0
Serial "Girls" definitywnie się zakończył, prezentując nam w ostatnim odcinku Hannah zmagającą się z trudami macierzyństwa oraz umierającą przyjaźnią z Marnie. Bez żadnego specjalnego godzinnego odcinka, bez fajerwerków, po prostu nastąpił koniec.


Filmowa produkcja Leny Dunham była kiedyś jednym z moich ulubionych seriali, co zmieniło się potem, kiedy zauważyłam, że wiele prezentowanych w nim problemów jest nieco oderwanych od rzeczywistości, a bohaterki często mają klapki na oczach. Jednak miał on wiele elementów, które na pewno były (i są) ważne dla pokolenia białych i wykształconych feministek-millenialsów, które parę lat temu dopiero odkrywały czym właściwie jest feminizm. Poza tym bardzo często był on po prostu dobrze napisaną i zabawną fabułą, która dodatkowo przekazywała widzom kwestie do tej pory nieporuszane w mainstreamie. Momentami był to nawet serial pokolenia dzisiejszych prawie 30-latków "z dużych ośrodków", a wtedy dwudziestoparolatków, zagubionych na początku swojej drogi.

Skupmy się jednak na ostatnim sezonie "Girls". Nie jestem chyba jedyną osobą na ziemi, która tym, w jaki sposób serial się zakończył, była zawiedziona. Co prawda Hannah po raz chyba pierwszy w serialu starła się z całkiem poważnymi problemami - między innymi niechcianą ciążą, ale też traumą związaną z molestowaniem seksualnym - ale ogólnie szósty sezon był chyba pisany na kolanie. No, oprócz trzeciego odcinka, który był jednym z najlepszych odcinków serialu w ogóle. Odważnie prezentował to, czym jest cienka granica między zgodą, a jej brakiem, zaprezentował nam trochę trudnej przeszłości głównej bohaterki i pokazał trudne relacje oparte na władzy. Zbudowany niczym sztuka teatralna odcinek naprawdę błyszczał na tle pozostałych.

Wiele wątków zaczyna się tylko po to, żeby nie być w żaden sposób kontynuowanymi (np. budowana przez kilka odcinków przemiana Elijah, który postanawia jednak podążyć za marzeniem i wziąć udział w castingu do musicalu, która po prostu urwała się po tym, jak rolę dostał; czy też wątek dziennikarskiej kariery Hannah), a wiele decyzji bohaterów jest co najmniej dziwnie motywowanych. Czasami miałam wrażenie, że Dunham chce po prostu wyciągnąć z rękawa ostatnie tematy tabu, których jeszcze nie poruszyła (molestowanie, granica między gwałtem a zgodą, gentryfikacja, niechciana ciąża, czy też seks w ciąży) i upchać je w jeden mało zgrabny sezon swojego serialu.

Serialu nie da się też oderwać od samej Dunham, która regularnie komentuje go np. na fanpage na Facebooku. I w tych internetowych rozważaniach pojawiły się co najmniej niepokojące wątki. Między innymi po odcinku, w którym Hannah po raz ostatni próbuje stworzyć relację z Adamem (swoją drogą - co to właściwie było? I po co to było?). Lena wyciągnęła z niego między innymi wniosek, że zbuntowana Jessa, która wpada w odcinku w nagłą i skrajną rozpacz (która objawia się między innymi wyjście na ulice Nowego Jorku tylko w spodniach i górze od bikini, bo przecież to takie szalone) po prostu "jak każda kobieta tak naprawdę pragnie jakiejś tradycyjnej relacji". Nie, Leno. Po prostu nie. Wydawałoby się, że tak głośno mówiącej o swoim feminizmie dorosłej dziewczynie nie trzeba tłumaczyć, czemu to zdanie jest głupie.


No i największa bolączka ostatniego sezonu - gdzie, do cholery, jest Shoshanna?! Traktowana przez większość ostatnich odcinków jak narzędzie Shosh (np. narzędzie do wprowadzenia związku Raya i Abigail, co swoją drogą było jednym z udanych posunięć ostatniego sezonu) właściwie znika. A szkoda, bo naprawdę rozwinęła się jako postać od pierwszego odcinka i była chyba jedyną, która miała zadatki na odpowiedzialnego dorosłego. Pod koniec piątego sezonu wróciła z Japonii i z powodzeniem rozkręciła biznes według własnego pomysłu. Jednak ten bardzo interesujący wątek okazał się chyba mniej interesujący niż złamanie takiego tabu jak seks w ciąży, czy po raz kolejny w swoim życiu wykolejona Jessa, bo właściwie nie był kontynuowany w szóstym sezonie. Shosh ma większą rolę tylko w drugim odcinku, kiedy wygarnia Jessie o co ma do niej żal. Potem jest, jak pisałam, narzędziem - głównie potrzebnym dla rozwoju Raya, który dzięki niej odwiedza swojego współpracownika i znajduje go martwego, pośrednio dzięki niej zrywa z Marnie i dzięki niej znajduje nową miłość. Dla samej Shosh nie zostało już w serialu wiele - w przedostatnim odcinku widzimy, jak jeszcze niedawno niezależna biznesmenka pojawia się nagle z nowym mężczyzną (swoim drogą Azjatą, bo chyba Dunham chciała w ostatnim rzucie nieudolnie zawalczyć o intersekcjonalność, o której zapomniała wcześniej) i szczebiocze o zaręczynach niczym o najważniejszym osiągnięciu jej życia, obracając się w towarzystwie wypolerowanych dziewczyn w drogich sukienkach. Ech.

Tym samym trochę słodko-gorzko żegnam się z "Girls". Dunham po ostatnim odcinku zaapelowała na Instagramie, żeby opowiadać historie kobiet. Jak najbardziej jestem za.

Czytaj dalej »

wtorek, 18 kwietnia 2017

Tommy Cash - relacja w musicnow.pl

0
fot. Michał Wagner/Impression
W musicnow.pl w zeszłym tygodniu ukazała się moja relacja z koncertu Tommy'ego Casha w warszawskiej Hydrozagadce 7 kwietnia.

Możecie ją przeczytać tu.
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia